Słońce wysyłało ostatnie promienie ku
umierającej jesienią ziemi. Barwy żółci, brązu i złota, opuszczały powoli
marznące drzewa; cały świat wokół chylił się ku zimie.
Serce
skulonej pod jednym z dębów postaci, także zdawało się stawać kawałkiem lodu.
Biło cicho i powoli, niczym odpoczywający po długiej, wyczerpującej walce
bohater, który jednak przegrał.
Potargane,
jasne włosy, spoczywały na ramionach dziewczyny, która trzymała w ręce małe
zawiniątko. Co chwila unosiła je do ust i starając się poczuć znów jego zapach,
wciągała go ze wszystkich sił, a z każdym kolejnym wdechem, na jej policzki wypływały
kolejne, gorące łzy.
Zaciskała
palce na kurtce, błagając w duchu, by jej właściciel choć na jedną chwilę, znów
stał się materialny. Choćby na parę sekund, by tylko był obok, by znów przybrał
swój dawny kształt i otoczył ją ramieniem, by zabrał z tamtego miejsca.
Kurtka
miała kolor zgniłej zieleni, nieco przetarta na łokciach i rozpruta przy
kieszeniach. Pachniała dosyć specyficznie; ostra woń papierosów, przeplatała
się z męskimi perfumami. Jednymi z tych perfum, których używa większość
rówieśników, ale na każdym z osobna, tworzą inną, wyjątkową woń.
Dziewczyna
podciągnęła kolana pod brodę, raz jeszcze przyciskając do siebie materiał,
wierząc, iż każde jej uderzenie serca, może nadać mu choć odrobinę ciepła,
która sprawi wrażenie używanej przed chwilą, jakby dopiero co wręczył jej to
ubranie.
Pragnęła
wierzyć, pragnęła mieć nadzieję, że jakimś cudem czas się cofnie i da jej
jeszcze jedną szansę, lub chociaż jakiś znak, co ma zrobić teraz, dzisiaj, gdy
wszystko już zdaje się być stracone i przegrane…
Przygryzała
dolną wargę, za każdym razem wbijając zęby coraz głębiej, zatapiając je we
własnych ustach. Ból zewnętrzny przestał istnieć; wszystko skupiło się na
wnętrzu, gdzie jakaś nieznana dotąd siła, z niewyobrażalną mocą rozdzierała jej
serce…tak gwałtownie, raz za razem, a jednak na tyle powoli, by nie miała choć
chwili wytchnienia, by nie mogła zapomnieć o tym bólu ani na sekundę.
Cisza
i ciemność, rosnące dookoła, przynosiły ze sobą kolejne podmuchy wiatru, coraz
silniejsze. Zdawały się szeptać, nawoływać dziewczynę, by uciekła z tamtego
miejsca.
Tu
już nic się nie wydarzy, odejdź stąd nim zamarzniesz…
Wielki,
stary dąb, zatrzeszczał głośno, ponaglając swym pomrukiem przyciśniętą doń
postać. Wsparta o korzeń, trzęsła się z zimna, za nic jednak nie chcąc wstać na
nogi.
Jeszcze parę dni temu, był tutaj z
nią. Jeszcze wtedy była pewna, że wie o nim wszystko, że jest godzien tego, by
wierzyła w każde słowo…nawet nie poparte czynem. Skąd mogła się spodziewać, że
wszystko, co tak bardzo kochała…że jedyna osoba, która cokolwiek dla niej
znaczyła, ma serce z kamienia?
Na
cóż były te wszystkie obietnice i gesty…
Nienawiść
przeplatała się z tęsknotą i pragnieniem. Nie chce go, nienawidzi, ale nie może
żyć bez niego, nie może przestać kochać…Człowiek nie może pstryknięciem palców,
wyłączyć wszystkich swoich uczuć. Nie może zapomnieć.
Ciemnozielony
skrawek postaci, którą znała, był wszystkim, co mogła teraz mieć na własność.
Łudziła się przez tyle czasu, że może mieć o wiele więcej…tak naprawdę nigdy
nie mając nic.
Zadrżała
po raz kolejny na jego cierpkie wspomnienie, niegdyś tak słodkie i realne.
Poczuła palce, wplecione w swoje
włosy z tyłu głowy oraz wbijające się w nią coraz głębiej usta. Maleńkie
ukłucie gdzieś w brzuchu i rozkołysane serce, nad którym nigdy nie potrafiła
panować.
