poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ćma

Około czwartej nad ranem obudził mnie atak suchego kaszlu.
Spocona, uklękłam na łóżku, nadal trzęsąc się i krztusząc; żar wypełniał moje płuca. Sięgnęłam przed siebie po szklankę wody, choć nie widziałam zupełnie nic - po zaciągnięciu żaluzji w mym pokoju jest absolutnie ciemno, jedynie przez oszklone drzwi wpada czasami światło księżyca widocznego przez dachowe okno w przedpokoju. Zawsze stawiam napój na szafce nocnej, na wyciągnięcie ręki, ale tym razem wysuwając dłoń do przodu, nie napotkałam szklanki. Po omacku włączyłam lampkę i jednocześnie opuściłam nogi na podłogę, a wówczas poczułam rozlaną tam wodę. Skręciłam kaloryfer i wstałam, pokasłując jeszcze, po czym wdepnęłam w potłuczone szkło - na szczęście nie zdążyłam stanąć na nim całym ciężarem ciała i pokaleczyć stopy, ale małe, błyszczące drobinki przyczepiły mi się do skóry, niczym biało-złoty brokat. Strzepnęłam je, obróciłam się przodem do łóżka i zamarłam. Pościel, spod której się wyczołgałam, leżała teraz gładko na materacu, którego środek uginał się pod wpływem wielkiego ciężaru:
Ogromne, czarne skrzydła połyskiwały w świetle żółtej żarówki. Zacisnęłam powieki na chwilę, przejęta lodowatym dreszczem, jaki wywołał ów obraz, jednak gdy znów otworzyłam oczy, olbrzymia ćma nadal spoczywała na mym posłaniu. Jej tułów pokrywały krótkie włoski, niby mech. Odnóża trzymała rozłożone, a głowę opierała na poduszce. Długie czułki stykały się ze ścianą, rzucając nań podłużne cienie, a mi coraz głośniej piszczało w uszach i nie byłam w stanie drgnąć. Po chwili zorientowałam się, że wstrzymuję oddech i prędko wypuściłam powietrze.
Powinnam była wybiec z pokoju? Krzyczeć?
Byłabym skłonna uznać to za sen, ale wyraźnie odczuwałam tę rzeczywistość - robiło mi się coraz zimniej, począwszy od lodowatych, mokrych stóp po spocone czoło. Wpatrywałam się w gigantycznych rozmiarów stworzenie zajmujące moje miejsce, nie mogąc oderwać wzroku, gdy wtem - poruszyło się.
Dźwigając się na krótkich, patykowatych kończynach, ćma powoli obracała się w moją stronę. Cofnęłam się o krok i przywarłam tyłem do krawędzi komody, szukając jakiegoś oparcia. Wiedziałam, że za mną wisi lustro, ale miałam wrażenie, że tkwi w jego miejscu otwarte okno, a wpadający przez nie wiatr porusza mi włosami. Dotkliwie odczuwałam pragnienie i suchość w ustach zupełnie, jakby ktoś przesypywał piach przez moje gardło.
Ziejący czernią motyl usadowił się naprzeciwko i wbił we mnie wielkie, wypukłe, mieniące się oczy. Jego twarz odrobinę przypominała ludzką; choć nie widziałam na niej nosa, udało mi się dostrzec kontury wąskich, bladych ust. Patrzyłam, jak powoli wargi rozchylają się, a spomiędzy nich wysuwa się długi, cienki języczek.
Nim się zorientowałam, rozciągnął się do przodu, i stojąc nadal jak sparaliżowana, obserwowałam, jak wpełza mi pod koszulkę, unosząc ją do góry. Materiał podwijał się coraz wyżej, a mnie ogarnęło drżenie. Ćma zatrzymała język na lewej piersi, tuż nad sercem, a wtedy nagle z jego końca wysunął się kolec, który gwałtownie wbiła w moje ciało. Krzyk ugrzęzł mi w zaschniętym gardle i opadłam na kolana.
Wpełzała we mnie coraz głębiej, ryjąc dziurę między żebrami. Przecisnęła się językiem do pompującego krew mięśnia i owijała go coraz ciaśniej; czułam, że niebawem pęknie. Traciłam oddech, a drżenie wzmagało się. Całe ciało zlane miałam lodowatym potem, w uszach piszczało nie do wytrzymania. Uniosłam rękę do piersi dopiero teraz, chcąc wyciągnąć uwierający mnie długi cierń, a wówczas spostrzegłam, że moja skóra staje się czarna.
Dziwne, połyskujące łuski pokryły moje dłonie, obraz rozmywał się przed oczyma. W jednej sekundzie ćma wyrwała język z mego tułowia, pozwalając mi upaść do przodu. Nastała ciemność, bez choćby odrobiny światła, a wokół rozległo się łopotanie skrzydeł. Słyszałam, jak wzbijając się w powietrze, stworzenie strąca ze ścian obrazki, drobinki szkła suną po podłodze, a materac skrzypi powracając do swego kształtu.
Rankiem, ocknęłam się zdrętwiała . Leżąc na podłodze, otworzyłam oczy, a światło dzienne wpadało przez drzwi przede mną. Ściany pokoju wciąż trwały w ciemności. Rzęsy kleiły się, a skóra na policzkach była napięta. W ustach czułam słony smak, a wokół mnie leżały zmięte chusteczki.
Uniosłam się na łokciach i zakręciło mi się w głowie.
Na łóżku leżała zwinięta kołdra i wymięty sweter. Wstałam i podeszłam do szafki nocnej; wypiłam całą wodę ze szklanki i wysunęłam jedną z szuflad. Wyjęłam naraz niemal całą zawartość; kilkanaście kopert i kartek, notatek i ulotek. Rzuciłam je na podłogę i spojrzałam nań z wyrzutem.
Pośliniłam palec i starłam zaschniętą krew ze skóry, po czym z powrotem schowałam wszystko do szuflady.
Podwinęłam żaluzje i uchyliłam okno.
Powietrze na zewnątrz nie było jednak o wiele lepsze, niż wewnątrz - ciężkie i osmolone; zupełnie jakbym wpuściła do środka kawałek zszarzałego nieba i usiłowała odetchnąć jego rozpaczą.
Jego wołaniem o pomoc...





Vuohi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz