Spotkaliśmy
się zupełnie przez przypadek.
Chłodny
jesienny wieczór; spacerowałem usianą gnijącymi liśćmi drogą, w parku nieopodal
mojego domu. Wiatr nie był tak uciążliwy, jak poza tym miejscem, gdzie drzewa
nie rosły tak gęsto. Robiło się już ciemno, gdy minęła godzina siedemnasta, ale
latarnie jeszcze się nie zaświeciły.
Pogrążony
we własnych przemyśleniach, zdecydowanym krokiem szedłem do przodu ze spuszczoną
głową i wzrokiem wbitym w obłocone, stare tenisówki, które już dawno zdążyły mi
przemoknąć. Nie zauważyłem nawet nadchodzącej z naprzeciwka pewnej niskiej i
drobnej osóbki.
Wpadła
na mnie, najwyraźniej również pochłonięta swoimi myślami, a z jej rąk wyleciał
bukiet suchych, pożółkłych liści. Przez chwile patrzyłem na nią ze zdumieniem,
jak na kogoś obcego, kto wyrywa mnie ze snu, i dopiero po chwili wydusiłem z
siebie ciche „przepraszam”. Uśmiechnęła się i schyliła po kilka liści, które
nie zdążyły jeszcze namoknąć, po czym minęła mnie i bez słowa ruszyła przed
siebie.
Ledwie
sam zrobiłem parę kroków, a latarnie na całej alei zaświeciły się, czyniąc
świat poza drzewami jeszcze ciemniejszym. Odwróciłem się, chcąc jakby podzielić
tym spostrzeżeniem, a ona stała tam, parę metrów przede mną, z głową zadartą do
góry.
Wbiła
wzrok w liść przyklejony do rozświetlonej lampy i zaciągnęła rękawy, zakrywając
dłonie do połowy. Po chwili opuściła głowę i spojrzała na mnie, jakby czekając,
aż coś powiem.
Moje
buty wrosły w drogę pode mną i staliśmy tak kilka minut, po prostu na siebie
patrząc.
Spojrzałem
na jej nogi i wydało mi się, że drżą jej kolana. Pod rozpiętą kurtką miała na
sobie sweter w pomarańczowo-brązowe pasy, a na szyi niedbale zawiązaną czerwoną
chustę.
Wtem
obróciła się w drugą stronę i ruszyła przed siebie, rzucając coś w rodzaju
wyzwania dla mnie. „Jeśli umiesz, odezwij się.”
-
Zaczekaj! – Zawołałem za nią, aż sam nie wierząc w to, co robię, i niewiele
myśląc, pobiegłem za nią. Zrównałem się z nią tempem i szliśmy dalej razem w
milczeniu.
Była
to droga, którą dopiero co pokonałem, idąc w przeciwnym kierunku.
Zdawała
się akceptować moją obecność, jednocześnie ją ignorując; stawiała powoli
kolejne kroki, ze wzrokiem utkwionym w ziemi, a ja ukradkiem obserwowałem jej
zachowanie. Studiowałem delikatne rysy obcej mi twarzy, będącej dla mnie nową
zagadką. Zaróżowione policzki, lekko rozchylone usta, a pod oczami delikatne
cienie, jakby rozmazany tusz do rzęs w połączeniu ze zmęczeniem. Ciemne,
poplątane włosy, zasłaniające jej oblicze w drugiej strony, sięgały trochę za
ramiona.
Nagle
zatrzymała się i zwróciła ku mnie swoje ciemnozielone oczy, a ja poczułem się
jak nakryty na gorącym uczynku. Zdawała się próbować nawiązać ze mną kontakt
bez używania słów, a co najdziwniejsze – chyba jej się to udawało: było coś
ujmującego w tym obustronnym milczeniu. Zacisnęła usta i mrugnęła parę razy, po
czym wyciągnęła przed siebie rękę, spodem dłoni do góry, jakby czekając na moją
kolej.
Sprawiała,
że robiłem wszystko bez przemyślenia; odruchowo uniosłem rękę w jej stronę i
wplotłem swoje palce w jej dłoń. Ruszyliśmy ponownie przed siebie.
Czas
zdawał się nie istnieć; istniało tylko ciepło pomiędzy naszymi dłońmi oraz
droga, którą powoli przemierzaliśmy. Jednocześnie czułem się jak we śnie; tak
bardzo owa sytuacja była niecodzienna, nietypowa…
Nie
wypowiedziała dotąd ani jednego słowa, nigdy jej nie widziałem, ale coś nas
łączyło właśnie w tej jednej chwili; tu, i teraz.
Skręciliśmy
w ścieżkę prowadzącą w głąb parku, gdzie latarnie stały w odległości jakichś
trzydziestu metrów od siebie i mrok co chwila wyłaniał się zza drzew, a potem
znikał, obezwładniany przez światło. Prócz szelestu wilgotnych liści pod
naszymi stopami, słyszałem jej oddech; równy i opanowany. Dziurawe podeszwy w
moich butach zaczynały mnie denerwować, gdy coraz więcej błota dostawało się do
środka.
Pociągnęła
mnie w bok, zbaczając z drogi. Przyspieszyliśmy, idąc po śliskim gruncie,
zagłębiając się w ów mały fragment lasu, należący do parku. Zrobiło się prawie
zupełnie ciemno; w oddali tylko migotały światła lamp, za gęstwiną drzew i
krzewów. Nie wiem, dlaczego pozwoliłem jej mną kierować.
Czułem,
jak moje nogi stają się coraz cięższe, jednak ona nadal wytrwale szła przed
siebie, a ja podążałem za nią, z moją dłonią wplecioną w jej dłoń. Gałęzie
trzaskały pod butami, a latarnie już dawno zniknęły nam z oczu. Nie miałem
pojęcia, gdzie jestem.
Właśnie
wtedy zatrzymała się.
Wyrwała
rękę z mojego uścisku i spojrzała na mnie, a ja dostrzegłem jej twarz w tym
mroku, gdy moje oczy już oswoiły się z ciemnością. W mojej głowie tłukły się
myśli, mnóstwo pytań, lecz nie odważyłem się nic powiedzieć.
-
Chcę, żebyś został moją tajemnicą. – Szepnęła, a jej cichy głos, wsiąkał
głęboko we mnie, jakby chłonęła go moja złakniona dusza. Nieznajoma, na której
słowa czekałem przez cały ten czas, odkąd się ze sobą zderzyliśmy. – Tutaj nikt
nas nie znajdzie… - Dodała, po czym wskazała na uschnięty, stary pień i skinęła
głową, nakłaniając mnie, bym usiadł.