Słodki,
ale też nieco słonawy smak w tej jednej, jedynej chwili, zdawał się być najwspanialszym
ze wszystkich. Pragnęła go ze wszystkich sił, marzyła o nim każda jej kończyna,
a dreszcz przechodził po plecach, jakby wtulona w jej ciało postać, przesyłała energię.
Dłonie szarpiące wcześniej włosy, obsunęły się niżej i otuliły szyję swym
ciepłem i wówczas była pewna, że może mu ufać, że nigdy jej nie skrzywdzi.
Mógł zrobić wszystko, co tylko zechce, byleby zostać tam jak najdłużej.
Ciemność
sprawiała, że kontury ich twarzy się rozmyły, nie mogli siebie zobaczyć, mogli
tylko poczuć. Zapach stawał się coraz intensywniejszy, uderzał do jej głowy
tworząc zamęt; nigdy nie sądziła, że tak bardzo uzależni ją gorzka woń tytoniu
i tych pospolitych perfum.
Czuła
ręce na swej nagiej skórze, czuła oddech palący ją w policzek, zanikający co
jakąś chwilę, aby wlać się do wnętrza jej ust…
Potem było zbyt zimno, by wyjść na
zewnątrz, zbyt zimno w porównaniu z tamtą chwilą. Na jej ramionach,
spoczął ciężar grubej kurtki, pozwalając dziewczynie zachować resztkę Jego
ciepła, ulatniającą się powoli z jej ciała.
Pragnęła
go nadal, pragnęła z całych sił, i chociaż stał tuż obok, czuła jak się oddala,
jak wszystko powoli traci smak i barwy. Świat był tak boleśnie szary, w
porównaniu z kolorem jego dotyku…
Raz
jeszcze, ten ostatni raz, słodycz powróciła na jej usta, rozpływając się na
podniebieniu. Wsiąknęła głęboko w jej wargi, jako żywa pamiątka, to wspomnienie
ostatnich godzin.
Ramiona
rozluźniły uścisk, dwa kroki w tył.
Nim
się obejrzała, i Jego cień zniknął, wraz
z przemijającymi cieniami nocy. Broniąc się zawzięcie przed potrzebą zawołania
za nim, puszczenia się biegiem w jego kierunku, uciekła w swoją stronę,
pozwalając sobie zachować jedynie nadzieję, że już jutro znów go zobaczy…
Nie zjawił się więcej, jakby był
jedynie snem.
Pozostawił
jej serce czekające w napięciu, dławiące w sobie bolesną tęsknotę. Wierzyła bez
przerwy, wmawiała sobie, że zależy jej na niej, nie tylko na tamtym wieczorze,
nie tylko na chwili.
Tyle
dni spędzonych razem, zdawało się być odległą przeszłością, skrawkiem jakiegoś
listu, którego już nigdy nie będzie się dało odczytać. Wszystko to istniało
tylko na potrzebę jednej chwili, jednej iskry, która dla niej miała dać
początek ogniu, ale dla niego od początku była tylko słabym lśnieniem…
Co
wieczór wracała w to samo miejsce, usiłując przywołać do swych ust tę
pogrzebaną w nich pamiątkę, starając się wyśnić go naprzeciwko siebie.
Oszukał
ją.
Okłamał,
dając poczucie bezpieczeństwa, otulając jej ramiona tą kurtką, której
powierzchnię znała na pamięć, śledziła uważnie każdy centymetr, gdy wodziła
palcami po jej poszarpanej tkaninie.
Wierzyła
wówczas, że pragnie jej tak samo, że pragnie jej na zawsze. Usta wciśnięte
głęboko w jej szyję, ostrość zamknięta wokół skrawka jej skóry…wszystko to
było pięknym kłamstwem, złudzeniem, które wmawiała sobie, że są szczerą
obietnicą.
Udowodnij,
że mnie kochasz.
Pokaż
mi, że ci zależy.
Walcz
o mnie, nie pozwól mi odejść…
Nigdy nie pozwoliła mu odejść.
Zbyt
głęboko wniknął w jej serce. Nigdy nie zrobiła niczego, o co nie prosił, prócz
tej miłości. Ona zaistniała sama, nie pytając nikogo o zdanie.
I
zdawało się być tak oczywiste, tak proste, że zaistniała po obu stronach
równocześnie…jednak stali po przeciwnych końcach tego świata, a pomiędzy nimi
rozrastała się przepaść, ziejąca czernią.
Budowała
dla niego mosty, każdego dnia dokładając po jednym szczeblu, wspierając się na
zaufaniu, jakim go darzyła…a tymczasem wystarczyło ledwie parę dni, by
spostrzegła, że przeceniła owo zaufanie. On sam, od początku burzył konstrukcje
jej nadziei.
