wtorek, 5 listopada 2013

Motyle i Róże

Spotkaliśmy się zupełnie przez przypadek.
Chłodny jesienny wieczór; spacerowałem usianą gnijącymi liśćmi drogą, w parku nieopodal mojego domu. Wiatr nie był tak uciążliwy, jak poza tym miejscem, gdzie drzewa nie rosły tak gęsto. Robiło się już ciemno, gdy minęła godzina siedemnasta, ale latarnie jeszcze się nie zaświeciły.
Pogrążony we własnych przemyśleniach, zdecydowanym krokiem szedłem do przodu ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w obłocone, stare tenisówki, które już dawno zdążyły mi przemoknąć. Nie zauważyłem nawet nadchodzącej z naprzeciwka pewnej niskiej i drobnej osóbki.
Wpadła na mnie, najwyraźniej również pochłonięta swoimi myślami, a z jej rąk wyleciał bukiet suchych, pożółkłych liści. Przez chwile patrzyłem na nią ze zdumieniem, jak na kogoś obcego, kto wyrywa mnie ze snu, i dopiero po chwili wydusiłem z siebie ciche „przepraszam”. Uśmiechnęła się i schyliła po kilka liści, które nie zdążyły jeszcze namoknąć, po czym minęła mnie i bez słowa ruszyła przed siebie.
Ledwie sam zrobiłem parę kroków, a latarnie na całej alei zaświeciły się, czyniąc świat poza drzewami jeszcze ciemniejszym. Odwróciłem się, chcąc jakby podzielić tym spostrzeżeniem, a ona stała tam, parę metrów przede mną, z głową zadartą do góry.
Wbiła wzrok w liść przyklejony do rozświetlonej lampy i zaciągnęła rękawy, zakrywając dłonie do połowy. Po chwili opuściła głowę i spojrzała na mnie, jakby czekając, aż coś powiem.
Moje buty wrosły w drogę pode mną i staliśmy tak kilka minut, po prostu na siebie patrząc.
Spojrzałem na jej nogi i wydało mi się, że drżą jej kolana. Pod rozpiętą kurtką miała na sobie sweter w pomarańczowo-brązowe pasy, a na szyi niedbale zawiązaną czerwoną chustę.
Wtem obróciła się w drugą stronę i ruszyła przed siebie, rzucając coś w rodzaju wyzwania dla mnie. „Jeśli umiesz, odezwij się.”
- Zaczekaj! – Zawołałem za nią, aż sam nie wierząc w to, co robię, i niewiele myśląc, pobiegłem za nią. Zrównałem się z nią tempem i szliśmy dalej razem w milczeniu.
Była to droga, którą dopiero co pokonałem, idąc w przeciwnym kierunku.
Zdawała się akceptować moją obecność, jednocześnie ją ignorując; stawiała powoli kolejne kroki, ze wzrokiem utkwionym w ziemi, a ja ukradkiem obserwowałem jej zachowanie. Studiowałem delikatne rysy obcej mi twarzy, będącej dla mnie nową zagadką. Zaróżowione policzki, lekko rozchylone usta, a pod oczami delikatne cienie, jakby rozmazany tusz do rzęs w połączeniu ze zmęczeniem. Ciemne, poplątane włosy, zasłaniające jej oblicze w drugiej strony, sięgały trochę za ramiona.
Nagle zatrzymała się i zwróciła ku mnie swoje ciemnozielone oczy, a ja poczułem się jak nakryty na gorącym uczynku. Zdawała się próbować nawiązać ze mną kontakt bez używania słów, a co najdziwniejsze – chyba jej się to udawało: było coś ujmującego w tym obustronnym milczeniu. Zacisnęła usta i mrugnęła parę razy, po czym wyciągnęła przed siebie rękę, spodem dłoni do góry, jakby czekając na moją kolej.
Sprawiała, że robiłem wszystko bez przemyślenia; odruchowo uniosłem rękę w jej stronę i wplotłem swoje palce w jej dłoń. Ruszyliśmy ponownie przed siebie.
Czas zdawał się nie istnieć; istniało tylko ciepło pomiędzy naszymi dłońmi oraz droga, którą powoli przemierzaliśmy. Jednocześnie czułem się jak we śnie; tak bardzo owa sytuacja była niecodzienna, nietypowa…
Nie wypowiedziała dotąd ani jednego słowa, nigdy jej nie widziałem, ale coś nas łączyło właśnie w tej jednej chwili; tu, i teraz.
Skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą w głąb parku, gdzie latarnie stały w odległości jakichś trzydziestu metrów od siebie i mrok co chwila wyłaniał się zza drzew, a potem znikał, obezwładniany przez światło. Prócz szelestu wilgotnych liści pod naszymi stopami, słyszałem jej oddech; równy i opanowany. Dziurawe podeszwy w moich butach zaczynały mnie denerwować, gdy coraz więcej błota dostawało się do środka.
Pociągnęła mnie w bok, zbaczając z drogi. Przyspieszyliśmy, idąc po śliskim gruncie, zagłębiając się w ów mały fragment lasu, należący do parku. Zrobiło się prawie zupełnie ciemno; w oddali tylko migotały światła lamp, za gęstwiną drzew i krzewów. Nie wiem, dlaczego pozwoliłem jej mną kierować.
Czułem, jak moje nogi stają się coraz cięższe, jednak ona nadal wytrwale szła przed siebie, a ja podążałem za nią, z moją dłonią wplecioną w jej dłoń. Gałęzie trzaskały pod butami, a latarnie już dawno zniknęły nam z oczu. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem.
Właśnie wtedy zatrzymała się.
Wyrwała rękę z mojego uścisku i spojrzała na mnie, a ja dostrzegłem jej twarz w tym mroku, gdy moje oczy już oswoiły się z ciemnością. W mojej głowie tłukły się myśli, mnóstwo pytań, lecz nie odważyłem się nic powiedzieć.
- Chcę, żebyś został moją tajemnicą. – Szepnęła, a jej cichy głos, wsiąkał głęboko we mnie, jakby chłonęła go moja złakniona dusza. Nieznajoma, na której słowa czekałem przez cały ten czas, odkąd się ze sobą zderzyliśmy. – Tutaj nikt nas nie znajdzie… - Dodała, po czym wskazała na uschnięty, stary pień i skinęła głową, nakłaniając mnie, bym usiadł.
       Opadliśmy na miejsce, a ona pochyliła się w moją stronę i przycisnęła głowę do mojej klatki, nasłuchując. Serce zabiło mi szybciej, jakby samo nie potrafiło jej zrozumieć. Pojąć sensu wszystkiego, co robiła…a jednocześnie wszystko wewnątrz mnie krzyczało, że jest to coś niezwykłego, coś istotnego…Potrafiła mnie zaczarować.
- Czuję twoje serce. Jesteś prawdziwy… - Mówiła półgłosem, a ja siedziałem starając się wyczytać coś z jej twarzy w tej ciemności. Ujęła moją dłoń i przycisnęła do siebie. Poczułem delikatne uderzenia jej serca, jakby czegoś zakazanego, zamkniętego w klatce. – Teraz ty też możesz być pewien, że i ja jestem prawdziwa. – Powiedziała, jakby wszystko to, co się działo, było najnormalniejsze w świecie; jakby codziennie włóczyła się po lesie z przypadkowo spotkaną osobą i sprawdzała, czy naprawdę istnieje, wsłuchując się w bicie serca.
Mimo wszystko, nie potrafiłem pomyśleć wprost, że jest dziwna, i że to co robi, zakrawa na objawy jakiejś nietypowej choroby. Wręcz przeciwnie – z każdą sekundą, byłem coraz bardziej ciekaw tego, co powie i co wymyśli. Nie znałem nawet jej imienia, lecz w chwili gdy spletliśmy ze sobą nasze dłonie, coś się zmieniło. Coś obróciło moje życie o sto osiemdziesiąt stopni, zupełnie niespodziewanie i nieodwracalnie.
- Mam już bardzo mało czasu. – Szepnęła. – A więc chciałabym tylko, żebyś obiecał, że pozostanę twoją tajemnicą, tak jak ty pozostaniesz moją.
Przysunęła się do mnie, niemal stykając swój nos z moim. Ku własnemu zdziwieniu, odważyłem się wypowiedzieć to jedno słowo;
- Obiecuję. – Mój głos wydał się mi jakiś obcy, jakby dobiegał z oddali. Wbiłem wzrok prosto w jej oczy, za którymi zdawała się tak wiele ukrywać i uśmiechnąłem się niepewnie.
- Dziękuję. – Odparła. – Jeśli mi ufasz, zamknij oczy. Będę jutro o tej samej porze tam, gdzie się spotkaliśmy. – Poczułem jej oddech na policzku i niewiele myśląc, natychmiast opuściłem powieki. Dreszcz przeszedł mi po plecach, a po chwili poczułem ciepło na swoich ustach. Musnęła palcami mój podbródek, przyciągając mnie ku sobie. Ciemność opanowała cały mój umysł, gdy delikatnie zacisnęła usta na mej górnej wardze, jakby chciała przypieczętować tę obietnicę…
A potem zniknęła.
Po prostu rozpłynęła się w mroku, pozostawiając mnie samego na środku lasu, a jedynym, co mi po niej pozostało, była nadzieja, że ujrzę ją ponownie następnego dnia…