Opadliśmy na miejsce, a ona pochyliła
się w moją stronę i przycisnęła głowę do mojej klatki, nasłuchując. Serce
zabiło mi szybciej, jakby samo nie potrafiło jej zrozumieć. Pojąć sensu
wszystkiego, co robiła…a jednocześnie wszystko wewnątrz mnie krzyczało, że jest
to coś niezwykłego, coś istotnego…Potrafiła mnie zaczarować.
-
Czuję twoje serce. Jesteś prawdziwy… - Mówiła półgłosem, a ja siedziałem
starając się wyczytać coś z jej twarzy w tej ciemności. Ujęła moją dłoń i
przycisnęła do siebie. Poczułem delikatne uderzenia jej serca, jakby czegoś
zakazanego, zamkniętego w klatce. – Teraz ty też możesz być pewien, że i ja
jestem prawdziwa. – Powiedziała, jakby wszystko to, co się działo, było
najnormalniejsze w świecie; jakby codziennie włóczyła się po lesie z
przypadkowo spotkaną osobą i sprawdzała, czy naprawdę istnieje, wsłuchując się
w bicie serca.
Mimo
wszystko, nie potrafiłem pomyśleć wprost, że jest dziwna, i że to co robi,
zakrawa na objawy jakiejś nietypowej choroby. Wręcz przeciwnie – z każdą
sekundą, byłem coraz bardziej ciekaw tego, co powie i co wymyśli. Nie znałem
nawet jej imienia, lecz w chwili gdy spletliśmy ze sobą nasze dłonie, coś się
zmieniło. Coś obróciło moje życie o sto osiemdziesiąt stopni, zupełnie
niespodziewanie i nieodwracalnie.
-
Mam już bardzo mało czasu. – Szepnęła. – A więc chciałabym tylko, żebyś
obiecał, że pozostanę twoją tajemnicą, tak jak ty pozostaniesz moją.
Przysunęła
się do mnie, niemal stykając swój nos z moim. Ku własnemu zdziwieniu, odważyłem
się wypowiedzieć to jedno słowo;
-
Obiecuję. – Mój głos wydał się mi jakiś obcy, jakby dobiegał z oddali. Wbiłem
wzrok prosto w jej oczy, za którymi zdawała się tak wiele ukrywać i
uśmiechnąłem się niepewnie.
-
Dziękuję. – Odparła. – Jeśli mi ufasz, zamknij oczy. Będę jutro o tej samej
porze tam, gdzie się spotkaliśmy. – Poczułem jej oddech na policzku i niewiele
myśląc, natychmiast opuściłem powieki. Dreszcz przeszedł mi po plecach, a po
chwili poczułem ciepło na swoich ustach. Musnęła palcami mój podbródek,
przyciągając mnie ku sobie. Ciemność opanowała cały mój umysł, gdy delikatnie
zacisnęła usta na mej górnej wardze, jakby chciała przypieczętować tę obietnicę…
A
potem zniknęła.
Po
prostu rozpłynęła się w mroku, pozostawiając mnie samego na środku lasu, a
jedynym, co mi po niej pozostało, była nadzieja, że ujrzę ją ponownie
następnego dnia…
Po niemal dwóch godzinach błądzenia po
tamtym miejscu, wydostałem się z parku i dotarłem do domu. Rodzice jakoś nigdy
nie wykazywali zainteresowania tym, co robię i kiedy, gdzie jestem i jak długo.
W weekendy przeważnie spędzali czas przed telewizorem, a w ciągu tygodnia byli
zbyt zapracowani, by zwracać na mnie uwagę.
Jeszcze
jakieś sześć lat temu, dbali przynajmniej o to, by zajmowała się mną jakaś
opiekunka. Potem, gdy stałem się już bardziej samodzielny, nie musieli martwić
się o moje zajęcia po szkole.
Zdarłem
z siebie dawno już przetarte buty i dosłownie wycisnąłem z nich wodę,
zostawiając ślady z błota na brzegu wanny, i ułożyłem je na kaloryferze w
łazience, z nadzieją, że wyschną do następnego wieczoru.
W
chwili, w której rzuciłem się na łóżko, uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem
zmęczony. W dodatku ostatnie pięć godzin, zdawało się być jedynie dziwnym snem
lub nierealnym zdarzeniem, które sobie tylko wyobraziłem, włócząc się po parku
o tej porze.
Jednak
ona, bliska nieznajoma, musiała być realna. Po prostu musiała. I wierzyłem w to
z całej siły, wyczekując następnego dnia.
Nie potrafiłem przypomnieć sobie, w którym
dokładnie miejscu ją spotkałem i dotarło to do mnie dopiero, gdy ponownie
wciskałem się w nadal wilgotne tenisówki. Niepokój wtargnął do mej głowy, lecz
postanowiłem zdać się na instynkt i po prostu pójść prosto aleją, która
prowadziła do wschodniego wyjścia z parku.
Na
wszelki wypadek udałem się tam pół godziny wcześniej, a z każdym kolejnym
krokiem, serce tłukło się coraz głośniej. A co jeśli sam sobie to wymyśliłem?
Co
jeśli ona się nie pojawi?
Nigdy
nie sądziłem, że w moim życiu może wydarzyć się coś podobnego, a tym bardziej z
przypadku, bez żadnego powodu. Chyba, że to właśnie nie był przypadek i każda z
tych chwil, była mi zwyczajnie przeznaczona…
Ponownie
zanurzyłem się w świecie własnych przemyśleń i to okazało się jedyną drogą do
tego, by nogi same zaniosły mnie we właściwe miejsce. Za zakrętem dostrzegłem
już znajomą postać. Stała z rękami w kieszeniach, ubrana dokładnie tak samo,
jak poprzedniego dnia.
Przyspieszyłem
kroku i podbiegłem do niej, zatrzymując się gwałtownie na krok przed nią. Nie
odezwała się ani słowem.
Zastanawiałem
się, ile z wczorajszego wieczoru zdarzyło się naprawdę, a ile było jedynie
wytworem mojej wyobraźni. Czy nieznajoma w ogóle potrafiła mówić?
Nie
zdążyłem nawet tego sprawdzić, bo znów chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za
sobą. Dziś nie skręciliśmy jednak w tę samą aleję, co poprzednim razem, lecz po
chwili szybkiego spaceru, znaleźliśmy się w centrum parku, gdzie latem
funkcjonowała fontanna, a dzieci jeździły wokół niej na trzykołowych rowerkach,
z wypożyczalni obok.
Jesienią
to miejsce wydawało się martwe; liście gniły w sadzawce, wszystko zdawało się być
obklejone jakąś brązową masą. Gdy nadchodziła zima, cały ten mały świat
pokrywał biały puch, niosący ze sobą głuchą ciszę.
