sobota, 30 listopada 2013

Papierowa Skóra

Mam papierową skórę;
Przedwcześnie już pomiętą,
Pokrytą rysunkami
I mnóstwo przyjaciółek
Chcących mi zadawać rany

Spędzam czas ze sama sobą
Choć to właśnie ze wszystkiego
Siebie boję się najbardziej
Bo by chronić się od złego,
Niszczę skórę, którą gardzę.

Kiedyś była delikatna;
Cienka, biała jak serwetka
Teraz jest już papierowa
Bo codziennie się starała
Stać silniejszą i odporną

Może kiedyś, z biegiem czasu,
Papier w karton się zamieni
I nie będę czuła chłodu
Jaki ludzie tworzą wokół
Bo ich serca są zamknięte

A na razie moja skóra,
Papierowa i zniszczona,
Pali się, nie mogąc spłonąć…
Tylko sprawia, że nie mogę
Przestać już rysować po niej.


Vuohi


środa, 13 listopada 2013

Ciemność

Leżę w ciemności, wykończona, wyczerpana, jak po wielogodzinnym biegu.
Moje mięśnie płoną, ogniem wzniecanym co chwilę na nowo przez tę panującą wokół ciemność.
Przez strach.
Przeze mnie.
Z mojego umysłu wychodzą na zewnątrz wszystkie moje troski, jedna po drugiej. Ciągną za sobą ból, czarny i pełen kolców. I ta ciemność, pochyla się nade mną, dusi swoim cierpkim oddechem i szorstkimi palcami otwiera moje powieki.
Wsuwa szpony do mojego gardła, rozcina podniebienie, a ja gubię się w sobie i wszystko, czego pragnę, to nie patrzeć.
Lecz moje oczy...moje oczy pozostają szeroko otwarte, jakbym była sparaliżowana, i nie jestem w stanie ani drgnąć, gdy łzy do nich napływają. Wymuszone, niosące ukojenie dla wyschniętych powiek.

Mimowolnie patrzę.
Widzę, jak piętrzą się kształty przed mną, widzę, jak ciemność, będąca wszystkim i niczym, przekazuje im życie. Serce chce się wyrwać z burzącej się świątyni ciszy, jaką jestem.
Ze szponami, utkwionymi w moim gardle w ostrzegawczym geście, z oczami utkwionymi gdzieś przed sobą, nie mogę się poruszyć; stoję między snem a jawą.
Zaczyna się pokaz, próba mojej wewnętrznej siły, trzymającej we mnie uwięziony krzyk, nie pozwalająca się mu wydostać na zewnątrz. Zaczyna się spektakl, w którym ciemność i strach, grają główne role.
Czoło zalewa zimny pot, targa mną pragnienie schowania się pod kołdrą, szczelnego okrycia każdego centymetra mojego ciała. Drżę z zimna i przerażenia, jednocześnie chęć ucieczki rozpala każdą moją kończynę.
A kształty zaczynają się poruszać.
Głosy zaczynają szeptać pod moim łóżkiem.
I otwarta szafa staje się wrotami piekieł, zasłony stoją nade mną jak czarne anioły.
Z każdego kąta pokoju, wyciąga do mnie ręce ta ciemność, dławię się własnymi łzami...

Tak bardzo nie chcę wracać do tego świata, każdego wieczoru, każdej nocy.
Tak bardzo nie chcę zostawać sama.
Wybaw mnie, ukryj mnie przed ciemnością.
Błagam, zabierz mnie w stronę światła!


Vuohi

piątek, 8 listopada 2013

Bezgranicznie

12 marca
Nie mam pojęcia, jak to się stało. Nigdy nie wierzyłam, że marzenia się spełniają.
Powiedziałam tylko, co czuję, choć tak bardzo się bałam. Było to dla mnie najtrudniejsze do tej pory, bo mimo naszej dwuletniej przyjaźni, nie umiałam być w stu procentach szczera. Ale to chyba zrozumiałe, że nie chciałam tego niszczyć.
Z czasem jednak przychodzi taki moment, że musimy wyrzucić z siebie coś, co nas gryzie. A rok, to naprawdę sporo czasu. Musiałam to wszystko przemyśleć, zastanowić się, czy to ma sens. Gdybym go straciła, chyba bym umarła.
Dlatego muszę teraz się starać…
Wszystko to jest chyba zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Czy na pewno sobie na to zasłużyłam? Może zaakceptował to, co czuję, bo nie chciał mnie zranić?
Wolę pozostać ślepa, jeżeli tak jest. Być głucha na te myśli, które nie dają mi spokoju od kilku ostatnich dni. Jedno jest pewne – muszę zrobić wszystko, by na niego zasłużyć. Żeby nie mieć sobie nic do zarzucenia. Nie jestem idealna, ale będę się starać.
Może to zauważy. Może naprawdę to odwzajemni, a nie tylko zaakceptuje.

13 marca
Chciałabym, żeby to było prawdą. Żeby to nie był sen.
Nadal nie powiedział mi tego, co tak bardzo chciałam usłyszeć, o co prosiłam przez tyle miesięcy. Tymczasem, gdy odważyłam się do tego przyznać, zdaje się bardziej nieosiągalny niż wcześniej.
Jest tak, jakby nic się nie zmieniło na zewnątrz. Tylko we mnie coś pękło, złamała się jakaś bariera. Nie wiem już, czy jestem z tego powodu tak szczęśliwa jak wczoraj.
To podejrzanie zbyt proste. Musi być w tym jakiś haczyk i albo cała ta sprawa jest mu obojętna, albo sam ukrywał to, co ja od jakiegoś czasu. I bardzo się boję, że to pierwsze jest prawdą. Dlatego wciąż na siłę zaciskam oczy i wolę nie widzieć.
Tak samo jak wcześniej wolałam nie czuć, choć jednocześnie tak bardzo tego pragnęłam. Wszystko w życiu się zmienia.

14 marca
Nie potrafię powstrzymywać myśli, choć umiem zatrzymywać je w sobie. Na ile okaże się to przydatne, może dowiem się wkrótce. Z biegiem czasu sądzę, że jednak lepiej zachować pewne przemyślenia dla siebie.
I uczucia.
Bo choć pozornie nic się nie zmieniło, to zmieniło się wszystko. Byłam pewna, że na lepsze, że gdy to powiem, wszystko będzie piękniejsze. Tak naprawdę nie jest, a ja z każdym dniem coraz bardziej się boję, że na niego nie zasługuję. Byłam, owszem, przez cały czas, gdy tego potrzebował. Ale nigdy nie zrobiłam nic, by mógł również czuć coś więcej.
Może to ja jestem zbyt naiwna i nie widzę niczego, co robił źle…

15 marca
Dzisiaj po raz pierwszy się widzieliśmy, odkąd się dowiedział. Odkąd pozbyłam się wszystkiego, co w sobie ukrywałam. Czy to sprawiedliwe wobec niego, że tym go obrzuciłam? Może nie dałam mu w ten sposób wyboru?
Jednak zachowywał się, jakby naprawdę mu zaczęło zależeć. Już nie na przyjaciółce, ale po prostu na mnie, na dziewczynie. Czy w ten sposób mi się udało?
Boję się, że on tylko udawał. Choć wiem, że do tej pory nie był taki pogodny. Pół roku patrzyłam, jak nie daje sobie rady i starałam się wyciągnąć go na powierzchnię. Gdyby od początku wiedział…dobiłoby go to? Kiedyś myślałam, że był taki dlatego, że też to „coś” ukrywał, i jak ja, nie potrafił o tym mówić. A  był przy okazji o tyle gorszym aktorem ode mnie, że nie umiał udawać, że jest silny i szczęśliwy.
Bo tak naprawdę do tej pory nie wiem, co go zepchnęło w tamto miejsce, gdzieś na dole, bardzo blisko dna. A on nie wie, że ja także się o nie otarłam.
I nigdy się nie dowie, ponieważ nie wspomnę o niczym, co mogłoby przypomnieć mu tamten stan. Nie zrobię nic, co mogłoby ponownie go w niego wprowadzić. Będę tylko robić wszystko, by na niego zasłużyć, bo tak myślę…że kocham go bezgranicznie.

16 marca
Wydzwaniałam do niego cały dzień. Pisałam. Pytałam jego znajomych.
Nie wiem, dlaczego się nie odzywa…Jest już dziesiąta, a on nadal milczy. Nie mogę, nie chcę się tym przejmować, ale to wszystko samo się dzieje. Czuję, jak serce tłucze się o moje żebra, jak krzyczy.
Czy to ja zrobiłam coś nie tak?