Z
każdym kolejnym krokiem w ciemność, niszczył wszystkie starannie umacniane
mosty.
Niebo przybrało barwę niemal czarną,
gdy wstała, przerzucając kurtkę przez ramię.
Ramię,
w które jeszcze wczoraj wtulał swoje usta, nosem muskając szyję. Zjawił się
w jej życiu tylko po to, aby wynieść z niego cały sens.
Potykając
się z ciemności, szła szybkim krokiem w dół pagórka, porośniętego drzewami.
Dlaczego wciąż pragnie, dlaczego wciąż na niego czeka…?
Dlaczego
oczy z utęsknieniem nie poddają się i wciąż nadaremnie szukają go pośród
krzewów, widocznego na tle czerni?
Pokaż,
że mnie kochasz.
Pokaż,
jak bardzo ci zależy.
Wszystko
było tylko fikcją. Tylko bajką, którą sama sobie opowiadała co wieczór,
wspominając chwile przy nim. Mogła dziś obwiniać tylko siebie, za swą głupotę
i tę wiarę, w to, że uczucia istnieją po obu stronach.
Od
życia nie można tyle wymagać.
Nie
można oczekiwać, że wraz z tysiącem pocałunków, przyjdzie także i skurcz w
żołądku, na widok drugiej osoby, że serce zacznie bić szybciej, gdy tylko się
zbliży.
Nie
można pragnąć kogoś tak mocno i jednocześnie mieć go na własność.
Ściskając odzienie w ręce,
przysunęła je do piersi, pozwalając opaść nań kolejnym łzom. Minęła ulicę, na
której znajdował się jej dom, minęła rzędy sklepów, pędząc przed siebie i
niemal nic nie widząc.
Chwiejnym
krokiem skierowała się w stronę rzeki, która lśniła blado w blasku księżyca.
Otarła policzek wierzchem dłoni i wzięła głęboki wdech, widząc w oddali
metalową konstrukcję. Stary, nieużywany most, gdzie poczuła go tak blisko po
raz ostatni, gdzie zostawił ją samą pośród ciemności.
Czuła
wówczas, że odnajdzie go ponownie, że jeszcze tej samej nocy znajdzie jego
dłonie za swoimi plecami, czekające, aż wpadnie w jego ramiona.
Nie
było go. Nie było niczego, prócz ciemnozielonej kurtki przylegającej do jej
pleców, co świadczyłoby o jego istnieniu. Smak uciekał z jej ust, odchodziło
ciepło z jej policzków…
Wspięła
się po metalowych stopniach na górę, gdzie opierając się ręką o jeden ze
szczebli, zarzuciła na siebie tę ciężką woń papierosów i perfum.
Dosięgła
wyższej poręczy i weszła na nią, czując jak mróz szczypie ją w zmarznięte
palce, i jak pali roztrzęsione dłonie. Usta zadrgały, gdy spojrzała w dół,
na falującą powierzchnię wody.
Całe
jej życie odeszło, całe jej szczęście zniknęło.
Skurcz
gardła wykrzywił jej usta, zaszlochała na głos, a wiatr rozwiał jej włosy i
odsłonił twarz. Zaciskała dłoń na poręczy, jakby zrosła się z nią na
zawsze.
Wszystkie
uczucia, jakie tylko mogła komuś ofiarować, wszystkie przelała na niego, nie
zostało w niej już zupełnie nic…
Zacisnęła
powieki, gdy jedna z nóg się obsunęła i dziewczyna poślizgnęła się, tracąc
równowagę.
Wypadła
na drugą stronę bariery, po chwili zderzając się z lodowatą głębią. Woda
wypełniła jej płuca, otaczając prawie skamieniałe z zimna serce. Fale
pochłonęły ciało, gdy ciężar kurtki pchnął je w stronę dna. Zapach
rozpłynął się w rzece, a łzy zmieszały się z jej resztą.
Gdyby
choć jej szukał, gdyby chociaż próbował ją odzyskać…
Gdyby
wiedział, jak bardzo pragnęła choć jednego jego spojrzenia…jedynej szansy, na
to, by ta iskierka mogła zapłonąć…
Powierzchnia wody zamknęła się nad
nią, gdy tonęła. Fale wyrzuciły na brzeg jej jedyne wspomnienie, uwalniając od
tej strasznej tęsknoty i pustki. Nie spotkała już bólu, po tamtej stronie.
Znalazła
swe schronienie, poza Jego ramionami...
Vuohi