Cztery
latarnie oświetlały plac z fontanną, na której usiedliśmy w milczeniu. Nie
potrafiłem pojąć, co takiego tkwiło w tej osobie, że podążałem za nią i ufałem
jej, mimo że nigdy tak naprawdę nie doszło do normalnej rozmowy między nami.
Był
to drugi raz w moim życiu, kiedy ją widziałem; dzień po pierwszym spotkaniu,
ale odniosłem wrażenie, że od poprzedniego wieczoru minęła już cała wieczność.
Wpatrywałem się w twarz tej dziewczyny, z obcym mi dotąd uczuciem tęsknoty,
podczas gdy ona patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.
-
Mógłbym chociaż poznać twoje imię? – Zapytałem w końcu, a moje pytanie wyrwało
dziurę w ogromnej, otaczającej nas ciszy. Ocknęła się i spojrzała na mnie ze
zdziwieniem.
-
Dlaczego to właśnie imiona są takie ważne…? – Odpowiedziała pytaniem na
pytanie, wbijając w ten sposób coś ostrego w moje serce. Poczułem się zbyt
głupi, by w ogóle z nią rozmawiać, gdy swoją odpowiedzią uświadomiła mi, że to
naprawdę nieistotne, jak mamy się do siebie zwracać. Każde z nas ma to drugie
za swoją tajemnicę, po co więc ją nazywać?
-
To tak, jakbyśmy chcieli poznać imię wiatru. Czy też imię szczęścia… - Dodała
po chwili, spuszczając wzrok. – Niektóre rzeczy po prostu muszą pozostać
nienazwane, bo tylko wtedy zachowają swój urok.
Robiło
się coraz chłodniej z każdym dniem; dziś o tej porze było jeszcze zimniej niż
wczoraj, dodatkowo byłem pewien, że moje zupełnie przemoczone buty przyczynią
się do tego, że wkrótce zachoruję. I co wówczas? Nie będę mógł się z nią
spotkać, a znając jej imię, lub mając jakikolwiek kontakt, nie musiałbym się
bać, że stracę tę znajomość i wszystko rozpłynie się jak zwykły sen… To właśnie
nazywanie pewnych rzeczy i zjawisk, pomagało się z nimi oswoić i tworzyło pewną
więź, poczucie przynależności… Może dla niej naprawdę nie było to istotne? Może
ufała mi na tyle, że była pewna, że to przetrwa?
-
Mogłabym jednak dowiedzieć się czegoś mniej konkretnego o tobie. – Rzekła
niespodziewanie, wyrywając mnie z zamyślenia. – Na przykład; co lubisz?
Spojrzałem
na jej włosy opadające na czoło, którymi delikatnie kołysał wiatr.
Przypomniałem sobie dotyk jej skóry na moim policzku, ciepło przepływające
pomiędzy naszymi dłońmi…Lubiłem świadomość, że ona jest blisko…
-
Lubię czytać, tak myślę. I swego czasu bardzo lubiłem grać w kosza, ale potem
zmieniłem szkołę i tak jakoś wyszło, że nie starczyło na to czasu… Właściwie
wiele rzeczy które lubiłem, przepadło wraz z wiekiem.
Po
raz pierwszy ujrzałem w jej oczach cień zwykłego, ludzkiego zrozumienia.
Wystarczyło wspomnieć o czymś tak przyziemnym, by straciła choć na chwilę swą
zagadkowość, by zdjęła tę maskę.
-
A ty? – Zapytałem, gdy nie skomentowała mojej odpowiedzi. Wówczas westchnęła i
ponownie włożyła ręce do kieszeni.
-
Ja lubię rysować. – Usłyszałem. Wyciągnęła przed siebie nogi, tworząc piętami
dwa podłużne ślady w warstwie mokrych liści.
-
Co rysujesz? – Zapytałem, gdy nie doczekałem się rozwinięcia odpowiedzi.
-
Motyle i róże. – Odrzekła, przechylając na bok głowę.
Chciałem
o tyle jeszcze zapytać… Wiedzieć, gdzie mieszka, gdzie chodzi do szkoły. Ile
właściwie ma lat, skąd wzięła się w tym parku i dlaczego akurat ja…Dlaczego to
właśnie mnie postanowiła uczynić swoją tajemnicą…
Jednak
nie odważyłem się zapytać o cokolwiek więcej, co mogłoby dotyczyć bezpośrednio
jej życia. Zbyt się bałem, że moja ciekawość ją zirytuje, że każde pytanie będzie
bez sensu i przede wszystkim, że wraz z jej odpowiedziami, zniknie cała ta
tajemnica, jaką nadal jest.
-
Nie sądzisz, że to wszystko jest dziwne? – Wyrzuciłem z siebie w końcu.
-
Co wszystko? – Odwróciła się do mnie przodem.
-
To, że… spotkałaś mnie przez przypadek… i tak po prostu postanowiłaś spędzać ze
mną czas.
-
Właściwie dokładnie to samo dzieje się z innymi ludźmi, których poznajemy i
lubimy. Z tą różnicą, że znamy ich imiona, prawda? – Wyciągnęła ręce z kieszeni
i złożyła je na moich dłoniach. – Poza tym, wcale nie uważam, że to przypadek.
– Dodała szeptem.
-
Pokażesz mi kiedyś swoje rysunki? – Zmieniłem temat i nagle wtedy odsunęła się.
-
Nie warto, uwierz mi. – Spuściła wzrok.
-
Ja sądzę, że warto. Tak samo, jak poznawać ciebie. – Nachyliłem się w jej
kierunku, lecz ona tylko pokręciła głową.
-
Obawiam się, że muszę już iść… - Powiedziała, co sprawiło, że ogarnęło mnie
nieprzyjemne uczucie niepokoju. Nie miałem pojęcia, czy powiedziałem coś nie
tak, czy coś zepsułem…czy ona naprawdę nie miała już czasu. Zerwała się z
miejsca, więc ja także wstałem, by ją zatrzymać choć na chwilę, ale ponownie mi
się wyrwała. – Nie patrz w którą stronę odchodzę. – Rzekła chłodno, a ja
poczułem, że właśnie coś tracę.
-
Zaczekaj…nie rozumiem! Nie chciałem powiedzieć czegoś złego…
-
Wszystko w porządku. – Odparła. – Po prostu teraz się spieszę. Jeśli będziesz
tu jutro…byłoby mi miło. – Rzuciła odchodząc i chcąc nie chcąc, odwróciłem
wzrok, by nie zobaczyć, którędy poszła.
Nie mogłem zasnąć; niemal całą noc męczył
mnie ból głowy i ponure myśli nie dawały spokoju. To wtedy po raz pierwszy poczułem
się od Niej uzależniony.
Paliła
mnie skóra, jakby moje żyły krzyczały, jakby płynąca w nich krew wrzała.