17 marca
Czuł się bardzo źle. Nie był w stanie nawet zwlec się z łóżka. Nie musiał mnie przepraszać, ani o nic prosić; postanowiłam po prostu do niego pójść.
Miał podwyższoną temperaturę, to zwykłe przeziębienie. Chciałam, by wiedział jak się martwię, ale jednocześnie nie mogłam wpędzać go w poczucie winy z tego powodu. Każdy przecież ma czasem gorszy dzień i nie ma siły napisać chociaż jednego smsa czy puścić sygnału na telefon. Nie ma się wówczas siły, by zrobić cokolwiek.
Zostałam przy nim na dwie godziny i starałam się robić wszystko, by mu pomóc. Gdyby wiedział, ile znaczy dla mnie jeden jego uśmiech…

18 marca
Prosił, bym dzisiaj nie przychodziła, bo nie chce mnie zarazić. Ale czy to jest odpowiednie wyjście – posłuchać go? Nalegałam, ale nie dawał za wygraną. Mimo wyrzutów sumienia, nie odwiedziłam go w końcu.
Może on mnie unika. Może dlatego od tamtej pory ciągle trzyma się na dystans. Widzimy się coraz rzadziej, nie patrzy na mnie. Nie patrzy mi w oczy.
Muszę zrobić coś więcej, muszę stać się lepsza.
Może jako przyjaciółka mu odpowiadałam, ale teraz widzi we mnie wszystkie wady dziewczyny, wszystko, o co nie dbałam wcześniej…

19 marca
Lekarz powiedział, że to zapalenie oskrzeli; musi posiedzieć w domu około tygodnia. Mam nie widzieć go przez tydzień. Przez całe siedem dni. Nie mogę nawet zbliżyć się do niego.
A on wcale na to nie narzeka.
Ten czas muszę wykorzystać, by coś zmienić. Nie mogę zmarnować tej okazji, może dzięki temu, zauważy, że się staram i doceni mnie. Trzeba dawać z siebie wszystko, przecież był moim marzeniem, stał się dla mnie wszystkim. Nie mam już nic na własność. Muszę…
Chcę.
Chcę dla niego wszystko poświęcić.
Chcę na niego zasługiwać.
20 marca
Dzisiaj nic nie jadłam. Nie mogę znieść myśli, że każdy kilogram jest na wierzchu, że wszystko po mnie widać. On na pewno też to widział, może więc właśnie to go tak ode mnie odrzucało. Dlaczego więc mnie zaakceptował? Żeby pokazać, że patrzy sercem, a nie oczami? Żeby nie było mi przykro?
Może tylko udaje, że jest szczęśliwy…
Ciągle odpycham od siebie tę myśl, lecz ona powraca każdego dnia jak bumerang. Nie mogę przestać odnajdywać w sobie kolejnych wad. Tak bardzo mi zależy na tym wszystkim. Tak bardzo zależy mi na nim.
Muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy. Ten tydzień, który nas dzieli, może być szansą.

21 marca
Czuję się bardzo słaba, ale wiem, że odzyskam siły, gdy tylko się z nim zobaczę. Jeszcze tylko pięć dni. On też wtedy będzie czuł się lepiej, gdy wyzdrowieje.
Chcę zakryć lustra w moim domu, a jednocześnie nie mogę przestać w nie patrzeć. Porównywać, szukać, oglądać.
Muszę widzieć wszystko jego oczami. Każdy szczegół jest istotny.
Może powinnam zmienić coś jeszcze? Zawsze mówił, że podobają mu się jasne włosy, takie jak tej dziewczyny z naszej starej szkoły. Kiedyś bardzo mu na niej zależało, może zacznie mu zależeć, gdy będę choć trochę do niej podobna…?
Boję się tylko, że wszystko zepsuję. Nigdy na niczym tak bardzo mi nie zależało, a to właśnie może stać się przyczyną porażki. Mimo, że czułam do niego coś więcej już od dłuższego czasu, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek mu o tym powiem. Teraz moje słowa, muszą znaleźć pokrycie w rzeczywistości; muszę postarać się jeszcze bardziej.

22 marca
Potrzebuję więcej snu.
Dziś jest sobota, miałam czas na załatwienie paru spraw. Udało mi się wykupić jakiś pakiet na darmowe rozmowy i mogę teraz częściej z nim porozmawiać, skoro już się nie widzimy.
Kupiłam też farbę do włosów, jaśniejszą o kilka tonów od mojego naturalnego koloru.
Zastanawiam się tylko, co jeszcze mogę w sobie zmienić. Musi to być niespodzianka, o niczym mu jeszcze nie mówiłam.
Powinnam zrobić coś z oczami, z dnia na dzień coraz bardziej mi puchną – są sine i podkrążone. Wyglądam, jakby ktoś nabił mi dwa sińce na twarzy.
Lubię ubierać się tak, jak mi wygodnie, ale chyba muszę zakładać coś bardziej kobiecego. Kto chciałby chodzić z chłopczycą? Już i tak jestem wystarczająco płaska, by mnie za taką uznać. Staram się to wszystko ukrywać, czego nie mogę zmienić. Wiem, że i tak pewnie już dawno to zauważył. Jutro muszę znowu iść na zakupy.

23 marca
Od trzech dni nic nie jadłam, ale czuję się dobrze. Niedługo się z nim zobaczę i na pewno wtedy się mu spodobam. Ujrzy we mnie kogoś innego. Ujrzy we mnie nie swoją przyjaciółkę, ale swoją dziewczynę. Pokocha mnie.
Pokocha mnie bezgranicznie.
Przefarbowałam włosy i udało mi się kupić kilka sukienek, a nawet parę butów na obcasie. Jeśli nie będę taka niska, to też będzie łatwiej zauważyć mnie w tłumie. To na pewno ważne, słyszałam, że dla chłopaków bardzo ważny jest wygląd, nawet jeśli patrzą na charakter. To po prostu tkwi w ich naturze, dlatego muszę się postarać.

24 marca
Jeszcze dwa dni. Tracę powoli kontrolę nad sobą. To chyba wszystko przez to, że tak bardzo za nim tęsknie. Rozmawiamy tylko przez telefon. Wiem, że to dlatego nie mówi, że mnie kocha. Może ten pierwszy raz chce powiedzieć mi to prosto w oczy?
W szkole czułam się bardzo słabo na większości lekcji, a na jednej z nich zdarzyło mi się nawet przysnąć. Nie chciałam tego, ale ostatnio naprawdę muszę spać dłużej, a nie piję już porannej kawy, bo jestem na diecie.
Swoją drogą, ciekawe ile można schudnąć w siedem dni. Mogę przecież to przedłużyć, po prostu odmówię sobie na przykład zjedzenia z nim obiadu, gdy się zobaczymy.
Odbicie w lustrze wcale nie wydaje się zmieniać, jeśli nie licząc tego, że moja skóra traci powoli kolor. Nie mam pojęcia, czym to jest spowodowane.

25 marca
Chciałabym, żeby nie pomyślał o mnie, jak o pustej osobie. Przecież stać mnie na więcej, mogę przyłożyć się do nauki. Nigdy nie byłam w tym zła, ale wiem, że można jeszcze lepiej się uczyć. Mimo mojego zwiększonego zapotrzebowania na sen, uczę się ostatnio do drugiej w nocy. Wcześniej mogłabym też zrobić więcej, ale muszę z nim rozmawiać, zanim pójdzie spać. Mam nadzieję, ze kiedy jutro się zobaczymy, jego serce zabije szybciej.

26 i 27 marca
Odwołał spotkanie.
Lekarz stwierdził, że antybiotyk nie zadziałał i musi podać mu silniejszy lek. On sam powiedział zaś, że znów podwyższyła mu się temperatura, i że bardzo mu przykro, ale nie możemy się zobaczyć.
Nie chciałam by poczuł się winny, rozmawiałam z nim jeszcze kilka minut, ale łzy same pociekły mi po policzkach. Może los daje mi kolejną szansę, by zrobić coś jeszcze?
Płacząc w poduszkę nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam. Obudziłam się dopiero po trzynastu godzinach snu, następnego dnia, i zaspałam do szkoły.
Robi się coraz cieplej, będę mogła ubrać się w którąś z tych sukienek, gdy go wreszcie pójdę odwiedzić. Kiedy tylko wrócą mu siły, na pewno się zobaczymy, bez względu na to, ile jeszcze lekarz każe mu siedzieć w domu.
Zrobiłam też coś bardzo złego, ale już nie mogłam się powstrzymać i musiałam coś zjeść. Prócz całego obiadu, zjadłam jeszcze kilka kanapek i wypiłam mnóstwo kawy. Nie wiem co się ze mną stało, po prostu straciłam nad sobą kontrolę.
Po południu zmusiłam się, by to wszystko zwrócić.
Tydzień głodówki nie mógł pójść na marne.

28 marca
Mama zaczęła się o mnie martwić. Stwierdziła, że bardzo zmizerniałam w ciągu ostatnich dni; wyglądam na zmęczoną. Nie jestem przecież chora, nic mi nie jest.
Uważa też, że lepiej mi było w ciemnych włosach. Ale nie obchodzi mnie jej zdanie, bo to jemu mam się podobać.
Strasznie za nim tęsknie i brakuje mi go. Prosiłam dzisiaj, żebyśmy mogli się zobaczyć i zgodził się na pojutrze, czyli na niedzielę. Godziny bez niego dłużą mi się w nieskończoność, ale staram się zabijać jakoś ten czas.
Naprawdę, oceny w szkole podniosły się o kilka stopni. Z trójek i czwórek wyciągnęłam na piątki, popoprawiałam stare sprawdziany. Jeszcze kilka tygodni i będę mieć idealną średnią.

29 marca
Schudłam siedem kilogramów, myślę, że jeszcze pięć i będzie całkiem dobrze. Jednak patrząc w lustro, uzyskana liczba znika i widzę tylko skórę wiszącą na mnie w różnych miejscach, lub układającą się w fałdy. Na ten widok robi mi się niedobrze i choć nic nie jadłam, znów wymiotuję.
Boję się, że on tego nie doceni. Może zauważy kolor włosów, ale nic poza tym. Nie wiem, co mogłabym jeszcze zrobić, ogarnia mnie bezsilność. Gdybym mogła, zrobiłabym sobie szereg operacji plastycznych. Co z tego, że nie przypominałabym już siebie.
Chcę po prostu być idealna dla niego.
Chcę na niego zasługiwać.
On jest dla mnie idealny.