      Po niemal dwóch godzinach błądzenia po tamtym miejscu, wydostałem się z parku i dotarłem do domu. Rodzice jakoś nigdy nie wykazywali zainteresowania tym, co robię i kiedy, gdzie jestem i jak długo. W weekendy przeważnie spędzali czas przed telewizorem, a w ciągu tygodnia byli zbyt zapracowani, by zwracać na mnie uwagę.
Jeszcze jakieś sześć lat temu, dbali przynajmniej o to, by zajmowała się mną jakaś opiekunka. Potem, gdy stałem się już bardziej samodzielny, nie musieli martwić się o moje zajęcia po szkole.
Zdarłem z siebie dawno już przetarte buty i dosłownie wycisnąłem z nich wodę, zostawiając ślady z błota na brzegu wanny, i ułożyłem je na kaloryferze w łazience, z nadzieją, że wyschną do następnego wieczoru.
W chwili, w której rzuciłem się na łóżko, uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem zmęczony. W dodatku ostatnie pięć godzin, zdawało się być jedynie dziwnym snem lub nierealnym zdarzeniem, które sobie tylko wyobraziłem, włócząc się po parku o tej porze.
Jednak ona, bliska nieznajoma, musiała być realna. Po prostu musiała. I wierzyłem w to z całej siły, wyczekując następnego dnia.

     Nie potrafiłem przypomnieć sobie, w którym dokładnie miejscu ją spotkałem i dotarło to do mnie dopiero, gdy ponownie wciskałem się w nadal wilgotne tenisówki. Niepokój wtargnął do mej głowy, lecz postanowiłem zdać się na instynkt i po prostu pójść prosto aleją, która prowadziła do wschodniego wyjścia z parku.
Na wszelki wypadek udałem się tam pół godziny wcześniej, a z każdym kolejnym krokiem, serce tłukło się coraz głośniej. A co jeśli sam sobie to wymyśliłem?
Co jeśli ona się nie pojawi?
Nigdy nie sądziłem, że w moim życiu może wydarzyć się coś podobnego, a tym bardziej z przypadku, bez żadnego powodu. Chyba, że to właśnie nie był przypadek i każda z tych chwil, była mi zwyczajnie przeznaczona…
Ponownie zanurzyłem się w świecie własnych przemyśleń i to okazało się jedyną drogą do tego, by nogi same zaniosły mnie we właściwe miejsce. Za zakrętem dostrzegłem już znajomą postać. Stała z rękami w kieszeniach, ubrana dokładnie tak samo, jak poprzedniego dnia.
Przyspieszyłem kroku i podbiegłem do niej, zatrzymując się gwałtownie na krok przed nią. Nie odezwała się ani słowem.
Zastanawiałem się, ile z wczorajszego wieczoru zdarzyło się naprawdę, a ile było jedynie wytworem mojej wyobraźni. Czy nieznajoma w ogóle potrafiła mówić?
Nie zdążyłem nawet tego sprawdzić, bo znów chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Dziś nie skręciliśmy jednak w tę samą aleję, co poprzednim razem, lecz po chwili szybkiego spaceru, znaleźliśmy się w centrum parku, gdzie latem funkcjonowała fontanna, a dzieci jeździły wokół niej na trzykołowych rowerkach, z wypożyczalni obok.
Jesienią to miejsce wydawało się martwe; liście gniły w sadzawce, wszystko zdawało się być obklejone jakąś brązową masą. Gdy nadchodziła zima, cały ten mały świat pokrywał biały puch, niosący ze sobą głuchą ciszę.
Cztery latarnie oświetlały plac z fontanną, na której usiedliśmy w milczeniu. Nie potrafiłem pojąć, co takiego tkwiło w tej osobie, że podążałem za nią i ufałem jej, mimo że nigdy tak naprawdę nie doszło do normalnej rozmowy między nami.
Był to drugi raz w moim życiu, kiedy ją widziałem; dzień po pierwszym spotkaniu, ale odniosłem wrażenie, że od poprzedniego wieczoru minęła już cała wieczność. Wpatrywałem się w twarz tej dziewczyny, z obcym mi dotąd uczuciem tęsknoty, podczas gdy ona patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.
- Mógłbym chociaż poznać twoje imię? – Zapytałem w końcu, a moje pytanie wyrwało dziurę w ogromnej, otaczającej nas ciszy. Ocknęła się i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Dlaczego to właśnie imiona są takie ważne…? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie, wbijając w ten sposób coś ostrego w moje serce. Poczułem się zbyt głupi, by w ogóle z nią rozmawiać, gdy swoją odpowiedzią uświadomiła mi, że to naprawdę nieistotne, jak mamy się do siebie zwracać. Każde z nas ma to drugie za swoją tajemnicę, po co więc ją nazywać?
- To tak, jakbyśmy chcieli poznać imię wiatru. Czy też imię szczęścia… - Dodała po chwili, spuszczając wzrok. – Niektóre rzeczy po prostu muszą pozostać nienazwane, bo tylko wtedy zachowają swój urok.
Robiło się coraz chłodniej z każdym dniem; dziś o tej porze było jeszcze zimniej niż wczoraj, dodatkowo byłem pewien, że moje zupełnie przemoczone buty przyczynią się do tego, że wkrótce zachoruję. I co wówczas? Nie będę mógł się z nią spotkać, a znając jej imię, lub mając jakikolwiek kontakt, nie musiałbym się bać, że stracę tę znajomość i wszystko rozpłynie się jak zwykły sen… To właśnie nazywanie pewnych rzeczy i zjawisk, pomagało się z nimi oswoić i tworzyło pewną więź, poczucie przynależności… Może dla niej naprawdę nie było to istotne? Może ufała mi na tyle, że była pewna, że to przetrwa?
- Mogłabym jednak dowiedzieć się czegoś mniej konkretnego o tobie. – Rzekła niespodziewanie, wyrywając mnie z zamyślenia. – Na przykład; co lubisz?
Spojrzałem na jej włosy opadające na czoło, którymi delikatnie kołysał wiatr. Przypomniałem sobie dotyk jej skóry na moim policzku, ciepło przepływające pomiędzy naszymi dłońmi…Lubiłem świadomość, że ona jest blisko…
- Lubię czytać, tak myślę. I swego czasu bardzo lubiłem grać w kosza, ale potem zmieniłem szkołę i tak jakoś wyszło, że nie starczyło na to czasu… Właściwie wiele rzeczy które lubiłem, przepadło wraz z wiekiem.
Po raz pierwszy ujrzałem w jej oczach cień zwykłego, ludzkiego zrozumienia. Wystarczyło wspomnieć o czymś tak przyziemnym, by straciła choć na chwilę swą zagadkowość, by zdjęła tę maskę.
- A ty? – Zapytałem, gdy nie skomentowała mojej odpowiedzi. Wówczas westchnęła i ponownie włożyła ręce do kieszeni.
- Ja lubię rysować. – Usłyszałem. Wyciągnęła przed siebie nogi, tworząc piętami dwa podłużne ślady w warstwie mokrych liści.
- Co rysujesz? – Zapytałem, gdy nie doczekałem się rozwinięcia odpowiedzi.
- Motyle i róże. – Odrzekła, przechylając na bok głowę.
Chciałem o tyle jeszcze zapytać… Wiedzieć, gdzie mieszka, gdzie chodzi do szkoły. Ile właściwie ma lat, skąd wzięła się w tym parku i dlaczego akurat ja…Dlaczego to właśnie mnie postanowiła uczynić swoją tajemnicą…
Jednak nie odważyłem się zapytać o cokolwiek więcej, co mogłoby dotyczyć bezpośrednio jej życia. Zbyt się bałem, że moja ciekawość ją zirytuje, że każde pytanie będzie bez sensu i przede wszystkim, że wraz z jej odpowiedziami, zniknie cała ta tajemnica, jaką nadal jest.
- Nie sądzisz, że to wszystko jest dziwne? – Wyrzuciłem z siebie w końcu.
- Co wszystko? – Odwróciła się do mnie przodem.
- To, że… spotkałaś mnie przez przypadek… i tak po prostu postanowiłaś spędzać ze mną czas.
- Właściwie dokładnie to samo dzieje się z innymi ludźmi, których poznajemy i lubimy. Z tą różnicą, że znamy ich imiona, prawda? – Wyciągnęła ręce z kieszeni i złożyła je na moich dłoniach. – Poza tym, wcale nie uważam, że to przypadek. – Dodała szeptem.
- Pokażesz mi kiedyś swoje rysunki? – Zmieniłem temat i nagle wtedy odsunęła się.
- Nie warto, uwierz mi. – Spuściła wzrok.
- Ja sądzę, że warto. Tak samo, jak poznawać ciebie. – Nachyliłem się w jej kierunku, lecz ona tylko pokręciła głową.
- Obawiam się, że muszę już iść… - Powiedziała, co sprawiło, że ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie niepokoju. Nie miałem pojęcia, czy powiedziałem coś nie tak, czy coś zepsułem…czy ona naprawdę nie miała już czasu. Zerwała się z miejsca, więc ja także wstałem, by ją zatrzymać choć na chwilę, ale ponownie mi się wyrwała. – Nie patrz w którą stronę odchodzę. – Rzekła chłodno, a ja poczułem, że właśnie coś tracę.
- Zaczekaj…nie rozumiem! Nie chciałem powiedzieć czegoś złego…
- Wszystko w porządku. – Odparła. – Po prostu teraz się spieszę. Jeśli będziesz tu jutro…byłoby mi miło. – Rzuciła odchodząc i chcąc nie chcąc, odwróciłem wzrok, by nie zobaczyć, którędy poszła.

     Nie mogłem zasnąć; niemal całą noc męczył mnie ból głowy i ponure myśli nie dawały spokoju. To wtedy po raz pierwszy poczułem się od Niej uzależniony.
Paliła mnie skóra, jakby moje żyły krzyczały, jakby płynąca w nich krew wrzała. Dopiero nad ranem udało mi się zasnąć choć na chwilę i dziękowałem w duchu za to, że wszystko to dzieje się akurat w dniach wolnych od szkoły. Nie potrafiłbym skupić się na niczym – wciąż myślałem tylko o Niej.
Koło południa obudził mnie głód i przyzwyczajony do pustego o tej porze domu,  powlokłem się do kuchni. Dotąd każdy dzień wyglądał niemal identycznie. Jeśliby nie liczyć wszystkich tych przeczytanych dotąd książek, mógłbym spokojnie stwierdzić, że w życiu nie zrobiłem nic pożytecznego. O ile spędzanie czasu na czytaniu można było nazwać pożytecznym, bo na pewno działało to jakoś na moją wyobraźnię i minimalny rozwój słownictwa.
Tymczasem w ciągu ostatnich dwóch dni, wszystko się zmieniło. Nie mogłem się skoncentrować na żadnym tekście, ponieważ ważniejsze stało się myślenie nad tą zagadką, jaką była dla mnie Ona.
Jeżeli istnieje przeznaczenie…co dalej jest pisane nam, skoro nasze spotkanie nie było przypadkiem?

