niedziela, 6 października 2013

Ofiara

Zakryła usta dłońmi, próbując oddychać najciszej, jak się da.
Czuła mocne, szybkie uderzenia roztrzęsionego serca, tłukącego się o jej żebra z całej siły, a nogi uginały się pod nią ze zmęczenia. Długo już nie wytrzyma.
Nie była w stanie przypomnieć sobie, jak daleko jest od znajomego miejsca, ile już tak biegnie. Las zagęszczał się wokół niej i zapadał zmrok, niszcząc wszelkie szanse na ocalenie wraz ze swym nadejściem.
On gdzieś tam był i wiedział dobrze, jak ją znaleźć.
Znał te drzewa i drogi pomiędzy nimi na pamięć.
Oczy ją piekły, a gardło paliło od łykania zimnego powietrza podczas biegu. Nie mogła się poddać, a jednocześnie strach paraliżował ją od wewnątrz.
Opierała się o drzewo, przyciskała do niego plecami, bojąc się odwrócić i sprawdzić, czy ktoś za nią stoi. Już nie myślała nawet o bólu, jaki spowodowały ostre gałęzie, raniące jej skórę, przez które musiała się przedzierać. Pragnęła po prostu przeżyć. Wrócić do domu, być bezpieczna.
Jak najdalej od tego miejsca.
Słyszała nieraz, że nie powinna o tej porze spacerować w pobliżu lasu. Lekceważyła to, nie wierzyła w nic, czym próbowano ją straszyć, dopóki to nie stało się realne.
Wdech, wydech.
Szorstka kora, o którą ocierają się jej obnażone do połowy ręce. Zawroty głowy i panika, wdzierająca się do jej umysłu.
Wtem, usłyszała szelest liści, gdzieś za sobą i w mgnieniu oka powróciły do niej wszystkie siły, na te parę sekund, w których zerwała się z miejsca i puściła pędem przed siebie, nie patrząc nawet w tył.
Zachłystywała się powietrzem, czuła jakby paliło ją w płuca, krztusiła się.
Nie przestawała jednak biec, i biegła wytrwale do przodu, choć nogi powoli odmawiały jej posłuszeństwa. Obraz przed oczyma stawał się niewyraźny, robiło się coraz ciemniej i widziała tylko zarysowane pnie drzew na tle granatowego nieba.
Uciec. Uciec. Ma tylko jeden cel: znaleźć się jak najdalej stąd.
Ale on był szybszy. Sprytniejszy.
Przemykał jak cień zza jednego drzewa, do drugiego. Cicho, pozwalając sobie jedynie na drobny szelest liści. Znał dobrze ten las, znał dobrze każdą swą ofiarę.
Niebawem opadnie bez sił, stanie się zupełnie bezbronna.
     Póki co, biegła, ale już nieco wolniej. Pulsujący ból głowy wykańczał ją, kroki odbijały się echem.
Wdech, wydech; resztkami sił wciąga powietrze.
Nogi stają się coraz słabsze, coraz lżejsze, aż w końcu przestaje je czuć.
Przeciera twarz dłońmi, drżącymi palcami ociera kąciki oczu. Coraz trudniej oddychać, coraz cięższe powietrze, wilgotne i duszne, pomimo panującego mrozu.
Wdech, wydech.
Chłód wdziera się do jej płuc i zgniata je od wewnątrz, przemienia się i tworzy żar.
Obraz ponownie zawirował jej przed oczyma. Nieświadomie przeskoczyła jeszcze parę kroków do przodu, wyrzucając z siebie tylko stłumiony krzyk.
Szelest liści.
Wrzasnęła, potykając się o korzeń. Wpadła w błoto zmieszane ze zgniłymi liśćmi, ochlapując sobie nim twarz. Zakaszlała i poczuła kujący ból w klatce piersiowej.
Drżącymi rękami starała się unieść, podeprzeć na łokciach...Lecz było już za późno.
Zimna, szorstka dłoń zakryła jej usta, odginając głowę do tyłu.
Ból przeniósł się na jej kark, a po chwili na nadgarstki, wykręcone za plecami.
Krzyk poniósł się echem po lesie.