30 marca
Od samego rana serce tłukło mi się coraz głośniej. Chciałam się wyspać, by wyglądać na wypoczętą, ale z tego stresu obudziłam się już o siódmej.
Umyłam się szybko i nałożyłam na siebie warstwę makijażu, jakby maskę, za którą skryłam opuchnięte oczy. Ubrałam jedną z tych sukienek i szpilki, choć było dziś tylko siedemnaście stopni. Ale to było nieważne, chciałam po prostu się już z nim zobaczyć.
Wyszłam z domu o godzinę za wcześnie, ale nie mogłam się powstrzymać. Pół godziny później, byłam już pod drzwiami jego domu, które otworzył mi jego tata.
Choć znamy się od kilku lat, chyba na początku mnie nie poznał. Odebrałam to jako dobry znak – przecież właśnie tego chciałam. Zmienić się.
Weszłam do jego pokoju nie mogąc uciszyć tłukącego się serca i stanęłam w progu.
Leżał na łóżku, przykryty kołdrą, wśród kilku dużych poduch. Spojrzał na mnie z przerażeniem, a po chwili strach malujący się na jego twarzy, zniknął wraz z pojawieniem się uśmiechu.
- Nie poznałem cię na początku. – Wydusił z siebie. Podniósł się na miejscu i poprawił pościel. – Wybacz, że panuje tu taki bałagan, ale nadal jestem dosyć osłabiony. – Poklepał miejsce na brzegu łóżka, zachęcając mnie, bym je zajęła. Podeszłam do niego rozsiewając woń słodkich perfum.
- Nie przejmuj się, jak chcesz mogę tu posprzątać. – Uśmiechnęłam się i poczułam jak pieką mnie oczy ze zmęczenia. Miałam ochotę rzucić się na łóżko obok niego i zasnąć.
- Nie, nie ma mowy! Jesteś tutaj gościem. – Zaprotestował i podrapał się bezradnie za uchem. – Co cię nakłoniło do takich…zmian? – Dodał po chwili, a ja poczułam, jak radość zaczyna mnie powoli opuszczać. Sądziłam, że się ucieszy i skomplementuje mój wygląd.
- Ja…pomyślałam, że skoro bardziej podoba ci się taki kolor… - Uniosłam rękę do włosów. Pokręcił głową.
- Och…nie musiałaś tego robić. – Poczułam się upokorzona, jak nigdy dotąd. Nie spodobało mu się to. Nie podobało mu się nic, co dla niego zrobiłam.
Zacisnęłam pięści, błagając w duchu, bym się nie rozpłakała.
- Wyglądasz na bardzo zmęczoną… - Patrzyłam na niego, zachowując kamienny wyraz twarzy.
- Ostatnio się nie wysypiam. – Odparłam szorstko, po czym spojrzałam mu w oczy. – Chciałam, żebyś wiedział…że cię kocham. – Głos mi się załamał.
- A no właśnie… - Westchnął, sprawiając wrażenie, że trudno mu mówić. – Trochę unikałem tego spotkania…
Serce niemal przestało mi bić, nie czułam już w ogóle swojego ciała. Zupełnie jakby moje mięśnie umarły.
- Ja bardzo chciałem, żebyś była szczęśliwa. Nie przemyślałem tego wszystkiego…po prostu kiedy wyznałaś mi, że czujesz coś więcej…że chciałabyś być ze mną…zgodziłem się, bo uwielbiam cię jako przyjaciółkę. Jesteś świetna, naprawdę. Tylko, że…
Oczy mnie paliły. Nie mogłam oddychać.
- Nie chcę cię zranić. Chciałbym tylko…żeby było tak jak wcześniej. – Odwrócił wzrok, a obraz przed oczami zaczął mi się rozmazywać. Straciłam…
Straciłam wszystko.

Nie potrafiłam znieść jego spojrzenia. Nie potrafiłam znieść jego obecności obok. Uciekłam z jego domu, wybiegłam potykając się w wysokich butach i rozmywając łzami starannie wykonany makijaż.
Wpadłam do domu, krzycząc z bólu, jaki narodził się w moim sercu, jaki skurczał wszystkie moje mięśnie, wykańczając mnie. Byłam sama. Rzuciłam się w stronę lustra w moim pokoju, w którym każdego dnia obserwowałam zmiany.
Uderzyłam z całej siły pięścią w jego powierzchnię.
I jeszcze raz.
Kawałki szkła powbijały się w moje pięści, odprysnęły też na inne części ciała, rysując twarz, ręce i nogi. Zdarłam z siebie buty i cisnęłam obcasem raz jeszcze w to lustro, roztrzaskując je na kawałeczki.
Krzyczałam.
Wzięłam jeden z odłamków i wbiłam go z całej siły w swoje prawe udo, wrzeszcząc ponownie z bólu. Chcę siebie zniszczyć.
Chcę siebie znienawidzić.
Bez jego miłości, jestem tylko pustą, kruchą konstrukcją, z kości i skóry.

31 marca
Nie poszłam do szkoły. Nie odbieram od niego telefonów.
Nienawidzę siebie.
Podeszłam do roztrzaskanego na podłodze lustra, którego nikt nie zauważył, bo zamknęłam pokój na klucz. Paliła mnie skóra; drobinki szkła powbijane w moje ciało płonęły.
Sięgnęłam po nożyczki i naciągnęłam kosmyk ufarbowanych włosów tak, aż poczułam ból, i ucięłam go. Potem kolejny.
Jeden za drugim, aż moje postrzępione włosy sięgały mi uszu.
Niszczyłam wszystko, co miało sprawić, że pokocha mnie bezgranicznie.

Czuję, jak gorycz spływa po mojej twarzy, łza za łzą.
Zdzieram z siebie sukienkę i targam na strzępy, palce krwawią mi od nitek tkaniny, którą napinam rozrywając. Cały mój ciężar opiera się na kolanach, pod którymi kruszy się potłuczone lustro. Czuję te odłamki, zgrzytające pod moimi kośćmi, ocierające się o rozprutą skórę.
Nigdy stąd nie wyjdę.
Nigdy stąd nie wyjdę.
Nigdy stąd nie wyjdę.