      Byłem na miejscu jeszcze zanim zrobiło się ciemno. Liczyłem na to, że dowiem się chociaż mniej więcej kiedy i skąd Ona tam przychodzi. Siedząc na brzegu gnijącej fontanny, obserwowałem drogi pomiędzy drzewami i aleje, prowadzące  w różnych kierunkach.
Zaczynało już powoli zmierzchać, gdy tkwiąc w półmroku zastanawiałem się, dlaczego się spóźnia. Postanowiłem zaczekać tam jeszcze parę minut, a następnie pójść w miejsce pierwszego spotkania, bo być może zapomniała, gdzie mieliśmy spotkać się tym razem.
Latarnie zaświeciły się, i ciemność ziejąca spomiędzy drzew wydała mi się jeszcze bardziej przerażająca niż zazwyczaj. Niemal biegiem ruszyłem w stronę głównej drogi.
Nogi robiły się coraz cięższe, czułem jak lodowate powietrze szarpie wewnątrz moje płuca. Krztusiłem się, przemierzając każdą drogę po kilka razy, ale Jej nie było nigdzie.
Nie było po niej ani śladu, zupełnie jak wtedy, gdy zniknęła w ciemności, na środku lasu. Ogarnęła mnie panika. Czy właśnie dziś, ten przeważnie opuszczony park mógł odwiedzić jakiś niewłaściwy człowiek, który podobnie jak i ja, był Jej przeznaczony?
Czy po tych drogach stąpał właśnie ktoś, kto mógł przyczynić się do jej zniknięcia?
Rozglądnąłem się raz jeszcze dookoła, a obraz rozmywał mi się przed oczyma, światła lamp tańczyły wokół mnie. Powrócił nocny ból głowy, uderzając we mnie nagle wraz z przerażeniem, jakie targało moim sercem. Ona nie mogła zniknąć!
Musiała gdzieś tam być! Może był inny powód jej nieobecności, może zmusiły ją do tego sprawy rodzinne… Nie mogłem dać się zwariować.
Wróciłem do domu i zdarłem z siebie przemoczone ubranie, bo jeszcze w drodze powrotnej dopadła mnie ulewa. Jakby dając mi nadzieję, deszcz lunął z nieba na znak, że i tak musielibyśmy się rozstać dziś wcześniej…
Wszystko to jednak zdawało się mnie wykańczać, gdy wyczerpany od razu zasnąłem, a całą noc towarzyszyły mi jedynie koszmary.

       Miał być to pierwszy dzień szkoły po  długim weekendzie, kiedy rankiem okazało się, że mam trzydzieści osiem stopni. Prócz gorączki dopadł mnie jeszcze okropny ból gardła i kaszel, a moi rodzice, którzy choć widocznie starają się nie poświęcać mi uwagi, do czego już dawno przywykłem, w przypadku choroby zawsze zdają się zamieniać w opiekuńczych i przykładnych, takim więc sposobem kazali mi nie ruszać się z domu.
Byłem jednak pewien, że do dwudziestej na pewno ich jeszcze nie będzie, a ja musiałem być o „tej samej porze” w „tym samym miejscu”. Mogła to być ostatnia szansa, bo jeżeli wczoraj się nie udało, dziś to Ona mogła przyjść i mnie nie odnaleźć. W przypadku gdyby jej nie było, postanowiłem zostawić jakiś list przy fontannie, w którym podałbym swój adres. Do tego parku i tak prawie nikt nie przychodził, jeśli nie musiał, bo bądź co bądź, o tej porze roku nie było to ani trochę atrakcyjne miejsce. Może to właśnie dlatego tak bardzo lubiłem tam spacerować. Z dala od świata, od tego hałasu i wszystkich nadmiernie dociekliwych ludzi.
Może to właśnie dlatego Ona także wybrała to miejsce.
Może to dlatego los wybrał nas.
Czy miałem wierzyć tej „bliskiej nieznajomej” i rzucić wszystko dla przeznaczenia? To było jakieś szaleństwo…