         Ręce miała ciasno związane z tyłu. Leżała tak na plecach, trzęsąc się, wyginając w łuk, byleby tylko się uwolnić. Nogi wbijała w błoto, starała się z niego trafić, ale na nic były jej wysiłki.
Nic nie potrafiło go poruszyć.
Chodził tylko wokół niej, karmiąc się strachem w jej oczach.
Słyszał głośne bicie serca, którego tak bardzo pragnął i te chwile, gdy krążył nad nią, tylko potęgowały jego głód.
Nie miała już siły krzyczeć, z jej ust wydobywał się tylko głuchy świst wydychanego powietrza.
Wierciła się w miejscu, a łzy paliły ją w oczy.
Pochylił się nad nią, sięgnął po garść ziemi. Z przerażeniem śledziła wzrokiem jego ruchy, odkręcając głowę w przeciwną stronę. Przełknęła na głos ślinę.
Zaśmiał się.
Nie minęło parę sekund, a chwycił ciasno jej szyję i ledwie wydobyła z siebie zduszony jęk.
- Bądź grzeczna, nie szarp się tak... - Jego głos wwiercał się w jej umysł, przenikał na wylot.
Przytrzymał palcami jej szczękę, rozsuwając ją.
Chciała krzyczeć, lecz nie zdążyła nawet nabrać powietrza.
Ziemia wylądowała w jej ustach.
Krztusiła się. Rzucała się na wszystkie strony, gdy wciskał do jej gardła kolejne garści zgniłych liści i błota.
Jej twarz posiniała, wykrzywiona w przerażeniu.
Nie przestawał ubijać pięścią ziemi w jej ustach.
Ciało wysyłało już ostatnie drgnięcia, mięśnie powoli zaczynały się rozluźniać.
Wstał i odetchnął głęboko. Otarł swe usta wierzchem dłoni, po czym obszedł dookoła martwe ciało, napawając się jego widokiem.
Pochylił się i chwycił za jej nadgarstek.
Naciągnął go w swoją stronę i przekręcił na bok.
Zamachnął się i z całej siły uderzył nogą w naprężoną rękę. Odgłos łamanych kości odbił się od pni drzew.
Przeszedł na drugą stronę, czyniąc to samo z drugim ramieniem.
Oddychał ciężko, wyprostował się i rozmasował kark.
Brudny od ziemi pot, niczym smoła, zalewał jego surową, zwierzęcą twarz.
Uklęknął obok ciała, wziął głęboki wdech, po czym chwycił za jej ubranie i zaczął kolejno rozrywać jej sweter i koszulkę.
Zdarł górną warstwę jej odzienia, po czym przejechał brudnym paznokciem po jeszcze ciepłej skórze.
Patrzył chwilę z pożądaniem na obnażony brzuch i zarysowane pod skórą żebra.
Pochylił twarz i wysunął język, zlizując słony, ludzki pot z jej ciała.
Wciągnął z utęsknieniem jej zapach, zaciskając przy tym powieki. Wyciągnął ręce ku jej głowie i szarpnął za jej włosy, przysuwając ją do swej twarzy. Przycisnął nos do jej czoła i przygryzł wysuszone wargi.
Jego dzieło.
Jego zdobycz.
Jego ofiara.
Wtem z rykiem wydarł garść włosów z jej głowy, odrzucając ciało z powrotem na ziemię.
Zamachnął się i wbił szpony z obu stron w jej żebra.
Rozłamał kości na dwie strony, targając jej delikatną skórę.
Krew trysnęła do góry, choć nieco słabiej, już pozbawiona życia tej istoty.
Ubrudziła jego ciemną twarz, budząc w nim na nowo pragnienie.
Wyszarpał z jej wnętrza serce, cały drżąc.
Pochylił się do przodu jeszcze przez chwilę rozkoszując się tym widokiem, tym zapachem...
Po czym otworzył usta i wgryzł się w mięsień, rozbryzgując krew na boki.
Jadł po kolei.
Wyciągał resztki spod jej połamanych żeber, strzelał kośćmi, spijał krew. Przygryzał jej skórę.
Pożerał łapczywie martwe ciało, kawałek po kawałku.
Wystarczy.
Wystarczy na dziś jedzenia.
Odsunął się pełen od resztek; pozostałości po tej wyczekanej uczcie.
Oblizał wargi.
Krok do tyłu...
I rozpłynął się w ciemności.

Vuohi