Vuohi

wtorek, 5 listopada 2013

Motyle i Róże

Spotkaliśmy się zupełnie przez przypadek.
Chłodny jesienny wieczór; spacerowałem usianą gnijącymi liśćmi drogą, w parku nieopodal mojego domu. Wiatr nie był tak uciążliwy, jak poza tym miejscem, gdzie drzewa nie rosły tak gęsto. Robiło się już ciemno, gdy minęła godzina siedemnasta, ale latarnie jeszcze się nie zaświeciły.
Pogrążony we własnych przemyśleniach, zdecydowanym krokiem szedłem do przodu ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w obłocone, stare tenisówki, które już dawno zdążyły mi przemoknąć. Nie zauważyłem nawet nadchodzącej z naprzeciwka pewnej niskiej i drobnej osóbki.
Wpadła na mnie, najwyraźniej również pochłonięta swoimi myślami, a z jej rąk wyleciał bukiet suchych, pożółkłych liści. Przez chwile patrzyłem na nią ze zdumieniem, jak na kogoś obcego, kto wyrywa mnie ze snu, i dopiero po chwili wydusiłem z siebie ciche „przepraszam”. Uśmiechnęła się i schyliła po kilka liści, które nie zdążyły jeszcze namoknąć, po czym minęła mnie i bez słowa ruszyła przed siebie.
Ledwie sam zrobiłem parę kroków, a latarnie na całej alei zaświeciły się, czyniąc świat poza drzewami jeszcze ciemniejszym. Odwróciłem się, chcąc jakby podzielić tym spostrzeżeniem, a ona stała tam, parę metrów przede mną, z głową zadartą do góry.
Wbiła wzrok w liść przyklejony do rozświetlonej lampy i zaciągnęła rękawy, zakrywając dłonie do połowy. Po chwili opuściła głowę i spojrzała na mnie, jakby czekając, aż coś powiem.
Moje buty wrosły w drogę pode mną i staliśmy tak kilka minut, po prostu na siebie patrząc.
Spojrzałem na jej nogi i wydało mi się, że drżą jej kolana. Pod rozpiętą kurtką miała na sobie sweter w pomarańczowo-brązowe pasy, a na szyi niedbale zawiązaną czerwoną chustę.
Wtem obróciła się w drugą stronę i ruszyła przed siebie, rzucając coś w rodzaju wyzwania dla mnie. „Jeśli umiesz, odezwij się.”
- Zaczekaj! – Zawołałem za nią, aż sam nie wierząc w to, co robię, i niewiele myśląc, pobiegłem za nią. Zrównałem się z nią tempem i szliśmy dalej razem w milczeniu.
Była to droga, którą dopiero co pokonałem, idąc w przeciwnym kierunku.
Zdawała się akceptować moją obecność, jednocześnie ją ignorując; stawiała powoli kolejne kroki, ze wzrokiem utkwionym w ziemi, a ja ukradkiem obserwowałem jej zachowanie. Studiowałem delikatne rysy obcej mi twarzy, będącej dla mnie nową zagadką. Zaróżowione policzki, lekko rozchylone usta, a pod oczami delikatne cienie, jakby rozmazany tusz do rzęs w połączeniu ze zmęczeniem. Ciemne, poplątane włosy, zasłaniające jej oblicze w drugiej strony, sięgały trochę za ramiona.
Nagle zatrzymała się i zwróciła ku mnie swoje ciemnozielone oczy, a ja poczułem się jak nakryty na gorącym uczynku. Zdawała się próbować nawiązać ze mną kontakt bez używania słów, a co najdziwniejsze – chyba jej się to udawało: było coś ujmującego w tym obustronnym milczeniu. Zacisnęła usta i mrugnęła parę razy, po czym wyciągnęła przed siebie rękę, spodem dłoni do góry, jakby czekając na moją kolej.
Sprawiała, że robiłem wszystko bez przemyślenia; odruchowo uniosłem rękę w jej stronę i wplotłem swoje palce w jej dłoń. Ruszyliśmy ponownie przed siebie.
Czas zdawał się nie istnieć; istniało tylko ciepło pomiędzy naszymi dłońmi oraz droga, którą powoli przemierzaliśmy. Jednocześnie czułem się jak we śnie; tak bardzo owa sytuacja była niecodzienna, nietypowa…
Nie wypowiedziała dotąd ani jednego słowa, nigdy jej nie widziałem, ale coś nas łączyło właśnie w tej jednej chwili; tu, i teraz.
Skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą w głąb parku, gdzie latarnie stały w odległości jakichś trzydziestu metrów od siebie i mrok co chwila wyłaniał się zza drzew, a potem znikał, obezwładniany przez światło. Prócz szelestu wilgotnych liści pod naszymi stopami, słyszałem jej oddech; równy i opanowany. Dziurawe podeszwy w moich butach zaczynały mnie denerwować, gdy coraz więcej błota dostawało się do środka.
Pociągnęła mnie w bok, zbaczając z drogi. Przyspieszyliśmy, idąc po śliskim gruncie, zagłębiając się w ów mały fragment lasu, należący do parku. Zrobiło się prawie zupełnie ciemno; w oddali tylko migotały światła lamp, za gęstwiną drzew i krzewów. Nie wiem, dlaczego pozwoliłem jej mną kierować.
Czułem, jak moje nogi stają się coraz cięższe, jednak ona nadal wytrwale szła przed siebie, a ja podążałem za nią, z moją dłonią wplecioną w jej dłoń. Gałęzie trzaskały pod butami, a latarnie już dawno zniknęły nam z oczu. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem.
Właśnie wtedy zatrzymała się.
Wyrwała rękę z mojego uścisku i spojrzała na mnie, a ja dostrzegłem jej twarz w tym mroku, gdy moje oczy już oswoiły się z ciemnością. W mojej głowie tłukły się myśli, mnóstwo pytań, lecz nie odważyłem się nic powiedzieć.
- Chcę, żebyś został moją tajemnicą. – Szepnęła, a jej cichy głos, wsiąkał głęboko we mnie, jakby chłonęła go moja złakniona dusza. Nieznajoma, na której słowa czekałem przez cały ten czas, odkąd się ze sobą zderzyliśmy. – Tutaj nikt nas nie znajdzie… - Dodała, po czym wskazała na uschnięty, stary pień i skinęła głową, nakłaniając mnie, bym usiadł.
       Opadliśmy na miejsce, a ona pochyliła się w moją stronę i przycisnęła głowę do mojej klatki, nasłuchując. Serce zabiło mi szybciej, jakby samo nie potrafiło jej zrozumieć. Pojąć sensu wszystkiego, co robiła…a jednocześnie wszystko wewnątrz mnie krzyczało, że jest to coś niezwykłego, coś istotnego…Potrafiła mnie zaczarować.
- Czuję twoje serce. Jesteś prawdziwy… - Mówiła półgłosem, a ja siedziałem starając się wyczytać coś z jej twarzy w tej ciemności. Ujęła moją dłoń i przycisnęła do siebie. Poczułem delikatne uderzenia jej serca, jakby czegoś zakazanego, zamkniętego w klatce. – Teraz ty też możesz być pewien, że i ja jestem prawdziwa. – Powiedziała, jakby wszystko to, co się działo, było najnormalniejsze w świecie; jakby codziennie włóczyła się po lesie z przypadkowo spotkaną osobą i sprawdzała, czy naprawdę istnieje, wsłuchując się w bicie serca.
Mimo wszystko, nie potrafiłem pomyśleć wprost, że jest dziwna, i że to co robi, zakrawa na objawy jakiejś nietypowej choroby. Wręcz przeciwnie – z każdą sekundą, byłem coraz bardziej ciekaw tego, co powie i co wymyśli. Nie znałem nawet jej imienia, lecz w chwili gdy spletliśmy ze sobą nasze dłonie, coś się zmieniło. Coś obróciło moje życie o sto osiemdziesiąt stopni, zupełnie niespodziewanie i nieodwracalnie.
- Mam już bardzo mało czasu. – Szepnęła. – A więc chciałabym tylko, żebyś obiecał, że pozostanę twoją tajemnicą, tak jak ty pozostaniesz moją.
Przysunęła się do mnie, niemal stykając swój nos z moim. Ku własnemu zdziwieniu, odważyłem się wypowiedzieć to jedno słowo;
- Obiecuję. – Mój głos wydał się mi jakiś obcy, jakby dobiegał z oddali. Wbiłem wzrok prosto w jej oczy, za którymi zdawała się tak wiele ukrywać i uśmiechnąłem się niepewnie.
- Dziękuję. – Odparła. – Jeśli mi ufasz, zamknij oczy. Będę jutro o tej samej porze tam, gdzie się spotkaliśmy. – Poczułem jej oddech na policzku i niewiele myśląc, natychmiast opuściłem powieki. Dreszcz przeszedł mi po plecach, a po chwili poczułem ciepło na swoich ustach. Musnęła palcami mój podbródek, przyciągając mnie ku sobie. Ciemność opanowała cały mój umysł, gdy delikatnie zacisnęła usta na mej górnej wardze, jakby chciała przypieczętować tę obietnicę…
A potem zniknęła.
Po prostu rozpłynęła się w mroku, pozostawiając mnie samego na środku lasu, a jedynym, co mi po niej pozostało, była nadzieja, że ujrzę ją ponownie następnego dnia…

      Po niemal dwóch godzinach błądzenia po tamtym miejscu, wydostałem się z parku i dotarłem do domu. Rodzice jakoś nigdy nie wykazywali zainteresowania tym, co robię i kiedy, gdzie jestem i jak długo. W weekendy przeważnie spędzali czas przed telewizorem, a w ciągu tygodnia byli zbyt zapracowani, by zwracać na mnie uwagę.
Jeszcze jakieś sześć lat temu, dbali przynajmniej o to, by zajmowała się mną jakaś opiekunka. Potem, gdy stałem się już bardziej samodzielny, nie musieli martwić się o moje zajęcia po szkole.
Zdarłem z siebie dawno już przetarte buty i dosłownie wycisnąłem z nich wodę, zostawiając ślady z błota na brzegu wanny, i ułożyłem je na kaloryferze w łazience, z nadzieją, że wyschną do następnego wieczoru.
W chwili, w której rzuciłem się na łóżko, uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem zmęczony. W dodatku ostatnie pięć godzin, zdawało się być jedynie dziwnym snem lub nierealnym zdarzeniem, które sobie tylko wyobraziłem, włócząc się po parku o tej porze.
Jednak ona, bliska nieznajoma, musiała być realna. Po prostu musiała. I wierzyłem w to z całej siły, wyczekując następnego dnia.