Dopiero nad ranem udało mi się zasnąć choć na chwilę i dziękowałem w duchu za
to, że wszystko to dzieje się akurat w dniach wolnych od szkoły. Nie
potrafiłbym skupić się na niczym – wciąż myślałem tylko o Niej.
Koło
południa obudził mnie głód i przyzwyczajony do pustego o tej porze domu, powlokłem się do kuchni. Dotąd każdy dzień
wyglądał niemal identycznie. Jeśliby nie liczyć wszystkich tych przeczytanych
dotąd książek, mógłbym spokojnie stwierdzić, że w życiu nie zrobiłem nic
pożytecznego. O ile spędzanie czasu na czytaniu można było nazwać pożytecznym,
bo na pewno działało to jakoś na moją wyobraźnię i minimalny rozwój słownictwa.
Tymczasem
w ciągu ostatnich dwóch dni, wszystko się zmieniło. Nie mogłem się
skoncentrować na żadnym tekście, ponieważ ważniejsze stało się myślenie nad tą
zagadką, jaką była dla mnie Ona.
Jeżeli
istnieje przeznaczenie…co dalej jest pisane nam, skoro nasze spotkanie nie było
przypadkiem?
Byłem na miejscu jeszcze zanim zrobiło
się ciemno. Liczyłem na to, że dowiem się chociaż mniej więcej kiedy i skąd Ona
tam przychodzi. Siedząc na brzegu gnijącej fontanny, obserwowałem drogi
pomiędzy drzewami i aleje, prowadzące w
różnych kierunkach.
Zaczynało
już powoli zmierzchać, gdy tkwiąc w półmroku zastanawiałem się, dlaczego się
spóźnia. Postanowiłem zaczekać tam jeszcze parę minut, a następnie pójść w
miejsce pierwszego spotkania, bo być może zapomniała, gdzie mieliśmy spotkać
się tym razem.
Latarnie
zaświeciły się, i ciemność ziejąca spomiędzy drzew wydała mi się jeszcze
bardziej przerażająca niż zazwyczaj. Niemal biegiem ruszyłem w stronę głównej
drogi.
Nogi
robiły się coraz cięższe, czułem jak lodowate powietrze szarpie wewnątrz moje
płuca. Krztusiłem się, przemierzając każdą drogę po kilka razy, ale Jej nie
było nigdzie.
Nie
było po niej ani śladu, zupełnie jak wtedy, gdy zniknęła w ciemności, na środku
lasu. Ogarnęła mnie panika. Czy właśnie dziś, ten przeważnie opuszczony park
mógł odwiedzić jakiś niewłaściwy człowiek, który podobnie jak i ja, był Jej
przeznaczony?
Czy
po tych drogach stąpał właśnie ktoś, kto mógł przyczynić się do jej zniknięcia?
Rozglądnąłem
się raz jeszcze dookoła, a obraz rozmywał mi się przed oczyma, światła lamp
tańczyły wokół mnie. Powrócił nocny ból głowy, uderzając we mnie nagle wraz z przerażeniem,
jakie targało moim sercem. Ona nie mogła zniknąć!
Musiała
gdzieś tam być! Może był inny powód jej nieobecności, może zmusiły ją do tego
sprawy rodzinne… Nie mogłem dać się zwariować.
Wróciłem
do domu i zdarłem z siebie przemoczone ubranie, bo jeszcze w drodze powrotnej
dopadła mnie ulewa. Jakby dając mi nadzieję, deszcz lunął z nieba na znak, że i
tak musielibyśmy się rozstać dziś wcześniej…
Wszystko
to jednak zdawało się mnie wykańczać, gdy wyczerpany od razu zasnąłem, a całą
noc towarzyszyły mi jedynie koszmary.
Miał być to pierwszy dzień szkoły
po długim weekendzie, kiedy rankiem
okazało się, że mam trzydzieści osiem stopni. Prócz gorączki dopadł mnie
jeszcze okropny ból gardła i kaszel, a moi rodzice, którzy choć widocznie
starają się nie poświęcać mi uwagi, do czego już dawno przywykłem, w przypadku
choroby zawsze zdają się zamieniać w opiekuńczych i przykładnych, takim więc
sposobem kazali mi nie ruszać się z domu.
Byłem
jednak pewien, że do dwudziestej na pewno ich jeszcze nie będzie, a ja musiałem
być o „tej samej porze” w „tym samym miejscu”. Mogła to być ostatnia szansa, bo
jeżeli wczoraj się nie udało, dziś to Ona mogła przyjść i mnie nie odnaleźć. W
przypadku gdyby jej nie było, postanowiłem zostawić jakiś list przy fontannie,
w którym podałbym swój adres. Do tego parku i tak prawie nikt nie przychodził,
jeśli nie musiał, bo bądź co bądź, o tej porze roku nie było to ani trochę
atrakcyjne miejsce. Może to właśnie dlatego tak bardzo lubiłem tam spacerować.
Z dala od świata, od tego hałasu i wszystkich nadmiernie dociekliwych ludzi.
Może
to właśnie dlatego Ona także wybrała to miejsce.
Może
to dlatego los wybrał nas.
Czy
miałem wierzyć tej „bliskiej nieznajomej” i rzucić wszystko dla przeznaczenia?
To było jakieś szaleństwo…
Po całym dniu spędzonym w łóżku, około
siedemnastej wymknąłem się z domu, ubrany tym razem w dwie bluzy naraz i buty
mojego ojca. Musiałem później wrócić na tyle wcześnie, by jeszcze umyć je z
tego okropnego błota zmieszanego ze zgniłymi liśćmi. Gdyby nie te wyprawy w
głąb lasu, może moje trampki by się jeszcze do czegoś nadawały…
Do
centrum parku poszedłem na około, tak, by przy okazji przejść drogą, na której
się spotkaliśmy. Nie wiedziałem nadal, czemu tak bardzo mi na niej zależało,
gdy nie miałem nawet gwarancji, że jej także zależy. Może wszystko to było
spowodowane tamtą obietnicą lub po prostu sposobem Jej bycia? Chciałem upewnić
się, że jest bezpieczna.
Parę
zakrętów przed wejściem na plac z fontanną, zamknąłem oczy i zwolniłem kroku,
jakby zaklinając tę chwilę, i prosząc, by gdy znajdę się na miejscu, Ona już
tam była.