      Po całym dniu spędzonym w łóżku, około siedemnastej wymknąłem się z domu, ubrany tym razem w dwie bluzy naraz i buty mojego ojca. Musiałem później wrócić na tyle wcześnie, by jeszcze umyć je z tego okropnego błota zmieszanego ze zgniłymi liśćmi. Gdyby nie te wyprawy w głąb lasu, może moje trampki by się jeszcze do czegoś nadawały…
Do centrum parku poszedłem na około, tak, by przy okazji przejść drogą, na której się spotkaliśmy. Nie wiedziałem nadal, czemu tak bardzo mi na niej zależało, gdy nie miałem nawet gwarancji, że jej także zależy. Może wszystko to było spowodowane tamtą obietnicą lub po prostu sposobem Jej bycia? Chciałem upewnić się, że jest bezpieczna.
Parę zakrętów przed wejściem na plac z fontanną, zamknąłem oczy i zwolniłem kroku, jakby zaklinając tę chwilę, i prosząc, by gdy znajdę się na miejscu, Ona już tam była.
I spełniło się moje życzenie; siedziała, jakby nigdy nic, z rękami w kieszeniach, a na Jej kolanach spoczywał bukiet brązowych i żółtych liści. Podbiegłem do Niej, powstrzymując się od powitania czy zadania kolejnych pytań. Zająłem miejsce obok i zacząłem przyglądać się czarnym plamom na Jej bukiecie; nie był już tak starannie dobrany, jak za pierwszym razem, ale może to za sprawą pogarszającej się pogody. Potem wbiłem wzrok w Jej twarz, starając się z niej coś wyczytać, ujrzeć jakieś zmiany, które mogły być przyczyną Jej zachowania…cokolwiek. Jednak Ona siedziała jak skamieniała i patrzyła przed siebie obojętnie. Nigdy nie pomyślałbym, że mogę nagle tak zatęsknić za kimś, kto siedzi tuż obok mnie. Zupełnie jakby prawdziwa Ona, była uwięziona gdzieś wewnątrz i nie mogła się odezwać.
Nie orientując się nawet sam w tym, co robię, po prostu nachyliłem się w Jej kierunku i objąłem. Przycisnąłem do siebie i po raz pierwszy poczułem Jej materialność tak mocno. Słodki zapach Jej ciała, zmieszany z lasem, zawirował mi w głowie. Drgnęła i odwzajemniła uścisk.
A więc nie byłem sam na tym świecie. Nawet jeśli Ją sobie wyśniłem, Ona istniała w tej chwili naprawdę. Zachłystując się powietrzem, wciągałem zachłannie tę słodką woń; wtuliłem nos w Jej włosy, a wszystko wokół się rozpłynęło. Myśli tańczyły w mej głowie.
Nagle moje pytania, moje pragnienia i wszystko, co dotąd zaistniało, stało się nieważne. Poczułem, że bez względu na to, co Ją wczoraj powstrzymało od spotkania, było to teraz nieistotne, bo najważniejsza w tej chwili była Jej obecność obok.
      Otworzyłem oczy, gdy lekko się odsunęła i wówczas dostrzegłem białą tkaninę, wystającą spod Jej rękawów. Bandaże?
Spostrzegła, że przyglądam się Jej rękom i natychmiast naciągnęła kurtkę, zasłaniając dłonie do połowy. Pociągnęła nosem i spojrzała na mnie, jakby próbowała odgadnąć, o czym myślę.
- Przepraszam za wczoraj. – Jej delikatny głos przerwał panującą ciszę, której zdawałem się nie zauważać, póki była blisko mnie. Nie chciałem Jej o nic wypytywać; liczyło się to, że teraz nic Jej nie zagrażało. Miałem jedynie nadzieję, że nie zniknie tak szybko jak ostatnio.
- Miałam tylko niewielki wypadek. – Dodała, ku mojemu zdziwieniu, że w ogóle dzieli się ze mną takimi informacjami.
- Szukałem cię. – Odpowiedziałem spokojnie, chcąc dać Jej do rozumienia, że nie jest mi obojętna, ale nic się nie stało, skoro był to tylko wypadek. Po chwili jednak przypomniałem sobie o czymś, co ukrywała pod rękawami i ów wypadek przybrał postać czegoś znacznie bardziej istotnego. – Nic ci nie jest?
- Nic takiego. To wypadek przy pracy, po prostu przez jakiś czas muszę ograniczyć rysowanie.
Zastanawiałem się, do jakiego stopnia obrażeń może dojść podczas rysowania, ale nie znalazłem niczego, co tłumaczyłoby zabandażowane ręce i to nawet nie dłonie.
- Przykro mi… mam nadzieję, że twoje motyle i róże nie ucierpią na tym. – Nadal powstrzymywałem się od zadawania szczegółowych pytań.
- To one zawsze odejmowały mi cierpienia. – Odpowiedziała cicho, a ja odniosłem wrażenie, że jest dziś wyjątkowo gadatliwa. Dotąd nie dzieliła się ze mną własnymi myślami, tak sama od siebie. – Jeżeli tak bardzo chcesz, kiedyś ci je pokażę.
Poczułem się niemal zaszczycony, choć z drugiej strony było coś niepokojącego w Jej zachowaniu. To tylko rysunki, tak? Co w tym niesamowitego – pokazać je komuś?
Zakaszlałem kilka razy, przypominając sobie, że nadal jestem chory.
Wzięła do ręki bukiet liści i zerwała się z miejsca. Stanęła na krawędzi fontanny, na której siedzieliśmy i wyciągając ręce do góry, rozsypała liście dookoła. Chwiała się na palcach z zamkniętymi oczami i czekała, aż ostatni z liści, muskając po drodze jej twarz, opadnie na ziemię. Patrzyłem na to wszystko jak we śnie.
Wszystko w Niej było takie inne…
Patrząc na Jej twarz rozjaśnioną światłem latarni, zapragnąłem ujrzeć ją w blasku słońca. Jaki piękny to musiał być widok… Gdyby wszystko było inne, gdyby właśnie była wiosna, a świat wokół budził się do życia…Czy Ona także byłaby zupełnie inną osobą?
- Przyjdziesz tutaj jutro? – Zapytałem, zdając sobie sprawę z tego, że robi się coraz później. Spojrzała na mnie z góry z zaskoczeniem, po czym zeskoczyła z krawędzi i stanęła naprzeciwko mnie.
- Tak. – Odparła, a przez Jej oczy przemknął cień uśmiechu, jakby iskra, jednak nie wystarczająco silna, by rozpalić ten uśmiech na Jej twarzy. Chwyciła mnie za ręce i pociągnęła do góry, żebym wstał z miejsca.
Staliśmy naprzeciwko siebie, a Ona wyciągnęła dłonie ku mojej twarzy i dotknęła palcami powiek, opuszczając je na dół. Znów pozwoliłem Jej się zaczarować.
I poczułem już tylko jak pochyla moją głowę ku sobie, a Jej oddech parzył mnie w policzek. Musnęła ustami czubek mojego nosa i nagle odeszła, pozostawiając jedynie uczucie mrowienia na mojej twarzy i szyi, jakby przekazała tym miejscom część swojej energii.
Otworzyłem oczy i wszystko wróciło na swoje miejsce.
Stałem na warstwie gnijących liści, a wokół mnie były tylko drzewa i latarnie. Ona zniknęła bezszelestnie, jak za pierwszym razem.

       W domu znalazłem się wystarczająco wcześnie i zdążyłem jeszcze porozkładać wszystkie rzeczy, tak, by wyglądało na to, że cały dzień spędziłem w swoim pokoju. Wyszorowałem dokładnie buty mojego ojca, spłukałem błoto z brzegów wanny i odłożyłem wszystko na swoje miejsce. Zaparzyłem herbatę i coraz silniej kaszląc, wszedłem do łóżka i starannie okryłem się kołdrą.
Zdawałem się robić coraz słabszy. Zasnąłem jeszcze przed dwudziestą i przespałem całą noc, budząc się dopiero po dziesiątej rano. Choroba jednak nie ustąpiła wraz z nadejściem nowego dnia.
Zastanawiałem się, jaki to wszystko miało sens. Pozwoliłem Jej nazywać się swoją tajemnicą, a Ona stała się moją. Pozwoliłem sobą kierować i zupełnie zabłądziłem… Musiałem dowiedzieć się o Niej czegoś więcej, jeżeli miało to trwać dłużej. Nie widziałem przyszłości dla nas, poza tym miejscem w parku. A przecież nie można spędzić tam całego życia, to absurdalny pomysł! Nie potrafiłem jednak niczego zmienić, zrobić czegoś sam. Stawałem się coraz bardziej uzależniony od Niej, coraz bardziej pragnąłem tylko Jej obecności…