     Nie potrafiłem przypomnieć sobie, w którym dokładnie miejscu ją spotkałem i dotarło to do mnie dopiero, gdy ponownie wciskałem się w nadal wilgotne tenisówki. Niepokój wtargnął do mej głowy, lecz postanowiłem zdać się na instynkt i po prostu pójść prosto aleją, która prowadziła do wschodniego wyjścia z parku.
Na wszelki wypadek udałem się tam pół godziny wcześniej, a z każdym kolejnym krokiem, serce tłukło się coraz głośniej. A co jeśli sam sobie to wymyśliłem?
Co jeśli ona się nie pojawi?
Nigdy nie sądziłem, że w moim życiu może wydarzyć się coś podobnego, a tym bardziej z przypadku, bez żadnego powodu. Chyba, że to właśnie nie był przypadek i każda z tych chwil, była mi zwyczajnie przeznaczona…
Ponownie zanurzyłem się w świecie własnych przemyśleń i to okazało się jedyną drogą do tego, by nogi same zaniosły mnie we właściwe miejsce. Za zakrętem dostrzegłem już znajomą postać. Stała z rękami w kieszeniach, ubrana dokładnie tak samo, jak poprzedniego dnia.
Przyspieszyłem kroku i podbiegłem do niej, zatrzymując się gwałtownie na krok przed nią. Nie odezwała się ani słowem.
Zastanawiałem się, ile z wczorajszego wieczoru zdarzyło się naprawdę, a ile było jedynie wytworem mojej wyobraźni. Czy nieznajoma w ogóle potrafiła mówić?
Nie zdążyłem nawet tego sprawdzić, bo znów chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Dziś nie skręciliśmy jednak w tę samą aleję, co poprzednim razem, lecz po chwili szybkiego spaceru, znaleźliśmy się w centrum parku, gdzie latem funkcjonowała fontanna, a dzieci jeździły wokół niej na trzykołowych rowerkach, z wypożyczalni obok.
Jesienią to miejsce wydawało się martwe; liście gniły w sadzawce, wszystko zdawało się być obklejone jakąś brązową masą. Gdy nadchodziła zima, cały ten mały świat pokrywał biały puch, niosący ze sobą głuchą ciszę.
Cztery latarnie oświetlały plac z fontanną, na której usiedliśmy w milczeniu. Nie potrafiłem pojąć, co takiego tkwiło w tej osobie, że podążałem za nią i ufałem jej, mimo że nigdy tak naprawdę nie doszło do normalnej rozmowy między nami.
Był to drugi raz w moim życiu, kiedy ją widziałem; dzień po pierwszym spotkaniu, ale odniosłem wrażenie, że od poprzedniego wieczoru minęła już cała wieczność. Wpatrywałem się w twarz tej dziewczyny, z obcym mi dotąd uczuciem tęsknoty, podczas gdy ona patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.
- Mógłbym chociaż poznać twoje imię? – Zapytałem w końcu, a moje pytanie wyrwało dziurę w ogromnej, otaczającej nas ciszy. Ocknęła się i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Dlaczego to właśnie imiona są takie ważne…? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie, wbijając w ten sposób coś ostrego w moje serce. Poczułem się zbyt głupi, by w ogóle z nią rozmawiać, gdy swoją odpowiedzią uświadomiła mi, że to naprawdę nieistotne, jak mamy się do siebie zwracać. Każde z nas ma to drugie za swoją tajemnicę, po co więc ją nazywać?
- To tak, jakbyśmy chcieli poznać imię wiatru. Czy też imię szczęścia… - Dodała po chwili, spuszczając wzrok. – Niektóre rzeczy po prostu muszą pozostać nienazwane, bo tylko wtedy zachowają swój urok.
Robiło się coraz chłodniej z każdym dniem; dziś o tej porze było jeszcze zimniej niż wczoraj, dodatkowo byłem pewien, że moje zupełnie przemoczone buty przyczynią się do tego, że wkrótce zachoruję. I co wówczas? Nie będę mógł się z nią spotkać, a znając jej imię, lub mając jakikolwiek kontakt, nie musiałbym się bać, że stracę tę znajomość i wszystko rozpłynie się jak zwykły sen… To właśnie nazywanie pewnych rzeczy i zjawisk, pomagało się z nimi oswoić i tworzyło pewną więź, poczucie przynależności… Może dla niej naprawdę nie było to istotne? Może ufała mi na tyle, że była pewna, że to przetrwa?
- Mogłabym jednak dowiedzieć się czegoś mniej konkretnego o tobie. – Rzekła niespodziewanie, wyrywając mnie z zamyślenia. – Na przykład; co lubisz?
Spojrzałem na jej włosy opadające na czoło, którymi delikatnie kołysał wiatr. Przypomniałem sobie dotyk jej skóry na moim policzku, ciepło przepływające pomiędzy naszymi dłońmi…Lubiłem świadomość, że ona jest blisko…
- Lubię czytać, tak myślę. I swego czasu bardzo lubiłem grać w kosza, ale potem zmieniłem szkołę i tak jakoś wyszło, że nie starczyło na to czasu… Właściwie wiele rzeczy które lubiłem, przepadło wraz z wiekiem.
Po raz pierwszy ujrzałem w jej oczach cień zwykłego, ludzkiego zrozumienia. Wystarczyło wspomnieć o czymś tak przyziemnym, by straciła choć na chwilę swą zagadkowość, by zdjęła tę maskę.
- A ty? – Zapytałem, gdy nie skomentowała mojej odpowiedzi. Wówczas westchnęła i ponownie włożyła ręce do kieszeni.
- Ja lubię rysować. – Usłyszałem. Wyciągnęła przed siebie nogi, tworząc piętami dwa podłużne ślady w warstwie mokrych liści.
- Co rysujesz? – Zapytałem, gdy nie doczekałem się rozwinięcia odpowiedzi.
- Motyle i róże. – Odrzekła, przechylając na bok głowę.
Chciałem o tyle jeszcze zapytać… Wiedzieć, gdzie mieszka, gdzie chodzi do szkoły. Ile właściwie ma lat, skąd wzięła się w tym parku i dlaczego akurat ja…Dlaczego to właśnie mnie postanowiła uczynić swoją tajemnicą…
Jednak nie odważyłem się zapytać o cokolwiek więcej, co mogłoby dotyczyć bezpośrednio jej życia. Zbyt się bałem, że moja ciekawość ją zirytuje, że każde pytanie będzie bez sensu i przede wszystkim, że wraz z jej odpowiedziami, zniknie cała ta tajemnica, jaką nadal jest.
- Nie sądzisz, że to wszystko jest dziwne? – Wyrzuciłem z siebie w końcu.
- Co wszystko? – Odwróciła się do mnie przodem.
- To, że… spotkałaś mnie przez przypadek… i tak po prostu postanowiłaś spędzać ze mną czas.
- Właściwie dokładnie to samo dzieje się z innymi ludźmi, których poznajemy i lubimy. Z tą różnicą, że znamy ich imiona, prawda? – Wyciągnęła ręce z kieszeni i złożyła je na moich dłoniach. – Poza tym, wcale nie uważam, że to przypadek. – Dodała szeptem.
- Pokażesz mi kiedyś swoje rysunki? – Zmieniłem temat i nagle wtedy odsunęła się.
- Nie warto, uwierz mi. – Spuściła wzrok.
- Ja sądzę, że warto. Tak samo, jak poznawać ciebie. – Nachyliłem się w jej kierunku, lecz ona tylko pokręciła głową.
- Obawiam się, że muszę już iść… - Powiedziała, co sprawiło, że ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie niepokoju. Nie miałem pojęcia, czy powiedziałem coś nie tak, czy coś zepsułem…czy ona naprawdę nie miała już czasu. Zerwała się z miejsca, więc ja także wstałem, by ją zatrzymać choć na chwilę, ale ponownie mi się wyrwała. – Nie patrz w którą stronę odchodzę. – Rzekła chłodno, a ja poczułem, że właśnie coś tracę.
- Zaczekaj…nie rozumiem! Nie chciałem powiedzieć czegoś złego…
- Wszystko w porządku. – Odparła. – Po prostu teraz się spieszę. Jeśli będziesz tu jutro…byłoby mi miło. – Rzuciła odchodząc i chcąc nie chcąc, odwróciłem wzrok, by nie zobaczyć, którędy poszła.

     Nie mogłem zasnąć; niemal całą noc męczył mnie ból głowy i ponure myśli nie dawały spokoju. To wtedy po raz pierwszy poczułem się od Niej uzależniony.
Paliła mnie skóra, jakby moje żyły krzyczały, jakby płynąca w nich krew wrzała. Dopiero nad ranem udało mi się zasnąć choć na chwilę i dziękowałem w duchu za to, że wszystko to dzieje się akurat w dniach wolnych od szkoły. Nie potrafiłbym skupić się na niczym – wciąż myślałem tylko o Niej.
Koło południa obudził mnie głód i przyzwyczajony do pustego o tej porze domu,  powlokłem się do kuchni. Dotąd każdy dzień wyglądał niemal identycznie. Jeśliby nie liczyć wszystkich tych przeczytanych dotąd książek, mógłbym spokojnie stwierdzić, że w życiu nie zrobiłem nic pożytecznego. O ile spędzanie czasu na czytaniu można było nazwać pożytecznym, bo na pewno działało to jakoś na moją wyobraźnię i minimalny rozwój słownictwa.
Tymczasem w ciągu ostatnich dwóch dni, wszystko się zmieniło. Nie mogłem się skoncentrować na żadnym tekście, ponieważ ważniejsze stało się myślenie nad tą zagadką, jaką była dla mnie Ona.
Jeżeli istnieje przeznaczenie…co dalej jest pisane nam, skoro nasze spotkanie nie było przypadkiem?

      Byłem na miejscu jeszcze zanim zrobiło się ciemno. Liczyłem na to, że dowiem się chociaż mniej więcej kiedy i skąd Ona tam przychodzi. Siedząc na brzegu gnijącej fontanny, obserwowałem drogi pomiędzy drzewami i aleje, prowadzące  w różnych kierunkach.
Zaczynało już powoli zmierzchać, gdy tkwiąc w półmroku zastanawiałem się, dlaczego się spóźnia. Postanowiłem zaczekać tam jeszcze parę minut, a następnie pójść w miejsce pierwszego spotkania, bo być może zapomniała, gdzie mieliśmy spotkać się tym razem.
Latarnie zaświeciły się, i ciemność ziejąca spomiędzy drzew wydała mi się jeszcze bardziej przerażająca niż zazwyczaj. Niemal biegiem ruszyłem w stronę głównej drogi.
Nogi robiły się coraz cięższe, czułem jak lodowate powietrze szarpie wewnątrz moje płuca. Krztusiłem się, przemierzając każdą drogę po kilka razy, ale Jej nie było nigdzie.
Nie było po niej ani śladu, zupełnie jak wtedy, gdy zniknęła w ciemności, na środku lasu. Ogarnęła mnie panika. Czy właśnie dziś, ten przeważnie opuszczony park mógł odwiedzić jakiś niewłaściwy człowiek, który podobnie jak i ja, był Jej przeznaczony?
Czy po tych drogach stąpał właśnie ktoś, kto mógł przyczynić się do jej zniknięcia?
Rozglądnąłem się raz jeszcze dookoła, a obraz rozmywał mi się przed oczyma, światła lamp tańczyły wokół mnie. Powrócił nocny ból głowy, uderzając we mnie nagle wraz z przerażeniem, jakie targało moim sercem. Ona nie mogła zniknąć!
Musiała gdzieś tam być! Może był inny powód jej nieobecności, może zmusiły ją do tego sprawy rodzinne… Nie mogłem dać się zwariować.
Wróciłem do domu i zdarłem z siebie przemoczone ubranie, bo jeszcze w drodze powrotnej dopadła mnie ulewa. Jakby dając mi nadzieję, deszcz lunął z nieba na znak, że i tak musielibyśmy się rozstać dziś wcześniej…
Wszystko to jednak zdawało się mnie wykańczać, gdy wyczerpany od razu zasnąłem, a całą noc towarzyszyły mi jedynie koszmary.

