poniedziałek, 10 marca 2014

Desiderans

Słońce wysyłało ostatnie promienie ku umierającej jesienią ziemi. Barwy żółci, brązu i złota, opuszczały powoli marznące drzewa; cały świat wokół chylił się ku zimie.
Serce skulonej pod jednym z dębów postaci, także zdawało się stawać kawałkiem lodu. Biło cicho i powoli, niczym odpoczywający po długiej, wyczerpującej walce bohater, który jednak przegrał.
Potargane, jasne włosy, spoczywały na ramionach dziewczyny, która trzymała w ręce małe zawiniątko. Co chwila unosiła je do ust i starając się poczuć znów jego zapach, wciągała go ze wszystkich sił, a z każdym kolejnym wdechem, na jej policzki wypływały kolejne, gorące łzy.
Zaciskała palce na kurtce, błagając w duchu, by jej właściciel choć na jedną chwilę, znów stał się materialny. Choćby na parę sekund, by tylko był obok, by znów przybrał swój dawny kształt i otoczył ją ramieniem, by zabrał z tamtego miejsca.
Kurtka miała kolor zgniłej zieleni, nieco przetarta na łokciach i rozpruta przy kieszeniach. Pachniała dosyć specyficznie; ostra woń papierosów, przeplatała się z męskimi perfumami. Jednymi z tych perfum, których używa większość rówieśników, ale na każdym z osobna, tworzą inną, wyjątkową woń.
Dziewczyna podciągnęła kolana pod brodę, raz jeszcze przyciskając do siebie materiał, wierząc, iż każde jej uderzenie serca, może nadać mu choć odrobinę ciepła, która sprawi wrażenie używanej przed chwilą, jakby dopiero co wręczył jej to ubranie.
Pragnęła wierzyć, pragnęła mieć nadzieję, że jakimś cudem czas się cofnie i da jej jeszcze jedną szansę, lub chociaż jakiś znak, co ma zrobić teraz, dzisiaj, gdy wszystko już zdaje się być stracone i przegrane…
Przygryzała dolną wargę, za każdym razem wbijając zęby coraz głębiej, zatapiając je we własnych ustach. Ból zewnętrzny przestał istnieć; wszystko skupiło się na wnętrzu, gdzie jakaś nieznana dotąd siła, z niewyobrażalną mocą rozdzierała jej serce…tak gwałtownie, raz za razem, a jednak na tyle powoli, by nie miała choć chwili wytchnienia, by nie mogła zapomnieć o tym bólu ani na sekundę.
Cisza i ciemność, rosnące dookoła, przynosiły ze sobą kolejne podmuchy wiatru, coraz silniejsze. Zdawały się szeptać, nawoływać dziewczynę, by uciekła z tamtego miejsca.
Tu już nic się nie wydarzy, odejdź stąd nim zamarzniesz…
Wielki, stary dąb, zatrzeszczał głośno, ponaglając swym pomrukiem przyciśniętą doń postać. Wsparta o korzeń, trzęsła się z zimna, za nic jednak nie chcąc wstać na nogi.
            Jeszcze parę dni temu, był tutaj z nią. Jeszcze wtedy była pewna, że wie o nim wszystko, że jest godzien tego, by wierzyła w każde słowo…nawet nie poparte czynem. Skąd mogła się spodziewać, że wszystko, co tak bardzo kochała…że jedyna osoba, która cokolwiek dla niej znaczyła, ma serce z kamienia?
Na cóż były te wszystkie obietnice i gesty…
Nienawiść przeplatała się z tęsknotą i pragnieniem. Nie chce go, nienawidzi, ale nie może żyć bez niego, nie może przestać kochać…Człowiek nie może pstryknięciem palców, wyłączyć wszystkich swoich uczuć. Nie może zapomnieć.
Ciemnozielony skrawek postaci, którą znała, był wszystkim, co mogła teraz mieć na własność. Łudziła się przez tyle czasu, że może mieć o wiele więcej…tak naprawdę nigdy nie mając nic.
Zadrżała po raz kolejny na jego cierpkie wspomnienie, niegdyś tak słodkie i realne.
            Poczuła palce, wplecione w swoje włosy z tyłu głowy oraz wbijające się w nią coraz głębiej usta. Maleńkie ukłucie gdzieś w brzuchu i rozkołysane serce, nad którym nigdy nie potrafiła panować.
Słodki, ale też nieco słonawy smak w tej jednej, jedynej chwili, zdawał się być najwspanialszym ze wszystkich. Pragnęła go ze wszystkich sił, marzyła o nim każda jej kończyna, a dreszcz przechodził po plecach, jakby wtulona w jej ciało postać, przesyłała energię. Dłonie szarpiące wcześniej włosy, obsunęły się niżej i otuliły szyję swym ciepłem i wówczas była pewna, że może mu ufać, że nigdy jej nie skrzywdzi. Mógł zrobić wszystko, co tylko zechce, byleby zostać tam jak najdłużej.
Ciemność sprawiała, że kontury ich twarzy się rozmyły, nie mogli siebie zobaczyć, mogli tylko poczuć. Zapach stawał się coraz intensywniejszy, uderzał do jej głowy tworząc zamęt; nigdy nie sądziła, że tak bardzo uzależni ją gorzka woń tytoniu i tych pospolitych perfum.
Czuła ręce na swej nagiej skórze, czuła oddech palący ją w policzek, zanikający co jakąś chwilę, aby wlać się do wnętrza jej ust…
            Potem było zbyt zimno, by wyjść na zewnątrz, zbyt zimno w porównaniu z tamtą chwilą. Na jej ramionach, spoczął ciężar grubej kurtki, pozwalając dziewczynie zachować resztkę Jego ciepła, ulatniającą się powoli z jej ciała.
Pragnęła go nadal, pragnęła z całych sił, i chociaż stał tuż obok, czuła jak się oddala, jak wszystko powoli traci smak i barwy. Świat był tak boleśnie szary, w porównaniu z kolorem jego dotyku…
Raz jeszcze, ten ostatni raz, słodycz powróciła na jej usta, rozpływając się na podniebieniu. Wsiąknęła głęboko w jej wargi, jako żywa pamiątka, to wspomnienie ostatnich godzin.
Ramiona rozluźniły uścisk, dwa kroki w tył.
Nim  się obejrzała, i Jego cień zniknął, wraz z przemijającymi cieniami nocy. Broniąc się zawzięcie przed potrzebą zawołania za nim, puszczenia się biegiem w jego kierunku, uciekła w swoją stronę, pozwalając sobie zachować jedynie nadzieję, że już jutro znów go zobaczy…