      Kolejny raz ogarnęło mnie uczucie ulgi, gdy zobaczyłem Ją spacerującą po krawędzi sadzawki. Cały dzisiejszy dzień padał deszcz, na głowę miała zarzucony zielony kaptur od bluzy pod kurtką. Podszedłem niepewnie i ujrzałem wtedy Jej uśmiech, gdy mnie zauważyła, rozświetlający wszystko wokół.
Zeszła na ziemię i odgarnęła z czoła kosmyk mokrych włosów. Czy nigdy nie było Jej zimno?
Chwyciła mnie za rękę i wplotła palce w moją dłoń. Pociągnęła mnie za sobą w głąb lasu, a ja ruszyłem za Nią mimowolnie, pokasłując co parę kroków.
Powietrze zdawało się robić coraz cięższe i wilgotniejsze od tego deszczu, a wokół unosił się leśny zapach gnijących liści i umierającego jesienią świata. Tym razem zatrzymaliśmy się na tyle blisko centrum parku, że światło latarni jeszcze do nas docierało, a za drzewami rysowały się aleje i ławki stojące na nich.
- Na pewno chcesz zobaczyć moje rysunki? – Zapytała, jak zwykle wyrywając mnie z zamyślenia. Stała w półmroku, wyczekując odpowiedzi, ale nie zauważyłem, by miała ze sobą jakąś teczkę czy zeszyt, w których mogłaby nosić rysunki. Poza tym przecież padał deszcz, kartki na pewno by się zniszczyły. Może miała zamiar zaprowadzić mnie w jakieś inne miejsce, gdzie je ukryła?
Nie uzyskując odpowiedzi wbiła we mnie wzrok i dodała;
- Wiesz, wtedy wszystko może się zmienić. Ale nie oczekuję, że zechcesz się jeszcze ze mną spotkać, gdy je zobaczysz. Przyzwyczaiłam się, że ludzie po prostu odchodzą.
Poczułem się po części urażony Jej słowami. Dlaczego sądziła, że jest mi obojętna? Czy to dlatego wszystko robiła tak szybko; ufała mi od samego początku i żądała obietnic, tylko dlatego, że myślała, że prędzej czy później odejdę?
Z drugiej strony zastanawiało mnie, co takiego jest w tych rysunkach, że sprawiają, że inni odchodzą. Dlaczego okrywała je taką tajemnicą, czemu rozmowa o nich była taka trudna…?
- Chcę je zobaczyć. Na pewno. – Powiedziałem, patrząc jej w oczy. – I nie zniknę, obiecuję.
Westchnęła i uścisnęła moją dłoń, wbijając wzrok w buty.
Po chwili odsunęła się do tyłu o krok i mimo panującego wokół chłodu, odwiązała z szyi chustę i rozpięła do końca kurtkę. Zdjęła wierzchnie odzienie i powiesiła je na mokrej gałęzi drzewa obok. Patrzyłem na jej ruchy jak zahipnotyzowany, nie będąc w stanie określić, co ona właściwie robiła. Nogi uginały się pode mną; byłem wyczerpany chorobą i spacerami po tym lodowatym miejscu.
Zdjęła jeszcze bluzę i stała teraz przede mną w koszulce, trzęsąc się lekko. Nie myliłem się – na rękach zawiązane miała bandaże, które zaciśnięte starannie na nadgarstkach połyskiwały bielą w ciemności. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, na ich widok.
Drżącymi rękoma, odwijała powoli tkaninę najpierw z lewej, a potem z prawej ręki. Złożyła opatrunek na warstwie ubrań wiszącej na gałęzi i podeszła do mnie.
Wyciągnęła nadgarstki przed siebie, a ja, walcząc z uczuciem niepokoju, skierowałem na nie wzrok. Moim oczom ukazały się motyle i róże; wycięte w skórze kształty, jedne po drugich.
Serce zatłukło się mi o żebra, jakby krzycząc, a z każdą kolejną sekundą czułem coraz większe przerażenie. Nie potrafiłem oderwać wzroku od tych widocznych nawet po ciemku ran, perfekcyjnie wyrytych na Jej bladych nadgarstkach.
Spojrzałem na Jej twarz, pełną wątpliwości i usta, które drgały. Nie miałem pojęcia, które z targających mną w tej chwili uczuć, było silniejsze; czy był to strach, czy raczej ogromny żal i smutek?
Wyciągnąłem bezradnie dłoń w Jej kierunku, lecz zaraz po tym od razu ją cofnąłem. Chciałem coś powiedzieć, ale zwyczajnie brakło mi słów. Jak długo to robiła? Dlaczego to robiła? Czy owy „wypadek przy pracy”, polegał na tym, że zraniła się zbyt mocno?
Boże, kogo ja poznałem?! Ona naprawdę uważała te krwawe linie za sztukę!
Odsunąłem się w tył o parę kroków, z trudem łapiąc powietrze. Obiecałem jej, obiecałem, że nie odejdę i przecież sam chciałem zobaczyć jej rysunki, mimo że ostrzegała mnie nieraz.
Wtem Jej oczy przybrały wyraz kogoś przegranego, odchodzącego z rezygnacją. Tak jakby się poddała. Zrozumiałem, że to właśnie miała na myśli mówiąc, że ludzie odchodzą. Nie mogłem Jej zostawić.
Rzuciłem się w jej stronę i przygarnąłem do siebie. Otoczyłem ramionami zziębnięte ręce i sięgnąłem po Jej ubrania, okrywając Ją nimi. Po raz pierwszy poczułem, że to Ona potrzebuje mnie. Czułem jak drżała z zimna, szczękając zębami i rozcierałem Jej odsłoniętą skórę.
Pomogłem Jej się ubrać, podając ubrania i szepcąc, by była spokojna, i że wszystko będzie dobrze.
Ale tak naprawdę gdzieś w głębi duszy, bałem się Jej jak niczego innego.
Czekała na kogoś, kto Ją zrozumie, czy na kogoś, kto zacznie rysować razem z Nią?
W głowie tłukły się pytania, gdy przyciskałem do siebie tę małą, kruchą istotę, zupełnie jakby miała wnet się rozpaść, jakby wiatr mógł ją porwać.
- Jesteś cała zziębnięta, musisz iść do domu… - Szepnąłem w Jej włosy, chowając bandaż do kieszeni. – Pozwól mi cię chociaż odprowadzić. Pozwól mi się tobą zająć. – Mówiłem, ale czułem, jakby to wcale nie były moje słowa, jakby mówił to ktoś inny. Wszystko to było jak jakiś dziwny sen…
- Zabierz mnie do domu… - Odszepnęła, wtulając twarz w moje ramię. – Obroń mnie przede mną samą, proszę! – Pociągnęła nosem i wydało mi się wówczas, że płacze. Skąd miałem wiedzieć, gdzie jest Jej dom? Nawet nie znałem Jej imienia…
Poczułem ciężar Jej ciała, opadający na mnie, jakby straciła wszystkie siły. Deszcz moczył nasze włosy, a Ona nadal się nie ruszała. Podjąłem decyzję – musiałem uczynić wszystko, by Ją z tego wyciągnąć, cokolwiek się stanie, a wiedziałem, że nie będzie łatwo.
Wziąłem Ją na ręce, układając Jej głowę na swym ramieniu, i walcząc z własnym osłabieniem, ruszyłem przed siebie.
Zabrałem Ją do domu.