       Miał być to pierwszy dzień szkoły po  długim weekendzie, kiedy rankiem okazało się, że mam trzydzieści osiem stopni. Prócz gorączki dopadł mnie jeszcze okropny ból gardła i kaszel, a moi rodzice, którzy choć widocznie starają się nie poświęcać mi uwagi, do czego już dawno przywykłem, w przypadku choroby zawsze zdają się zamieniać w opiekuńczych i przykładnych, takim więc sposobem kazali mi nie ruszać się z domu.
Byłem jednak pewien, że do dwudziestej na pewno ich jeszcze nie będzie, a ja musiałem być o „tej samej porze” w „tym samym miejscu”. Mogła to być ostatnia szansa, bo jeżeli wczoraj się nie udało, dziś to Ona mogła przyjść i mnie nie odnaleźć. W przypadku gdyby jej nie było, postanowiłem zostawić jakiś list przy fontannie, w którym podałbym swój adres. Do tego parku i tak prawie nikt nie przychodził, jeśli nie musiał, bo bądź co bądź, o tej porze roku nie było to ani trochę atrakcyjne miejsce. Może to właśnie dlatego tak bardzo lubiłem tam spacerować. Z dala od świata, od tego hałasu i wszystkich nadmiernie dociekliwych ludzi.
Może to właśnie dlatego Ona także wybrała to miejsce.
Może to dlatego los wybrał nas.
Czy miałem wierzyć tej „bliskiej nieznajomej” i rzucić wszystko dla przeznaczenia? To było jakieś szaleństwo…

      Po całym dniu spędzonym w łóżku, około siedemnastej wymknąłem się z domu, ubrany tym razem w dwie bluzy naraz i buty mojego ojca. Musiałem później wrócić na tyle wcześnie, by jeszcze umyć je z tego okropnego błota zmieszanego ze zgniłymi liśćmi. Gdyby nie te wyprawy w głąb lasu, może moje trampki by się jeszcze do czegoś nadawały…
Do centrum parku poszedłem na około, tak, by przy okazji przejść drogą, na której się spotkaliśmy. Nie wiedziałem nadal, czemu tak bardzo mi na niej zależało, gdy nie miałem nawet gwarancji, że jej także zależy. Może wszystko to było spowodowane tamtą obietnicą lub po prostu sposobem Jej bycia? Chciałem upewnić się, że jest bezpieczna.
Parę zakrętów przed wejściem na plac z fontanną, zamknąłem oczy i zwolniłem kroku, jakby zaklinając tę chwilę, i prosząc, by gdy znajdę się na miejscu, Ona już tam była.
I spełniło się moje życzenie; siedziała, jakby nigdy nic, z rękami w kieszeniach, a na Jej kolanach spoczywał bukiet brązowych i żółtych liści. Podbiegłem do Niej, powstrzymując się od powitania czy zadania kolejnych pytań. Zająłem miejsce obok i zacząłem przyglądać się czarnym plamom na Jej bukiecie; nie był już tak starannie dobrany, jak za pierwszym razem, ale może to za sprawą pogarszającej się pogody. Potem wbiłem wzrok w Jej twarz, starając się z niej coś wyczytać, ujrzeć jakieś zmiany, które mogły być przyczyną Jej zachowania…cokolwiek. Jednak Ona siedziała jak skamieniała i patrzyła przed siebie obojętnie. Nigdy nie pomyślałbym, że mogę nagle tak zatęsknić za kimś, kto siedzi tuż obok mnie. Zupełnie jakby prawdziwa Ona, była uwięziona gdzieś wewnątrz i nie mogła się odezwać.
Nie orientując się nawet sam w tym, co robię, po prostu nachyliłem się w Jej kierunku i objąłem. Przycisnąłem do siebie i po raz pierwszy poczułem Jej materialność tak mocno. Słodki zapach Jej ciała, zmieszany z lasem, zawirował mi w głowie. Drgnęła i odwzajemniła uścisk.
A więc nie byłem sam na tym świecie. Nawet jeśli Ją sobie wyśniłem, Ona istniała w tej chwili naprawdę. Zachłystując się powietrzem, wciągałem zachłannie tę słodką woń; wtuliłem nos w Jej włosy, a wszystko wokół się rozpłynęło. Myśli tańczyły w mej głowie.
Nagle moje pytania, moje pragnienia i wszystko, co dotąd zaistniało, stało się nieważne. Poczułem, że bez względu na to, co Ją wczoraj powstrzymało od spotkania, było to teraz nieistotne, bo najważniejsza w tej chwili była Jej obecność obok.
      Otworzyłem oczy, gdy lekko się odsunęła i wówczas dostrzegłem białą tkaninę, wystającą spod Jej rękawów. Bandaże?
Spostrzegła, że przyglądam się Jej rękom i natychmiast naciągnęła kurtkę, zasłaniając dłonie do połowy. Pociągnęła nosem i spojrzała na mnie, jakby próbowała odgadnąć, o czym myślę.
- Przepraszam za wczoraj. – Jej delikatny głos przerwał panującą ciszę, której zdawałem się nie zauważać, póki była blisko mnie. Nie chciałem Jej o nic wypytywać; liczyło się to, że teraz nic Jej nie zagrażało. Miałem jedynie nadzieję, że nie zniknie tak szybko jak ostatnio.
- Miałam tylko niewielki wypadek. – Dodała, ku mojemu zdziwieniu, że w ogóle dzieli się ze mną takimi informacjami.
- Szukałem cię. – Odpowiedziałem spokojnie, chcąc dać Jej do rozumienia, że nie jest mi obojętna, ale nic się nie stało, skoro był to tylko wypadek. Po chwili jednak przypomniałem sobie o czymś, co ukrywała pod rękawami i ów wypadek przybrał postać czegoś znacznie bardziej istotnego. – Nic ci nie jest?
- Nic takiego. To wypadek przy pracy, po prostu przez jakiś czas muszę ograniczyć rysowanie.
Zastanawiałem się, do jakiego stopnia obrażeń może dojść podczas rysowania, ale nie znalazłem niczego, co tłumaczyłoby zabandażowane ręce i to nawet nie dłonie.
- Przykro mi… mam nadzieję, że twoje motyle i róże nie ucierpią na tym. – Nadal powstrzymywałem się od zadawania szczegółowych pytań.
- To one zawsze odejmowały mi cierpienia. – Odpowiedziała cicho, a ja odniosłem wrażenie, że jest dziś wyjątkowo gadatliwa. Dotąd nie dzieliła się ze mną własnymi myślami, tak sama od siebie. – Jeżeli tak bardzo chcesz, kiedyś ci je pokażę.
Poczułem się niemal zaszczycony, choć z drugiej strony było coś niepokojącego w Jej zachowaniu. To tylko rysunki, tak? Co w tym niesamowitego – pokazać je komuś?
Zakaszlałem kilka razy, przypominając sobie, że nadal jestem chory.
Wzięła do ręki bukiet liści i zerwała się z miejsca. Stanęła na krawędzi fontanny, na której siedzieliśmy i wyciągając ręce do góry, rozsypała liście dookoła. Chwiała się na palcach z zamkniętymi oczami i czekała, aż ostatni z liści, muskając po drodze jej twarz, opadnie na ziemię. Patrzyłem na to wszystko jak we śnie.
Wszystko w Niej było takie inne…
Patrząc na Jej twarz rozjaśnioną światłem latarni, zapragnąłem ujrzeć ją w blasku słońca. Jaki piękny to musiał być widok… Gdyby wszystko było inne, gdyby właśnie była wiosna, a świat wokół budził się do życia…Czy Ona także byłaby zupełnie inną osobą?
- Przyjdziesz tutaj jutro? – Zapytałem, zdając sobie sprawę z tego, że robi się coraz później. Spojrzała na mnie z góry z zaskoczeniem, po czym zeskoczyła z krawędzi i stanęła naprzeciwko mnie.
- Tak. – Odparła, a przez Jej oczy przemknął cień uśmiechu, jakby iskra, jednak nie wystarczająco silna, by rozpalić ten uśmiech na Jej twarzy. Chwyciła mnie za ręce i pociągnęła do góry, żebym wstał z miejsca.
Staliśmy naprzeciwko siebie, a Ona wyciągnęła dłonie ku mojej twarzy i dotknęła palcami powiek, opuszczając je na dół. Znów pozwoliłem Jej się zaczarować.
I poczułem już tylko jak pochyla moją głowę ku sobie, a Jej oddech parzył mnie w policzek. Musnęła ustami czubek mojego nosa i nagle odeszła, pozostawiając jedynie uczucie mrowienia na mojej twarzy i szyi, jakby przekazała tym miejscom część swojej energii.
Otworzyłem oczy i wszystko wróciło na swoje miejsce.
Stałem na warstwie gnijących liści, a wokół mnie były tylko drzewa i latarnie. Ona zniknęła bezszelestnie, jak za pierwszym razem.