            Nie zjawił się więcej, jakby był jedynie snem.
Pozostawił jej serce czekające w napięciu, dławiące w sobie bolesną tęsknotę. Wierzyła bez przerwy, wmawiała sobie, że zależy jej na niej, nie tylko na tamtym wieczorze, nie tylko na chwili.
Tyle dni spędzonych razem, zdawało się być odległą przeszłością, skrawkiem jakiegoś listu, którego już nigdy nie będzie się dało odczytać. Wszystko to istniało tylko na potrzebę jednej chwili, jednej iskry, która dla niej miała dać początek ogniu, ale dla niego od początku była tylko słabym lśnieniem…
Co wieczór wracała w to samo miejsce, usiłując przywołać do swych ust tę pogrzebaną w nich pamiątkę, starając się wyśnić go naprzeciwko siebie.
Oszukał ją.
Okłamał, dając poczucie bezpieczeństwa, otulając jej ramiona tą kurtką, której powierzchnię znała na pamięć, śledziła uważnie każdy centymetr, gdy wodziła palcami po jej poszarpanej tkaninie.
Wierzyła wówczas, że pragnie jej tak samo, że pragnie jej na zawsze. Usta wciśnięte głęboko w jej szyję, ostrość zamknięta wokół skrawka jej skóry…wszystko to było pięknym kłamstwem, złudzeniem, które wmawiała sobie, że są szczerą obietnicą.
Udowodnij, że mnie kochasz.
Pokaż mi, że ci zależy.
Walcz o mnie, nie pozwól mi odejść…
            Nigdy nie pozwoliła mu odejść.
Zbyt głęboko wniknął w jej serce. Nigdy nie zrobiła niczego, o co nie prosił, prócz tej miłości. Ona zaistniała sama, nie pytając nikogo o zdanie.
I zdawało się być tak oczywiste, tak proste, że zaistniała po obu stronach równocześnie…jednak stali po przeciwnych końcach tego świata, a pomiędzy nimi rozrastała się przepaść, ziejąca czernią.
Budowała dla niego mosty, każdego dnia dokładając po jednym szczeblu, wspierając się na zaufaniu, jakim go darzyła…a tymczasem wystarczyło ledwie parę dni, by spostrzegła, że przeceniła owo zaufanie. On sam, od początku burzył konstrukcje jej nadziei.
Z każdym kolejnym krokiem w ciemność, niszczył wszystkie starannie umacniane mosty.
            Niebo przybrało barwę niemal czarną, gdy wstała, przerzucając kurtkę przez ramię.
Ramię, w które jeszcze wczoraj wtulał swoje usta, nosem muskając szyję. Zjawił się w jej życiu tylko po to, aby wynieść z niego cały sens.
Potykając się z ciemności, szła szybkim krokiem w dół pagórka, porośniętego drzewami. Dlaczego wciąż pragnie, dlaczego wciąż na niego czeka…?
Dlaczego oczy z utęsknieniem nie poddają się i wciąż nadaremnie szukają go pośród krzewów, widocznego na tle czerni?
Pokaż, że mnie kochasz.
Pokaż, jak bardzo ci zależy.
Wszystko było tylko fikcją. Tylko bajką, którą sama sobie opowiadała co wieczór, wspominając chwile przy nim. Mogła dziś obwiniać tylko siebie, za swą głupotę i tę wiarę, w to, że uczucia istnieją po obu stronach.
Od życia nie można tyle wymagać.
Nie można oczekiwać, że wraz z tysiącem pocałunków, przyjdzie także i skurcz w żołądku, na widok drugiej osoby, że serce zacznie bić szybciej, gdy tylko się zbliży.
Nie można pragnąć kogoś tak mocno i jednocześnie mieć go na własność.
            Ściskając odzienie w ręce, przysunęła je do piersi, pozwalając opaść nań kolejnym łzom. Minęła ulicę, na której znajdował się jej dom, minęła rzędy sklepów, pędząc przed siebie i niemal nic nie widząc.
Chwiejnym krokiem skierowała się w stronę rzeki, która lśniła blado w blasku księżyca. Otarła policzek wierzchem dłoni i wzięła głęboki wdech, widząc w oddali metalową konstrukcję. Stary, nieużywany most, gdzie poczuła go tak blisko po raz ostatni, gdzie zostawił ją samą pośród ciemności.
Czuła wówczas, że odnajdzie go ponownie, że jeszcze tej samej nocy znajdzie jego dłonie za swoimi plecami, czekające, aż wpadnie w jego ramiona.
Nie było go. Nie było niczego, prócz ciemnozielonej kurtki przylegającej do jej pleców, co świadczyłoby o jego istnieniu. Smak uciekał z jej ust, odchodziło ciepło z jej policzków…
Wspięła się po metalowych stopniach na górę, gdzie opierając się ręką o jeden ze szczebli, zarzuciła na siebie tę ciężką woń papierosów i perfum.
Dosięgła wyższej poręczy i weszła na nią, czując jak mróz szczypie ją w zmarznięte palce, i jak pali roztrzęsione dłonie. Usta zadrgały, gdy spojrzała w dół, na falującą powierzchnię wody.
Całe jej życie odeszło, całe jej szczęście zniknęło.
Skurcz gardła wykrzywił jej usta, zaszlochała na głos, a wiatr rozwiał jej włosy i odsłonił twarz. Zaciskała dłoń na poręczy, jakby zrosła się z nią na zawsze.
Wszystkie uczucia, jakie tylko mogła komuś ofiarować, wszystkie przelała na niego, nie zostało w niej już zupełnie nic…
Zacisnęła powieki, gdy jedna z nóg się obsunęła i dziewczyna poślizgnęła się, tracąc równowagę.
Wypadła na drugą stronę bariery, po chwili zderzając się z lodowatą głębią. Woda wypełniła jej płuca, otaczając prawie skamieniałe z zimna serce. Fale pochłonęły ciało, gdy ciężar kurtki pchnął je w stronę dna. Zapach rozpłynął się w rzece, a łzy zmieszały się z jej resztą.
Gdyby choć jej szukał, gdyby chociaż próbował ją odzyskać…
Gdyby wiedział, jak bardzo pragnęła choć jednego jego spojrzenia…jedynej szansy, na to, by ta iskierka mogła zapłonąć…
            Powierzchnia wody zamknęła się nad nią, gdy tonęła. Fale wyrzuciły na brzeg jej jedyne wspomnienie, uwalniając od tej strasznej tęsknoty i pustki. Nie spotkała już bólu, po tamtej stronie.