       Po niemal półgodzinnej rozmowie z rodzicami, udało mi się jakoś im wyjaśnić obecność nieznajomej w naszym domu. Oczywiście, że nie ruszałem się z niego. Ja tylko otworzyłem drzwi, gdy ktoś zapukał, i wówczas ujrzałem ją – obcą, proszącą o schronienie przed deszczem. Chcieli zadzwonić na policję lub chociaż do Jej rodziców, ale tłumaczyłem im, że jest wyczerpana i musi po prostu odpocząć. Może nie uciekła z domu, może tylko źle się poczuła do niego wracając…
Takie właśnie rzeczy opowiadałem mojej matce, dzięki czemu udało mi się uzyskać pozwolenie, na to by Ona została u nas do jutra, kiedy wszystko się wyjaśni. Tymczasem sam nie miałem pojęcia, skąd się wzięła i gdzie naprawdę mieszka. Czy jej rodzice nie zauważą, że nie wróciła na noc?
Chciałem móc o to zapytać, jednak wiedziałem, że byłoby to niewłaściwe i pozostało mi tylko o Nią dbać, mimo że sam byłem nadal chory i czułem się tylko gorzej. Ułożyłem Ją niedbale na łóżku i rozmasowałem obolałe od noszenia ręce.
Ubranie miała zupełnie przemoczone, podobnie jak splątane włosy. Nie wiedziałem, dlaczego jest nieprzytomna, ale uznałem, że najwyraźniej zasnęła, bo Jej oddech był spokojny i głęboki. Uklęknąłem obok łóżka i zacząłem powoli rozwiązywać jej buty. Czułem się dość nieswojo, ściągając z niej kolejne warstwy przemoczonych ubrań, aż w końcu zostawiłem ją w bieliźnie, usiłując odwrócić wzrok od kolejnych rysunków, jakie ujrzałem na jej nogach.
Wyciągnąłem z szafy jakąś koszulkę i naciągnąłem ją na nią delikatnie, nie chcąc obudzić. Brzuch i uda pokrywały blizny; róże wyryte w bieli jej skóry i motyle wycięte w wolnych miejscach.
Stanąłem nad nią wpatrując się w ten niecodzienny obraz i ogarnęło mnie ogromne zmęczenie całą tą sytuacją. Zbyt wiele się wydarzyło i zbyt wiele emocji mnie to kosztowało.
Musiała być również bardzo zmęczona, skoro spała jak zabita. Udałem się do łazienki po ręcznik i gdy wróciłem, ponownie klęknąłem obok niej i zacząłem powoli wycierać jej włosy. Ciemne kosmyki plątały się ciągle pod moimi rękami.
Następnie przyniosłem wodę utlenioną i wyciągnąłem przed siebie jej nadgarstki pokryte świeżymi ranami. Przemywałem każdą kreskę starannie, aż pokrywała się pianą i delikatnie ocierałem nadmiar wody ręcznikiem. Tym razem to ja mogłem ją zaczarować, gdy śniła spokojnie – cicha i bezbronna.
Przysunąłem usta do jej skóry, na tyle blisko, by poczuć pod nimi nierówną powierzchnię pełną blizn. Poprawiłem palcami kontury jej rysunków na rękach, starając się nauczyć ich na pamięć. Wyjąłem z kieszeni kurtki bandaże i owinąłem dokładnie jej nadgarstki, zakrywając wszystkie motyle i róże.
Pocałowałem jej czoło, muskając nosem włosy i wciągając ich zapach, po czym przykryłem ją moją kołdrą i zgasiłem światło wychodząc z pokoju. W salonie czekała już na mnie druga pościel i niewiele myśląc, po prostu rzuciłem się na nią i zapadłem w sen.