       W domu znalazłem się wystarczająco wcześnie i zdążyłem jeszcze porozkładać wszystkie rzeczy, tak, by wyglądało na to, że cały dzień spędziłem w swoim pokoju. Wyszorowałem dokładnie buty mojego ojca, spłukałem błoto z brzegów wanny i odłożyłem wszystko na swoje miejsce. Zaparzyłem herbatę i coraz silniej kaszląc, wszedłem do łóżka i starannie okryłem się kołdrą.
Zdawałem się robić coraz słabszy. Zasnąłem jeszcze przed dwudziestą i przespałem całą noc, budząc się dopiero po dziesiątej rano. Choroba jednak nie ustąpiła wraz z nadejściem nowego dnia.
Zastanawiałem się, jaki to wszystko miało sens. Pozwoliłem Jej nazywać się swoją tajemnicą, a Ona stała się moją. Pozwoliłem sobą kierować i zupełnie zabłądziłem… Musiałem dowiedzieć się o Niej czegoś więcej, jeżeli miało to trwać dłużej. Nie widziałem przyszłości dla nas, poza tym miejscem w parku. A przecież nie można spędzić tam całego życia, to absurdalny pomysł! Nie potrafiłem jednak niczego zmienić, zrobić czegoś sam. Stawałem się coraz bardziej uzależniony od Niej, coraz bardziej pragnąłem tylko Jej obecności…

      Kolejny raz ogarnęło mnie uczucie ulgi, gdy zobaczyłem Ją spacerującą po krawędzi sadzawki. Cały dzisiejszy dzień padał deszcz, na głowę miała zarzucony zielony kaptur od bluzy pod kurtką. Podszedłem niepewnie i ujrzałem wtedy Jej uśmiech, gdy mnie zauważyła, rozświetlający wszystko wokół.
Zeszła na ziemię i odgarnęła z czoła kosmyk mokrych włosów. Czy nigdy nie było Jej zimno?
Chwyciła mnie za rękę i wplotła palce w moją dłoń. Pociągnęła mnie za sobą w głąb lasu, a ja ruszyłem za Nią mimowolnie, pokasłując co parę kroków.
Powietrze zdawało się robić coraz cięższe i wilgotniejsze od tego deszczu, a wokół unosił się leśny zapach gnijących liści i umierającego jesienią świata. Tym razem zatrzymaliśmy się na tyle blisko centrum parku, że światło latarni jeszcze do nas docierało, a za drzewami rysowały się aleje i ławki stojące na nich.
- Na pewno chcesz zobaczyć moje rysunki? – Zapytała, jak zwykle wyrywając mnie z zamyślenia. Stała w półmroku, wyczekując odpowiedzi, ale nie zauważyłem, by miała ze sobą jakąś teczkę czy zeszyt, w których mogłaby nosić rysunki. Poza tym przecież padał deszcz, kartki na pewno by się zniszczyły. Może miała zamiar zaprowadzić mnie w jakieś inne miejsce, gdzie je ukryła?
Nie uzyskując odpowiedzi wbiła we mnie wzrok i dodała;
- Wiesz, wtedy wszystko może się zmienić. Ale nie oczekuję, że zechcesz się jeszcze ze mną spotkać, gdy je zobaczysz. Przyzwyczaiłam się, że ludzie po prostu odchodzą.
Poczułem się po części urażony Jej słowami. Dlaczego sądziła, że jest mi obojętna? Czy to dlatego wszystko robiła tak szybko; ufała mi od samego początku i żądała obietnic, tylko dlatego, że myślała, że prędzej czy później odejdę?
Z drugiej strony zastanawiało mnie, co takiego jest w tych rysunkach, że sprawiają, że inni odchodzą. Dlaczego okrywała je taką tajemnicą, czemu rozmowa o nich była taka trudna…?
- Chcę je zobaczyć. Na pewno. – Powiedziałem, patrząc jej w oczy. – I nie zniknę, obiecuję.
Westchnęła i uścisnęła moją dłoń, wbijając wzrok w buty.
Po chwili odsunęła się do tyłu o krok i mimo panującego wokół chłodu, odwiązała z szyi chustę i rozpięła do końca kurtkę. Zdjęła wierzchnie odzienie i powiesiła je na mokrej gałęzi drzewa obok. Patrzyłem na jej ruchy jak zahipnotyzowany, nie będąc w stanie określić, co ona właściwie robiła. Nogi uginały się pode mną; byłem wyczerpany chorobą i spacerami po tym lodowatym miejscu.
Zdjęła jeszcze bluzę i stała teraz przede mną w koszulce, trzęsąc się lekko. Nie myliłem się – na rękach zawiązane miała bandaże, które zaciśnięte starannie na nadgarstkach połyskiwały bielą w ciemności. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, na ich widok.
Drżącymi rękoma, odwijała powoli tkaninę najpierw z lewej, a potem z prawej ręki. Złożyła opatrunek na warstwie ubrań wiszącej na gałęzi i podeszła do mnie.
Wyciągnęła nadgarstki przed siebie, a ja, walcząc z uczuciem niepokoju, skierowałem na nie wzrok. Moim oczom ukazały się motyle i róże; wycięte w skórze kształty, jedne po drugich.
Serce zatłukło się mi o żebra, jakby krzycząc, a z każdą kolejną sekundą czułem coraz większe przerażenie. Nie potrafiłem oderwać wzroku od tych widocznych nawet po ciemku ran, perfekcyjnie wyrytych na Jej bladych nadgarstkach.
Spojrzałem na Jej twarz, pełną wątpliwości i usta, które drgały. Nie miałem pojęcia, które z targających mną w tej chwili uczuć, było silniejsze; czy był to strach, czy raczej ogromny żal i smutek?
Wyciągnąłem bezradnie dłoń w Jej kierunku, lecz zaraz po tym od razu ją cofnąłem. Chciałem coś powiedzieć, ale zwyczajnie brakło mi słów. Jak długo to robiła? Dlaczego to robiła? Czy owy „wypadek przy pracy”, polegał na tym, że zraniła się zbyt mocno?
Boże, kogo ja poznałem?! Ona naprawdę uważała te krwawe linie za sztukę!
Odsunąłem się w tył o parę kroków, z trudem łapiąc powietrze. Obiecałem jej, obiecałem, że nie odejdę i przecież sam chciałem zobaczyć jej rysunki, mimo że ostrzegała mnie nieraz.
Wtem Jej oczy przybrały wyraz kogoś przegranego, odchodzącego z rezygnacją. Tak jakby się poddała. Zrozumiałem, że to właśnie miała na myśli mówiąc, że ludzie odchodzą. Nie mogłem Jej zostawić.
Rzuciłem się w jej stronę i przygarnąłem do siebie. Otoczyłem ramionami zziębnięte ręce i sięgnąłem po Jej ubrania, okrywając Ją nimi. Po raz pierwszy poczułem, że to Ona potrzebuje mnie. Czułem jak drżała z zimna, szczękając zębami i rozcierałem Jej odsłoniętą skórę.
Pomogłem Jej się ubrać, podając ubrania i szepcąc, by była spokojna, i że wszystko będzie dobrze.
Ale tak naprawdę gdzieś w głębi duszy, bałem się Jej jak niczego innego.
Czekała na kogoś, kto Ją zrozumie, czy na kogoś, kto zacznie rysować razem z Nią?
W głowie tłukły się pytania, gdy przyciskałem do siebie tę małą, kruchą istotę, zupełnie jakby miała wnet się rozpaść, jakby wiatr mógł ją porwać.
- Jesteś cała zziębnięta, musisz iść do domu… - Szepnąłem w Jej włosy, chowając bandaż do kieszeni. – Pozwól mi cię chociaż odprowadzić. Pozwól mi się tobą zająć. – Mówiłem, ale czułem, jakby to wcale nie były moje słowa, jakby mówił to ktoś inny. Wszystko to było jak jakiś dziwny sen…
- Zabierz mnie do domu… - Odszepnęła, wtulając twarz w moje ramię. – Obroń mnie przede mną samą, proszę! – Pociągnęła nosem i wydało mi się wówczas, że płacze. Skąd miałem wiedzieć, gdzie jest Jej dom? Nawet nie znałem Jej imienia…
Poczułem ciężar Jej ciała, opadający na mnie, jakby straciła wszystkie siły. Deszcz moczył nasze włosy, a Ona nadal się nie ruszała. Podjąłem decyzję – musiałem uczynić wszystko, by Ją z tego wyciągnąć, cokolwiek się stanie, a wiedziałem, że nie będzie łatwo.
Wziąłem Ją na ręce, układając Jej głowę na swym ramieniu, i walcząc z własnym osłabieniem, ruszyłem przed siebie.
Zabrałem Ją do domu.