I
spełniło się moje życzenie; siedziała, jakby nigdy nic, z rękami w kieszeniach,
a na Jej kolanach spoczywał bukiet brązowych i żółtych liści. Podbiegłem do
Niej, powstrzymując się od powitania czy zadania kolejnych pytań. Zająłem
miejsce obok i zacząłem przyglądać się czarnym plamom na Jej bukiecie; nie był
już tak starannie dobrany, jak za pierwszym razem, ale może to za sprawą
pogarszającej się pogody. Potem wbiłem wzrok w Jej twarz, starając się z niej
coś wyczytać, ujrzeć jakieś zmiany, które mogły być przyczyną Jej
zachowania…cokolwiek. Jednak Ona siedziała jak skamieniała i patrzyła przed
siebie obojętnie. Nigdy nie pomyślałbym, że mogę nagle tak zatęsknić za kimś,
kto siedzi tuż obok mnie. Zupełnie jakby prawdziwa Ona, była uwięziona gdzieś
wewnątrz i nie mogła się odezwać.
Nie
orientując się nawet sam w tym, co robię, po prostu nachyliłem się w Jej kierunku
i objąłem. Przycisnąłem do siebie i po raz pierwszy poczułem Jej materialność
tak mocno. Słodki zapach Jej ciała, zmieszany z lasem, zawirował mi w głowie.
Drgnęła i odwzajemniła uścisk.
A
więc nie byłem sam na tym świecie. Nawet jeśli Ją sobie wyśniłem, Ona istniała
w tej chwili naprawdę. Zachłystując się powietrzem, wciągałem zachłannie tę
słodką woń; wtuliłem nos w Jej włosy, a wszystko wokół się rozpłynęło. Myśli
tańczyły w mej głowie.
Nagle
moje pytania, moje pragnienia i wszystko, co dotąd zaistniało, stało się
nieważne. Poczułem, że bez względu na to, co Ją wczoraj powstrzymało od
spotkania, było to teraz nieistotne, bo najważniejsza w tej chwili była Jej
obecność obok.
Otworzyłem oczy, gdy lekko się odsunęła i
wówczas dostrzegłem białą tkaninę, wystającą spod Jej rękawów. Bandaże?
Spostrzegła,
że przyglądam się Jej rękom i natychmiast naciągnęła kurtkę, zasłaniając dłonie
do połowy. Pociągnęła nosem i spojrzała na mnie, jakby próbowała odgadnąć, o
czym myślę.
-
Przepraszam za wczoraj. – Jej delikatny głos przerwał panującą ciszę, której
zdawałem się nie zauważać, póki była blisko mnie. Nie chciałem Jej o nic
wypytywać; liczyło się to, że teraz nic Jej nie zagrażało. Miałem jedynie
nadzieję, że nie zniknie tak szybko jak ostatnio.
-
Miałam tylko niewielki wypadek. – Dodała, ku mojemu zdziwieniu, że w ogóle
dzieli się ze mną takimi informacjami.
-
Szukałem cię. – Odpowiedziałem spokojnie, chcąc dać Jej do rozumienia, że nie
jest mi obojętna, ale nic się nie stało, skoro był to tylko wypadek. Po chwili
jednak przypomniałem sobie o czymś, co ukrywała pod rękawami i ów wypadek
przybrał postać czegoś znacznie bardziej istotnego. – Nic ci nie jest?
-
Nic takiego. To wypadek przy pracy, po prostu przez jakiś czas muszę ograniczyć
rysowanie.
Zastanawiałem
się, do jakiego stopnia obrażeń może dojść podczas rysowania, ale nie znalazłem
niczego, co tłumaczyłoby zabandażowane ręce i to nawet nie dłonie.
-
Przykro mi… mam nadzieję, że twoje motyle i róże nie ucierpią na tym. – Nadal
powstrzymywałem się od zadawania szczegółowych pytań.
-
To one zawsze odejmowały mi cierpienia. – Odpowiedziała cicho, a ja odniosłem
wrażenie, że jest dziś wyjątkowo gadatliwa. Dotąd nie dzieliła się ze mną
własnymi myślami, tak sama od siebie. – Jeżeli tak bardzo chcesz, kiedyś ci je
pokażę.
Poczułem
się niemal zaszczycony, choć z drugiej strony było coś niepokojącego w Jej
zachowaniu. To tylko rysunki, tak? Co w tym niesamowitego – pokazać je komuś?
Zakaszlałem
kilka razy, przypominając sobie, że nadal jestem chory.
Wzięła
do ręki bukiet liści i zerwała się z miejsca. Stanęła na krawędzi fontanny, na
której siedzieliśmy i wyciągając ręce do góry, rozsypała liście dookoła.
Chwiała się na palcach z zamkniętymi oczami i czekała, aż ostatni z liści,
muskając po drodze jej twarz, opadnie na ziemię. Patrzyłem na to wszystko jak
we śnie.
Wszystko
w Niej było takie inne…
Patrząc
na Jej twarz rozjaśnioną światłem latarni, zapragnąłem ujrzeć ją w blasku
słońca. Jaki piękny to musiał być widok… Gdyby wszystko było inne, gdyby właśnie
była wiosna, a świat wokół budził się do życia…Czy Ona także byłaby zupełnie
inną osobą?
-
Przyjdziesz tutaj jutro? – Zapytałem, zdając sobie sprawę z tego, że robi się
coraz później. Spojrzała na mnie z góry z zaskoczeniem, po czym zeskoczyła z
krawędzi i stanęła naprzeciwko mnie.
-
Tak. – Odparła, a przez Jej oczy przemknął cień uśmiechu, jakby iskra, jednak
nie wystarczająco silna, by rozpalić ten uśmiech na Jej twarzy. Chwyciła mnie
za ręce i pociągnęła do góry, żebym wstał z miejsca.
Staliśmy
naprzeciwko siebie, a Ona wyciągnęła dłonie ku mojej twarzy i dotknęła palcami
powiek, opuszczając je na dół. Znów pozwoliłem Jej się zaczarować.
I
poczułem już tylko jak pochyla moją głowę ku sobie, a Jej oddech parzył mnie w
policzek. Musnęła ustami czubek mojego nosa i nagle odeszła, pozostawiając
jedynie uczucie mrowienia na mojej twarzy i szyi, jakby przekazała tym miejscom
część swojej energii.
Otworzyłem
oczy i wszystko wróciło na swoje miejsce.
Stałem
na warstwie gnijących liści, a wokół mnie były tylko drzewa i latarnie. Ona
zniknęła bezszelestnie, jak za pierwszym razem.
W domu znalazłem się wystarczająco
wcześnie i zdążyłem jeszcze porozkładać wszystkie rzeczy, tak, by wyglądało na
to, że cały dzień spędziłem w swoim pokoju. Wyszorowałem dokładnie buty mojego
ojca, spłukałem błoto z brzegów wanny i odłożyłem wszystko na swoje miejsce.
Zaparzyłem herbatę i coraz silniej kaszląc, wszedłem do łóżka i starannie
okryłem się kołdrą.
Zdawałem
się robić coraz słabszy. Zasnąłem jeszcze przed dwudziestą i przespałem całą
noc, budząc się dopiero po dziesiątej rano. Choroba jednak nie ustąpiła wraz z
nadejściem nowego dnia.