       „Obroń mnie przed samą sobą.”
Rankiem, obudził mnie nagły atak kaszlu; ledwo mogłem oddychać. Ból głowy rozsadzał mi czaszkę od wewnątrz, gdy niewyspany udałem się do kuchni po szklankę wody. Rodziców nie było w domu już od godziny i nagle uświadomiłem sobie, że jednak nie jestem sam.
Zamarłem w bezruchu, nasłuchując, czy ona jeszcze śpi. Dom pogrążony był w ciszy, więc wyszedłem do przedpokoju, skąd dostrzegłem zapalone światło w łazience. Zastukałem trzykrotnie w drzwi, lecz nikt nie odpowiadał.
- Jesteś tam? – Zapytałem, chwytając za klamkę. Łazienka była zamknięta od wewnątrz. Pomyślałem, że może poszła się umyć i poszedłem w stronę swojego pokoju. Uchyliłem drzwi i stanąłem jak wryty w jego progu.
Na podłodze rozrzucone leżały oba bandaże, obok moich poprzewracanych rzeczy. Szuflady biurka były pootwierane, podobnie jak szafki. Wówczas przeniosłem wzrok na łóżko, z którego zrzucona była pościel, a prześcieradło splamione było szkarłatnym płynem.
Ogarnęła mnie panika i natychmiast wypadłem z pokoju, rzucając się w kierunku łazienki.
- Otwórz drzwi! – Wykrzyczałem i szarpnąłem za klamkę. Nikt nie otwierał, więc pobiegłem po nóż do kuchni i przekręciłem nim zamek od zewnętrznej strony. Rzuciłem się do środka, odpychając drzwi na zewnątrz i stanąłem w płytkiej kałuży krwi.
- Coś ty narobiła?! – Wrzasnąłem w kierunku skulonej na podłodze postaci. Opadłem na kolana i dostrzegłem obok rozkręconą temperówkę, którą trzymałem w piórniku jeszcze od podstawówki. Dziewczyna drżała, ściskając swój lewy nadgarstek, a spomiędzy zaciśniętych palców sączyła się krew. Na brzuchu, na pobrudzonej koszulce, spoczywało odkręcone ostrze.
Przykucnąłem przy niej i poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. To wszystko musiało być jakimś koszmarem, to nie mogło stać się naprawdę!
Wyciągnąłem do niej ręce, chcąc pomóc jej wstać i szybko opatrzyć rany, lecz nie ruszyła się z miejsca, tylko rzekła:
- Wczoraj…tak wspaniale się mną zaopiekowałeś… - Jej głos drżał, a twarz miała zwróconą w przeciwną stronę. – Dziękuję ci za to. Teraz wiem, że było warto…
- O czym ty mówisz?! – Byłem wściekły na nią, za to co zrobiła. Wszystko zepsuła, zniszczyła całą zagadkę, jaką chciałem, by pozostała. Poprosiła, bym się nią zajął, a teraz zmarnowała wszystkie moje wczorajsze starania. – Mogliśmy razem to wszystko naprawić! Nauczyłbym rysować cię gdzie indziej, nie na swojej skórze! – Wyrzucałem z siebie słowa, a wraz z nimi kilka łez potoczyło się po policzkach, choć starałem się je powstrzymać.
- Przepraszam! – Jęknęła, a jej ciałem wstrząsały dreszcze. – Nie chciałam, by to się tak skończyło. Miał to być ostatni raz…Sądziłam, że ty także się mnie wyprzesz.
- Ale tego nie zrobiłem! Dotrzymałem obietnicy, próbowałem cię ochronić. Jestem tu teraz, pozwól mi tylko cię uratować. – Błagałem, by dało się coś jeszcze zrobić, gdy kolejne strumienie krwi przeciekały pomiędzy jej palcami. Czy wszystko na tym świecie musi tak przemijać? Ledwie zdążyłem ją poznać, zrozumieć…a już miałem ją stracić.
- Przepraszam… - Szepnęła i w końcu odwróciła twarz w moją stronę. Łzy spływały jedna po drugiej po jej policzkach, a oczy lśniły od kolejnych doń napływających. Za co przepraszała? Za to, że wypaliła swoim istnieniem dziurę w moim sercu, czy za to, że zamierzała to zrobić przerywając owo istnienie?
Cokolwiek to oznaczało, szarpnąłem za jej rękę, by ją podnieść i zatamować jakoś krwotok. Jednak to tylko pogorszyło sprawę, gdy zobaczyłem co sobie zrobiła.
Motyle wyryte wcześniej na jej nadgarstku miały porozcinane skrzydła, a skóra na której wyrysowała płatki róż, była zdarta i głęboko ponacinana, jakby powbijano w nią ostrze kilka razy z jeszcze większą siłą.
Zachłysnąłem się powietrzem i opadłem na posadzkę, wpatrując się w jej ręce, gdy nagle obraz zaczął się zupełnie rozmywać. Ledwie unosząc się na nogach, które odmawiały mi posłuszeństwa, wydostałem się z tego  pomieszczenia, zostawiając po sobie ślady krwi na podłodze. Pobiegłem do pokoju rzucając się w stronę telefonu i zadzwoniłem na pogotowie.
Wróciłem do niej, owładnięty pragnieniem spełnienia swej obietnicy, że jej nie zostawię, i wziąłem ją na ręce i wsadziłem do wanny.
Całe jej ciało drżało i powieki opadały. Opłukałem jej rany chłodną wodą i sam się trzęsąc, zacisnąłem ręcznik wokół jej nadgarstka.
Mówiłem do niej, wzywałem ją, by się odezwała. Trzymałem w dłoniach jej twarz i co chwilę podnosiłem jej powieki, by spojrzała na mnie, by dała choć jeden znak życia.
Przyciskałem jej usta do swoich, chcąc przekazać jej choć cząstkę swego życia, oddać resztkę swych sił…
Lecz zrobiła się już niemal zupełnie blada, a na wierzchu ręcznika pojawiło się kilka szkarłatnych plam, gdy zaczął przemakać.
Po chwili usłyszałem głośne wycie syreny i przez wąskie okno w łazience, wpadło do środka niebiesko-czerwone światło. Zamknąłem oczy i zacisnąłem palce wplecione w jej dłoń. Wszystkim, czego pragnąłem, było obudzić się z tego koszmaru i zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle mi się śnił…

       Nigdy nie dowiedziałem się, jak miała na imię.
Z biegiem czasu zapomniałem nawet jak brzmiał jej głos, choć gdzieś głęboko we mnie ukryty zachował się on na pewno, podobnie jak jej zapach… Gdy ktokolwiek pytał, trzymałem się wersji opowiedzianej rodzicom, ale z jej rodziny nigdy nikt się nie zjawił.
Zupełnie jakby nie istnieli i jakby nikt jej nie znał.
Pragnąłem i ja jej nie znać lub móc chociaż o niej zapomnieć, lecz było to niemożliwe. Mimo, że minęło kilka lat, wciąż nie potrafiłem zbliżyć się do tego parku.
Jeżeli jest coś, co pozostało mi po niej rzeczywistego…jest to coś, co tak bardzo lubiła. Choć jestem pewien, że okłamała mnie wtedy, bo tego nie można lubić.
Można się tym jedynie zarazić i żyć z tym, przyzwyczaić się, że jest to coś, co ciągnie za sobą samotność. I próbować to zwalczyć, choć bezskutecznie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek naprawdę ją zrozumiem… Nie sądziłem, że ujrzę piękno w tych różach i motylach,  jakie wsiąkały w moją skórę, nie poprawiane od miesięcy.

Jedyną drogą jest ich po prostu nie poprawiać. Pozostawić blizny, jako część przeszłości, w tym świecie, w którym wszystko przemija…


Vuohi

3 komentarze:

  1. Czyta się jednym tchem.
    Trzyma w napięciu choć to nie opowiadanie "akcji".
    Ujmujący klimat, tajemnica, krew, ból, uczucie, piękno, dotyk, delikatność... i trzeba raczej przygotować sobie chusteczki zawczasu...<3

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam całe, zachęcona Twoim postem na instagramie. Wzruszyłam się. Czuję się dotknięta do głębi, jakby ktoś złapał i pogniótł moją duszę. Może historia nie jest idealna, ale tak działa na psychikę, że pokruszyła mi ją na drobne kawałki i teraz muszę ją pozbierać. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o jeju, jak mi miło, że zechciałaś przeczytać! Dziękuję Ci za obecność i przepraszam, za pokruszenie serduszka! Mam nadzieję, że masz się już lepiej...

      Usuń