Znalazła swe schronienie, poza Jego ramionami...



Vuohi

poniedziałek, 3 marca 2014

Blindfold

Ślepo idę przed siebie,
Ślepo podążam za Tobą, moja miłości
Nie zawiedź mnie serce, nie zawiedź
Już nieraz poznałam smak goryczy

Ślepo Ciebie szukam,
Nawołuję w ciemności i ciszy
Echem mój głos po ścianach się niesie
Po skalistym wnętrzu tej zamkniętej przestrzeni

Nie widząc, nie słysząc, Ciebie pragnę, moje serce
Nie zostawiaj mnie samej, nie zawiedź już więcej
Ufam Ci ślepo, idę w ciszy do Ciebie
Wyciągnij ramiona i przytul do siebie

Chwyć mnie za rękę i prowadź przez ciemność
Daj mi nadzieję, pomaluj szarą codzienność
Moja miłości, moje zaklęcie
Tyle lat Cię szukać i znaleźć nareszcie...

Ślepo idę przed siebie,
Ślepo szukam Twych ramion po omacku
Nie zwódź mnie więcej, nie zwódź mnie, serce
Biegnę w ciszy do Ciebie wytrwale

Potykam się, ranię, upadam i spadam
O dno się otarłam, ze śmiercią minęłam
Nie zawiedź mnie proszę, na kolanach błagam
Złap mnie tym razem, gdy w przepaść znów spadam

Nie pozwól się rozbić mym myślom o kamień
Nie wydaj mnie w zamian za łzy i boleści
Ślepo do Ciebie biegłam przez lata;
Ufałam, upadłam, lecz nadal Ci wierzę!

Daj mi tę jedną, ostatnią szansę
Widzisz, jak ślepo za Tobą podążam?
Zdejmij z mych oczu tę łez przepaskę
Ufam Ci, ufam, nie zawiedź mnie, serce...

Daj mi skosztować miłości raz jeszcze


Vuohi