Zdaje się, że mam to, co zawsze chciałam mieć. Brakuje pewnych rzeczy, ale w porównaniu z tym, co mam, to nic. Mam wspaniałych przyjaciół, ukochaną osobę, dobrą rodzinę, wyobraźnię, szkołę i możliwości.
A czasami nadchodzi taki moment...że czuję jedynie pustkę.
Nie wiem skąd bierze się chęć wypłakania, wylania z siebie wodospadu łez.
Jestem beznadziejna. Głupia. Nie potrafię dać nikomu dość szczęścia. Nie potrafię wziąć się w garść. Użalam się nad sobą.
Nic z tego nie ma sensu, a na pewno ja go nie widzę. Dlaczego więc mnie to dopada? Czego mi tak bardzo brakuje? Może jest to jakaś sprawa sprzed lat, coś co chciałam wykrzyczeć lecz kazano mi milczeć i teraz te słowa...gniją we mnie...?
I wiem, że najbardziej w życiu można żałować tylko tego, czego się nie zrobiło.
Wyciągnięta w moim kierunku dłoń, którą zignorowałam, bo nie chciałam cierpieć.
Oczy, czekające aż się odwrócę i uśmiechnę...czego nie zrobiłam, bo nie mogłabym w nie spojrzeć.
Tchórz.
Słyszę za sobą jego kroki, słyszę jak odchodzi. Jak rzuca przez ramię ciche "do widzenia", a ja, obojętnie stoję odwrócona. Całe moje ciało krzyczy, wrzeszczy "ODWRÓĆ SIĘ!".
Ale ja się nie odwracam.
Robię to dopiero, gdy już nie mogę zobaczyć go w tłumie. Rozglądam się rozpaczliwie, i pieką mnie oczy.
Dzień, w którym znienawidziłam siebie z całej siły.
Dzień, w którym go straciłam.
Mam to, czego chciałam. Może właśnie tak miało być, bym mogła mieć to, co teraz. Bym mogła być szczęśliwa z kimś innym. Ale to oznacza, że i ten ból, ten ciągły strach...musiały być ze mną nie bez powodu przez taki czas.
Ja po prostu na nie zasłużyłam.
Minęło tyle czasu, tyle starałam się zmienić.
Przypadki, w których istnienie zwątpiłam, stały się dowodami, na istnienie przeznaczenia.
Wierzę w to z całej siły. Wierzę w to, że będziemy szczęśliwi.
Nie na końcu.
Jeszcze przed nim. Byśmy mogli oddychać głęboko nie zatruwając się tym powietrzem. Byśmy mogli żyć pełnią życia.
I wierzę w to, że pustka, którą w sobie noszę i nawiedza mnie raz na jakiś czas...kiedyś zniknie.
Pozostanie jedynie odległym wspomnieniem...
Vuohi
A czasami nadchodzi taki moment...że czuję jedynie pustkę.
Nie wiem skąd bierze się chęć wypłakania, wylania z siebie wodospadu łez.
Jestem beznadziejna. Głupia. Nie potrafię dać nikomu dość szczęścia. Nie potrafię wziąć się w garść. Użalam się nad sobą.
Nic z tego nie ma sensu, a na pewno ja go nie widzę. Dlaczego więc mnie to dopada? Czego mi tak bardzo brakuje? Może jest to jakaś sprawa sprzed lat, coś co chciałam wykrzyczeć lecz kazano mi milczeć i teraz te słowa...gniją we mnie...?
I wiem, że najbardziej w życiu można żałować tylko tego, czego się nie zrobiło.
Wyciągnięta w moim kierunku dłoń, którą zignorowałam, bo nie chciałam cierpieć.
Oczy, czekające aż się odwrócę i uśmiechnę...czego nie zrobiłam, bo nie mogłabym w nie spojrzeć.
Tchórz.
Słyszę za sobą jego kroki, słyszę jak odchodzi. Jak rzuca przez ramię ciche "do widzenia", a ja, obojętnie stoję odwrócona. Całe moje ciało krzyczy, wrzeszczy "ODWRÓĆ SIĘ!".
Ale ja się nie odwracam.
Robię to dopiero, gdy już nie mogę zobaczyć go w tłumie. Rozglądam się rozpaczliwie, i pieką mnie oczy.
Dzień, w którym znienawidziłam siebie z całej siły.
Dzień, w którym go straciłam.
Mam to, czego chciałam. Może właśnie tak miało być, bym mogła mieć to, co teraz. Bym mogła być szczęśliwa z kimś innym. Ale to oznacza, że i ten ból, ten ciągły strach...musiały być ze mną nie bez powodu przez taki czas.
Ja po prostu na nie zasłużyłam.
Minęło tyle czasu, tyle starałam się zmienić.
Przypadki, w których istnienie zwątpiłam, stały się dowodami, na istnienie przeznaczenia.
Wierzę w to z całej siły. Wierzę w to, że będziemy szczęśliwi.
Nie na końcu.
Jeszcze przed nim. Byśmy mogli oddychać głęboko nie zatruwając się tym powietrzem. Byśmy mogli żyć pełnią życia.
I wierzę w to, że pustka, którą w sobie noszę i nawiedza mnie raz na jakiś czas...kiedyś zniknie.
Pozostanie jedynie odległym wspomnieniem...
Vuohi