Zastanawiałem
się, jaki to wszystko miało sens. Pozwoliłem Jej nazywać się swoją tajemnicą, a
Ona stała się moją. Pozwoliłem sobą kierować i zupełnie zabłądziłem… Musiałem
dowiedzieć się o Niej czegoś więcej, jeżeli miało to trwać dłużej. Nie
widziałem przyszłości dla nas, poza tym miejscem w parku. A przecież nie można
spędzić tam całego życia, to absurdalny pomysł! Nie potrafiłem jednak niczego
zmienić, zrobić czegoś sam. Stawałem się coraz bardziej uzależniony od Niej,
coraz bardziej pragnąłem tylko Jej obecności…
Kolejny raz ogarnęło mnie uczucie ulgi,
gdy zobaczyłem Ją spacerującą po krawędzi sadzawki. Cały dzisiejszy dzień padał
deszcz, na głowę miała zarzucony zielony kaptur od bluzy pod kurtką. Podszedłem
niepewnie i ujrzałem wtedy Jej uśmiech, gdy mnie zauważyła, rozświetlający
wszystko wokół.
Zeszła
na ziemię i odgarnęła z czoła kosmyk mokrych włosów. Czy nigdy nie było Jej
zimno?
Chwyciła
mnie za rękę i wplotła palce w moją dłoń. Pociągnęła mnie za sobą w głąb lasu,
a ja ruszyłem za Nią mimowolnie, pokasłując co parę kroków.
Powietrze
zdawało się robić coraz cięższe i wilgotniejsze od tego deszczu, a wokół unosił
się leśny zapach gnijących liści i umierającego jesienią świata. Tym razem
zatrzymaliśmy się na tyle blisko centrum parku, że światło latarni jeszcze do
nas docierało, a za drzewami rysowały się aleje i ławki stojące na nich.
-
Na pewno chcesz zobaczyć moje rysunki? – Zapytała, jak zwykle wyrywając mnie z
zamyślenia. Stała w półmroku, wyczekując odpowiedzi, ale nie zauważyłem, by
miała ze sobą jakąś teczkę czy zeszyt, w których mogłaby nosić rysunki. Poza
tym przecież padał deszcz, kartki na pewno by się zniszczyły. Może miała zamiar
zaprowadzić mnie w jakieś inne miejsce, gdzie je ukryła?
Nie
uzyskując odpowiedzi wbiła we mnie wzrok i dodała;
-
Wiesz, wtedy wszystko może się zmienić. Ale nie oczekuję, że zechcesz się
jeszcze ze mną spotkać, gdy je zobaczysz. Przyzwyczaiłam się, że ludzie po
prostu odchodzą.
Poczułem
się po części urażony Jej słowami. Dlaczego sądziła, że jest mi obojętna? Czy
to dlatego wszystko robiła tak szybko; ufała mi od samego początku i żądała
obietnic, tylko dlatego, że myślała, że prędzej czy później odejdę?
Z
drugiej strony zastanawiało mnie, co takiego jest w tych rysunkach, że
sprawiają, że inni odchodzą. Dlaczego okrywała je taką tajemnicą, czemu rozmowa
o nich była taka trudna…?
-
Chcę je zobaczyć. Na pewno. – Powiedziałem, patrząc jej w oczy. – I nie zniknę,
obiecuję.
Westchnęła
i uścisnęła moją dłoń, wbijając wzrok w buty.
Po
chwili odsunęła się do tyłu o krok i mimo panującego wokół chłodu, odwiązała z
szyi chustę i rozpięła do końca kurtkę. Zdjęła wierzchnie odzienie i powiesiła
je na mokrej gałęzi drzewa obok. Patrzyłem na jej ruchy jak zahipnotyzowany,
nie będąc w stanie określić, co ona właściwie robiła. Nogi uginały się pode
mną; byłem wyczerpany chorobą i spacerami po tym lodowatym miejscu.
Zdjęła
jeszcze bluzę i stała teraz przede mną w koszulce, trzęsąc się lekko. Nie
myliłem się – na rękach zawiązane miała bandaże, które zaciśnięte starannie na
nadgarstkach połyskiwały bielą w ciemności. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, na
ich widok.
Drżącymi
rękoma, odwijała powoli tkaninę najpierw z lewej, a potem z prawej ręki.
Złożyła opatrunek na warstwie ubrań wiszącej na gałęzi i podeszła do mnie.
Wyciągnęła
nadgarstki przed siebie, a ja, walcząc z uczuciem niepokoju, skierowałem na nie
wzrok. Moim oczom ukazały się motyle i róże; wycięte w skórze kształty, jedne
po drugich.
Serce
zatłukło się mi o żebra, jakby krzycząc, a z każdą kolejną sekundą czułem coraz
większe przerażenie. Nie potrafiłem oderwać wzroku od tych widocznych nawet po
ciemku ran, perfekcyjnie wyrytych na Jej bladych nadgarstkach.
Spojrzałem
na Jej twarz, pełną wątpliwości i usta, które drgały. Nie miałem pojęcia, które
z targających mną w tej chwili uczuć, było silniejsze; czy był to strach, czy
raczej ogromny żal i smutek?
Wyciągnąłem
bezradnie dłoń w Jej kierunku, lecz zaraz po tym od razu ją cofnąłem. Chciałem
coś powiedzieć, ale zwyczajnie brakło mi słów. Jak długo to robiła? Dlaczego to
robiła? Czy owy „wypadek przy pracy”, polegał na tym, że zraniła się zbyt
mocno?
Boże,
kogo ja poznałem?! Ona naprawdę uważała te krwawe linie za sztukę!
Odsunąłem
się w tył o parę kroków, z trudem łapiąc powietrze. Obiecałem jej, obiecałem,
że nie odejdę i przecież sam chciałem zobaczyć jej rysunki, mimo że ostrzegała
mnie nieraz.
Wtem
Jej oczy przybrały wyraz kogoś przegranego, odchodzącego z rezygnacją. Tak
jakby się poddała. Zrozumiałem, że to właśnie miała na myśli mówiąc, że ludzie
odchodzą. Nie mogłem Jej zostawić.
Rzuciłem
się w jej stronę i przygarnąłem do siebie. Otoczyłem ramionami zziębnięte ręce
i sięgnąłem po Jej ubrania, okrywając Ją nimi. Po raz pierwszy poczułem, że to
Ona potrzebuje mnie. Czułem jak drżała z zimna, szczękając zębami i rozcierałem
Jej odsłoniętą skórę.
Pomogłem
Jej się ubrać, podając ubrania i szepcąc, by była spokojna, i że wszystko
będzie dobrze.