       Po niemal półgodzinnej rozmowie z rodzicami, udało mi się jakoś im wyjaśnić obecność nieznajomej w naszym domu. Oczywiście, że nie ruszałem się z niego. Ja tylko otworzyłem drzwi, gdy ktoś zapukał, i wówczas ujrzałem ją – obcą, proszącą o schronienie przed deszczem. Chcieli zadzwonić na policję lub chociaż do Jej rodziców, ale tłumaczyłem im, że jest wyczerpana i musi po prostu odpocząć. Może nie uciekła z domu, może tylko źle się poczuła do niego wracając…
Takie właśnie rzeczy opowiadałem mojej matce, dzięki czemu udało mi się uzyskać pozwolenie, na to by Ona została u nas do jutra, kiedy wszystko się wyjaśni. Tymczasem sam nie miałem pojęcia, skąd się wzięła i gdzie naprawdę mieszka. Czy jej rodzice nie zauważą, że nie wróciła na noc?
Chciałem móc o to zapytać, jednak wiedziałem, że byłoby to niewłaściwe i pozostało mi tylko o Nią dbać, mimo że sam byłem nadal chory i czułem się tylko gorzej. Ułożyłem Ją niedbale na łóżku i rozmasowałem obolałe od noszenia ręce.
Ubranie miała zupełnie przemoczone, podobnie jak splątane włosy. Nie wiedziałem, dlaczego jest nieprzytomna, ale uznałem, że najwyraźniej zasnęła, bo Jej oddech był spokojny i głęboki. Uklęknąłem obok łóżka i zacząłem powoli rozwiązywać jej buty. Czułem się dość nieswojo, ściągając z niej kolejne warstwy przemoczonych ubrań, aż w końcu zostawiłem ją w bieliźnie, usiłując odwrócić wzrok od kolejnych rysunków, jakie ujrzałem na jej nogach.
Wyciągnąłem z szafy jakąś koszulkę i naciągnąłem ją na nią delikatnie, nie chcąc obudzić. Brzuch i uda pokrywały blizny; róże wyryte w bieli jej skóry i motyle wycięte w wolnych miejscach.
Stanąłem nad nią wpatrując się w ten niecodzienny obraz i ogarnęło mnie ogromne zmęczenie całą tą sytuacją. Zbyt wiele się wydarzyło i zbyt wiele emocji mnie to kosztowało.
Musiała być również bardzo zmęczona, skoro spała jak zabita. Udałem się do łazienki po ręcznik i gdy wróciłem, ponownie klęknąłem obok niej i zacząłem powoli wycierać jej włosy. Ciemne kosmyki plątały się ciągle pod moimi rękami.
Następnie przyniosłem wodę utlenioną i wyciągnąłem przed siebie jej nadgarstki pokryte świeżymi ranami. Przemywałem każdą kreskę starannie, aż pokrywała się pianą i delikatnie ocierałem nadmiar wody ręcznikiem. Tym razem to ja mogłem ją zaczarować, gdy śniła spokojnie – cicha i bezbronna.
Przysunąłem usta do jej skóry, na tyle blisko, by poczuć pod nimi nierówną powierzchnię pełną blizn. Poprawiłem palcami kontury jej rysunków na rękach, starając się nauczyć ich na pamięć. Wyjąłem z kieszeni kurtki bandaże i owinąłem dokładnie jej nadgarstki, zakrywając wszystkie motyle i róże.
Pocałowałem jej czoło, muskając nosem włosy i wciągając ich zapach, po czym przykryłem ją moją kołdrą i zgasiłem światło wychodząc z pokoju. W salonie czekała już na mnie druga pościel i niewiele myśląc, po prostu rzuciłem się na nią i zapadłem w sen.

       „Obroń mnie przed samą sobą.”
Rankiem, obudził mnie nagły atak kaszlu; ledwo mogłem oddychać. Ból głowy rozsadzał mi czaszkę od wewnątrz, gdy niewyspany udałem się do kuchni po szklankę wody. Rodziców nie było w domu już od godziny i nagle uświadomiłem sobie, że jednak nie jestem sam.
Zamarłem w bezruchu, nasłuchując, czy ona jeszcze śpi. Dom pogrążony był w ciszy, więc wyszedłem do przedpokoju, skąd dostrzegłem zapalone światło w łazience. Zastukałem trzykrotnie w drzwi, lecz nikt nie odpowiadał.
- Jesteś tam? – Zapytałem, chwytając za klamkę. Łazienka była zamknięta od wewnątrz. Pomyślałem, że może poszła się umyć i poszedłem w stronę swojego pokoju. Uchyliłem drzwi i stanąłem jak wryty w jego progu.
Na podłodze rozrzucone leżały oba bandaże, obok moich poprzewracanych rzeczy. Szuflady biurka były pootwierane, podobnie jak szafki. Wówczas przeniosłem wzrok na łóżko, z którego zrzucona była pościel, a prześcieradło splamione było szkarłatnym płynem.
Ogarnęła mnie panika i natychmiast wypadłem z pokoju, rzucając się w kierunku łazienki.
- Otwórz drzwi! – Wykrzyczałem i szarpnąłem za klamkę. Nikt nie otwierał, więc pobiegłem po nóż do kuchni i przekręciłem nim zamek od zewnętrznej strony. Rzuciłem się do środka, odpychając drzwi na zewnątrz i stanąłem w płytkiej kałuży krwi.
- Coś ty narobiła?! – Wrzasnąłem w kierunku skulonej na podłodze postaci. Opadłem na kolana i dostrzegłem obok rozkręconą temperówkę, którą trzymałem w piórniku jeszcze od podstawówki. Dziewczyna drżała, ściskając swój lewy nadgarstek, a spomiędzy zaciśniętych palców sączyła się krew. Na brzuchu, na pobrudzonej koszulce, spoczywało odkręcone ostrze.
Przykucnąłem przy niej i poczułem, jak łzy napływają mi do oczu. To wszystko musiało być jakimś koszmarem, to nie mogło stać się naprawdę!
Wyciągnąłem do niej ręce, chcąc pomóc jej wstać i szybko opatrzyć rany, lecz nie ruszyła się z miejsca, tylko rzekła:
- Wczoraj…tak wspaniale się mną zaopiekowałeś… - Jej głos drżał, a twarz miała zwróconą w przeciwną stronę. – Dziękuję ci za to. Teraz wiem, że było warto…
- O czym ty mówisz?! – Byłem wściekły na nią, za to co zrobiła. Wszystko zepsuła, zniszczyła całą zagadkę, jaką chciałem, by pozostała. Poprosiła, bym się nią zajął, a teraz zmarnowała wszystkie moje wczorajsze starania. – Mogliśmy razem to wszystko naprawić! Nauczyłbym rysować cię gdzie indziej, nie na swojej skórze! – Wyrzucałem z siebie słowa, a wraz z nimi kilka łez potoczyło się po policzkach, choć starałem się je powstrzymać.
- Przepraszam! – Jęknęła, a jej ciałem wstrząsały dreszcze. – Nie chciałam, by to się tak skończyło. Miał to być ostatni raz…Sądziłam, że ty także się mnie wyprzesz.
- Ale tego nie zrobiłem! Dotrzymałem obietnicy, próbowałem cię ochronić. Jestem tu teraz, pozwól mi tylko cię uratować. – Błagałem, by dało się coś jeszcze zrobić, gdy kolejne strumienie krwi przeciekały pomiędzy jej palcami. Czy wszystko na tym świecie musi tak przemijać? Ledwie zdążyłem ją poznać, zrozumieć…a już miałem ją stracić.
- Przepraszam… - Szepnęła i w końcu odwróciła twarz w moją stronę. Łzy spływały jedna po drugiej po jej policzkach, a oczy lśniły od kolejnych doń napływających. Za co przepraszała? Za to, że wypaliła swoim istnieniem dziurę w moim sercu, czy za to, że zamierzała to zrobić przerywając owo istnienie?
Cokolwiek to oznaczało, szarpnąłem za jej rękę, by ją podnieść i zatamować jakoś krwotok. Jednak to tylko pogorszyło sprawę, gdy zobaczyłem co sobie zrobiła.
Motyle wyryte wcześniej na jej nadgarstku miały porozcinane skrzydła, a skóra na której wyrysowała płatki róż, była zdarta i głęboko ponacinana, jakby powbijano w nią ostrze kilka razy z jeszcze większą siłą.
Zachłysnąłem się powietrzem i opadłem na posadzkę, wpatrując się w jej ręce, gdy nagle obraz zaczął się zupełnie rozmywać. Ledwie unosząc się na nogach, które odmawiały mi posłuszeństwa, wydostałem się z tego  pomieszczenia, zostawiając po sobie ślady krwi na podłodze. Pobiegłem do pokoju rzucając się w stronę telefonu i zadzwoniłem na pogotowie.
Wróciłem do niej, owładnięty pragnieniem spełnienia swej obietnicy, że jej nie zostawię, i wziąłem ją na ręce i wsadziłem do wanny.
Całe jej ciało drżało i powieki opadały. Opłukałem jej rany chłodną wodą i sam się trzęsąc, zacisnąłem ręcznik wokół jej nadgarstka.
Mówiłem do niej, wzywałem ją, by się odezwała. Trzymałem w dłoniach jej twarz i co chwilę podnosiłem jej powieki, by spojrzała na mnie, by dała choć jeden znak życia.
Przyciskałem jej usta do swoich, chcąc przekazać jej choć cząstkę swego życia, oddać resztkę swych sił…
Lecz zrobiła się już niemal zupełnie blada, a na wierzchu ręcznika pojawiło się kilka szkarłatnych plam, gdy zaczął przemakać.
Po chwili usłyszałem głośne wycie syreny i przez wąskie okno w łazience, wpadło do środka niebiesko-czerwone światło. Zamknąłem oczy i zacisnąłem palce wplecione w jej dłoń. Wszystkim, czego pragnąłem, było obudzić się z tego koszmaru i zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle mi się śnił…

       Nigdy nie dowiedziałem się, jak miała na imię.
Z biegiem czasu zapomniałem nawet jak brzmiał jej głos, choć gdzieś głęboko we mnie ukryty zachował się on na pewno, podobnie jak jej zapach… Gdy ktokolwiek pytał, trzymałem się wersji opowiedzianej rodzicom, ale z jej rodziny nigdy nikt się nie zjawił.
Zupełnie jakby nie istnieli i jakby nikt jej nie znał.
Pragnąłem i ja jej nie znać lub móc chociaż o niej zapomnieć, lecz było to niemożliwe. Mimo, że minęło kilka lat, wciąż nie potrafiłem zbliżyć się do tego parku.
Jeżeli jest coś, co pozostało mi po niej rzeczywistego…jest to coś, co tak bardzo lubiła. Choć jestem pewien, że okłamała mnie wtedy, bo tego nie można lubić.
Można się tym jedynie zarazić i żyć z tym, przyzwyczaić się, że jest to coś, co ciągnie za sobą samotność. I próbować to zwalczyć, choć bezskutecznie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek naprawdę ją zrozumiem… Nie sądziłem, że ujrzę piękno w tych różach i motylach,  jakie wsiąkały w moją skórę, nie poprawiane od miesięcy.

Jedyną drogą jest ich po prostu nie poprawiać. Pozostawić blizny, jako część przeszłości, w tym świecie, w którym wszystko przemija…


Vuohi