Ale
tak naprawdę gdzieś w głębi duszy, bałem się Jej jak niczego innego.
Czekała
na kogoś, kto Ją zrozumie, czy na kogoś, kto zacznie rysować razem z Nią?
W
głowie tłukły się pytania, gdy przyciskałem do siebie tę małą, kruchą istotę,
zupełnie jakby miała wnet się rozpaść, jakby wiatr mógł ją porwać.
-
Jesteś cała zziębnięta, musisz iść do domu… - Szepnąłem w Jej włosy, chowając
bandaż do kieszeni. – Pozwól mi cię chociaż odprowadzić. Pozwól mi się tobą
zająć. – Mówiłem, ale czułem, jakby to wcale nie były moje słowa, jakby mówił
to ktoś inny. Wszystko to było jak jakiś dziwny sen…
-
Zabierz mnie do domu… - Odszepnęła, wtulając twarz w moje ramię. – Obroń mnie
przede mną samą, proszę! – Pociągnęła nosem i wydało mi się wówczas, że płacze.
Skąd miałem wiedzieć, gdzie jest Jej dom? Nawet nie znałem Jej imienia…
Poczułem
ciężar Jej ciała, opadający na mnie, jakby straciła wszystkie siły. Deszcz
moczył nasze włosy, a Ona nadal się nie ruszała. Podjąłem decyzję – musiałem
uczynić wszystko, by Ją z tego wyciągnąć, cokolwiek się stanie, a wiedziałem,
że nie będzie łatwo.
Wziąłem
Ją na ręce, układając Jej głowę na swym ramieniu, i walcząc z własnym
osłabieniem, ruszyłem przed siebie.
Zabrałem
Ją do domu.
Po niemal półgodzinnej rozmowie z
rodzicami, udało mi się jakoś im wyjaśnić obecność nieznajomej w naszym domu.
Oczywiście, że nie ruszałem się z niego. Ja tylko otworzyłem drzwi, gdy ktoś
zapukał, i wówczas ujrzałem ją – obcą, proszącą o schronienie przed deszczem.
Chcieli zadzwonić na policję lub chociaż do Jej rodziców, ale tłumaczyłem im,
że jest wyczerpana i musi po prostu odpocząć. Może nie uciekła z domu, może
tylko źle się poczuła do niego wracając…
Takie
właśnie rzeczy opowiadałem mojej matce, dzięki czemu udało mi się uzyskać
pozwolenie, na to by Ona została u nas do jutra, kiedy wszystko się wyjaśni.
Tymczasem sam nie miałem pojęcia, skąd się wzięła i gdzie naprawdę mieszka. Czy
jej rodzice nie zauważą, że nie wróciła na noc?
Chciałem
móc o to zapytać, jednak wiedziałem, że byłoby to niewłaściwe i pozostało mi
tylko o Nią dbać, mimo że sam byłem nadal chory i czułem się tylko gorzej.
Ułożyłem Ją niedbale na łóżku i rozmasowałem obolałe od noszenia ręce.
Ubranie
miała zupełnie przemoczone, podobnie jak splątane włosy. Nie wiedziałem,
dlaczego jest nieprzytomna, ale uznałem, że najwyraźniej zasnęła, bo Jej oddech
był spokojny i głęboki. Uklęknąłem obok łóżka i zacząłem powoli rozwiązywać jej
buty. Czułem się dość nieswojo, ściągając z niej kolejne warstwy przemoczonych
ubrań, aż w końcu zostawiłem ją w bieliźnie, usiłując odwrócić wzrok od
kolejnych rysunków, jakie ujrzałem na jej nogach.
Wyciągnąłem
z szafy jakąś koszulkę i naciągnąłem ją na nią delikatnie, nie chcąc obudzić.
Brzuch i uda pokrywały blizny; róże wyryte w bieli jej skóry i motyle wycięte w
wolnych miejscach.
Stanąłem
nad nią wpatrując się w ten niecodzienny obraz i ogarnęło mnie ogromne
zmęczenie całą tą sytuacją. Zbyt wiele się wydarzyło i zbyt wiele emocji mnie
to kosztowało.
Musiała
być również bardzo zmęczona, skoro spała jak zabita. Udałem się do łazienki po
ręcznik i gdy wróciłem, ponownie klęknąłem obok niej i zacząłem powoli wycierać
jej włosy. Ciemne kosmyki plątały się ciągle pod moimi rękami.
Następnie
przyniosłem wodę utlenioną i wyciągnąłem przed siebie jej nadgarstki pokryte
świeżymi ranami. Przemywałem każdą kreskę starannie, aż pokrywała się pianą i
delikatnie ocierałem nadmiar wody ręcznikiem. Tym razem to ja mogłem ją
zaczarować, gdy śniła spokojnie – cicha i bezbronna.
Przysunąłem
usta do jej skóry, na tyle blisko, by poczuć pod nimi nierówną powierzchnię
pełną blizn. Poprawiłem palcami kontury jej rysunków na rękach, starając się
nauczyć ich na pamięć. Wyjąłem z kieszeni kurtki bandaże i owinąłem dokładnie
jej nadgarstki, zakrywając wszystkie motyle i róże.
Pocałowałem
jej czoło, muskając nosem włosy i wciągając ich zapach, po czym przykryłem ją
moją kołdrą i zgasiłem światło wychodząc z pokoju. W salonie czekała już na
mnie druga pościel i niewiele myśląc, po prostu rzuciłem się na nią i zapadłem w
sen.
„Obroń mnie przed samą sobą.”
Rankiem,
obudził mnie nagły atak kaszlu; ledwo mogłem oddychać. Ból głowy rozsadzał mi
czaszkę od wewnątrz, gdy niewyspany udałem się do kuchni po szklankę wody.
Rodziców nie było w domu już od godziny i nagle uświadomiłem sobie, że jednak nie
jestem sam.
Zamarłem
w bezruchu, nasłuchując, czy ona jeszcze śpi. Dom pogrążony był w ciszy, więc
wyszedłem do przedpokoju, skąd dostrzegłem zapalone światło w łazience.
Zastukałem trzykrotnie w drzwi, lecz nikt nie odpowiadał.
-
Jesteś tam? – Zapytałem, chwytając za klamkę. Łazienka była zamknięta od
wewnątrz. Pomyślałem, że może poszła się umyć i poszedłem w stronę swojego
pokoju. Uchyliłem drzwi i stanąłem jak wryty w jego progu.
Na
podłodze rozrzucone leżały oba bandaże, obok moich poprzewracanych rzeczy.
Szuflady biurka były pootwierane, podobnie jak szafki. Wówczas przeniosłem
wzrok na łóżko, z którego zrzucona była pościel, a prześcieradło splamione było
szkarłatnym płynem.
Ogarnęła
mnie panika i natychmiast wypadłem z pokoju, rzucając się w kierunku łazienki.
-
Otwórz drzwi! – Wykrzyczałem i szarpnąłem za klamkę. Nikt nie otwierał, więc
pobiegłem po nóż do kuchni i przekręciłem nim zamek od zewnętrznej strony.
Rzuciłem się do środka, odpychając drzwi na zewnątrz i stanąłem w płytkiej
kałuży krwi.
-
Coś ty narobiła?! – Wrzasnąłem w kierunku skulonej na podłodze postaci. Opadłem
na kolana i dostrzegłem obok rozkręconą temperówkę, którą trzymałem w piórniku
jeszcze od podstawówki. Dziewczyna drżała, ściskając swój lewy nadgarstek, a
spomiędzy zaciśniętych palców sączyła się krew. Na brzuchu, na pobrudzonej
koszulce, spoczywało odkręcone ostrze.
Przykucnąłem
przy niej i poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. To wszystko musiało być
jakimś koszmarem, to nie mogło stać się naprawdę!
Wyciągnąłem
do niej ręce, chcąc pomóc jej wstać i szybko opatrzyć rany, lecz nie ruszyła
się z miejsca, tylko rzekła:
-
Wczoraj…tak wspaniale się mną zaopiekowałeś… - Jej głos drżał, a twarz miała
zwróconą w przeciwną stronę. – Dziękuję ci za to. Teraz wiem, że było warto…
-
O czym ty mówisz?! – Byłem wściekły na nią, za to co zrobiła. Wszystko zepsuła,
zniszczyła całą zagadkę, jaką chciałem, by pozostała. Poprosiła, bym się nią
zajął, a teraz zmarnowała wszystkie moje wczorajsze starania. – Mogliśmy razem
to wszystko naprawić! Nauczyłbym rysować cię gdzie indziej, nie na swojej
skórze! – Wyrzucałem z siebie słowa, a wraz z nimi kilka łez potoczyło się po
policzkach, choć starałem się je powstrzymać.
-
Przepraszam! – Jęknęła, a jej ciałem wstrząsały dreszcze. – Nie chciałam, by to
się tak skończyło. Miał to być ostatni raz…Sądziłam, że ty także się mnie
wyprzesz.
-
Ale tego nie zrobiłem! Dotrzymałem obietnicy, próbowałem cię ochronić. Jestem
tu teraz, pozwól mi tylko cię uratować. – Błagałem, by dało się coś jeszcze
zrobić, gdy kolejne strumienie krwi przeciekały pomiędzy jej palcami. Czy
wszystko na tym świecie musi tak przemijać? Ledwie zdążyłem ją poznać,
zrozumieć…a już miałem ją stracić.
-
Przepraszam… - Szepnęła i w końcu odwróciła twarz w moją stronę. Łzy spływały
jedna po drugiej po jej policzkach, a oczy lśniły od kolejnych doń
napływających. Za co przepraszała? Za to, że wypaliła swoim istnieniem dziurę w
moim sercu, czy za to, że zamierzała to zrobić przerywając owo istnienie?
Cokolwiek
to oznaczało, szarpnąłem za jej rękę, by ją podnieść i zatamować jakoś krwotok.
Jednak to tylko pogorszyło sprawę, gdy zobaczyłem co sobie zrobiła.
Motyle
wyryte wcześniej na jej nadgarstku miały porozcinane skrzydła, a skóra na
której wyrysowała płatki róż, była zdarta i głęboko ponacinana, jakby powbijano
w nią ostrze kilka razy z jeszcze większą siłą.
Zachłysnąłem
się powietrzem i opadłem na posadzkę, wpatrując się w jej ręce, gdy nagle obraz
zaczął się zupełnie rozmywać. Ledwie unosząc się na nogach, które odmawiały mi
posłuszeństwa, wydostałem się z tego
pomieszczenia, zostawiając po sobie ślady krwi na podłodze. Pobiegłem do
pokoju rzucając się w stronę telefonu i zadzwoniłem na pogotowie.
Wróciłem
do niej, owładnięty pragnieniem spełnienia swej obietnicy, że jej nie zostawię,
i wziąłem ją na ręce i wsadziłem do wanny.
Całe
jej ciało drżało i powieki opadały. Opłukałem jej rany chłodną wodą i sam się
trzęsąc, zacisnąłem ręcznik wokół jej nadgarstka.
Mówiłem
do niej, wzywałem ją, by się odezwała. Trzymałem w dłoniach jej twarz i co
chwilę podnosiłem jej powieki, by spojrzała na mnie, by dała choć jeden znak
życia.
Przyciskałem
jej usta do swoich, chcąc przekazać jej choć cząstkę swego życia, oddać resztkę
swych sił…
Lecz
zrobiła się już niemal zupełnie blada, a na wierzchu ręcznika pojawiło się
kilka szkarłatnych plam, gdy zaczął przemakać.
Po
chwili usłyszałem głośne wycie syreny i przez wąskie okno w łazience, wpadło do
środka niebiesko-czerwone światło. Zamknąłem oczy i zacisnąłem palce wplecione
w jej dłoń. Wszystkim, czego pragnąłem, było obudzić się z tego koszmaru i
zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle mi się śnił…
Nigdy nie dowiedziałem się, jak miała na
imię.
Z
biegiem czasu zapomniałem nawet jak brzmiał jej głos, choć gdzieś głęboko we
mnie ukryty zachował się on na pewno, podobnie jak jej zapach… Gdy ktokolwiek
pytał, trzymałem się wersji opowiedzianej rodzicom, ale z jej rodziny nigdy
nikt się nie zjawił.
Zupełnie
jakby nie istnieli i jakby nikt jej nie znał.
Pragnąłem
i ja jej nie znać lub móc chociaż o niej zapomnieć, lecz było to niemożliwe.
Mimo, że minęło kilka lat, wciąż nie potrafiłem zbliżyć się do tego parku.
Jeżeli
jest coś, co pozostało mi po niej rzeczywistego…jest to coś, co tak bardzo
lubiła. Choć jestem pewien, że okłamała mnie wtedy, bo tego nie można lubić.
Można
się tym jedynie zarazić i żyć z tym, przyzwyczaić się, że jest to coś, co
ciągnie za sobą samotność. I próbować to zwalczyć, choć bezskutecznie. Nie
sądziłem, że kiedykolwiek naprawdę ją zrozumiem… Nie sądziłem, że ujrzę piękno
w tych różach i motylach, jakie wsiąkały
w moją skórę, nie poprawiane od miesięcy.
Jedyną
drogą jest ich po prostu nie poprawiać. Pozostawić blizny, jako część
przeszłości, w tym świecie, w którym wszystko przemija…
Vuohi