piątek, 19 września 2014

Nie ma miłości

Nie ma miłości ani trochę
Ani cienia jej nie dostrzegam
Ocierając się o nią po drodze
Coraz dalej nieświadomie uciekam

Nie ma róż rzuconych na drogę
Ani miękkich płatków, ani pąków kwitnących
Unosi się zapach tych zgniłych kwiatów
A pod nogami kolce, kolce i kolce…

Bronię zawzięcie dóbr mi najbliższych
Gdy najważniejsze umyka przez palce
Dławię się ziemią tak bliską mym snom
Nie mając odwagi wyciągnąć choć dłoń

Ku marzeniom wiszącym nad moją skronią
Karmię się piachem, połykam kamienie
Gdy w górze kwitną poza mym spojrzeniem
Jabłka, czereśnie i wiśnie

Skąpane w czerwieni odcieniach
Skąpane w czerwieni odważnej
Ja w starych swych tonę wspomnieniach
I ziemią się dławię, dławię i dławię…

Nie ma miłości ani trochę
Nic nie może do snu mnie utulić
I nikt mnie w swych ramionach nie zamknie
Gdy ten jeden raz chcę swoją mieć klatkę;

Dom złoty, drzwi na klucz zamknięte
Z czerwienią wokoło kwitnącą
Wzniesiony na bladym obłoku,
Gdzie ziemi, gdzie gruntu nie sięgnę…

Lecz nie ma miłości ni trochę.
Ja w szarych tu barwach rdzewieję
Bojąc się wzrok podnieść ku górze
Przetartą porzucam nadzieję

I tylko kolce, kolce i kolce…
Kaleczę stopy, na ziemię upadam
Wówczas zwracam się twarzą ku niebu;
Marzenia, te wiśnie kwitnące…

Ich czerwień na zawsze przepada



Vuohi

środa, 10 września 2014

Znam Ją.

Rozpoznałam Ją pośród tłumu.

Ubrana jak zwykle, na czarno, z akcentem bieli na szyi i nadgarstku.

Trzymała w ręce dobrze znany mi przedmiot:

Zeszyt do nut. Pusty.

 

Nie musiała go otwierać, bym wiedziała, co jest w środku. Było tam dokładnie to samo, co na dnie Jej bladych, cichych oczu:

Nic.

 

Zaciśnięte usta, włosy spięte w ciasny kok, z którego jeden luźny kosmyk opadał na czoło.

Po obu stronach białej twarzy, ciągnął się ledwo widoczny ślad, coś jakby przedłużenie linii ust.

Blizna, po zaszytym dawno uśmiechu.

 

Udawałam wciąż, że Jej nie widzę, kątem oka łakomie obserwując każdy szczegół.

Nic się w Niej nie zmieniło, ani odrobinę. Ona także starała się unikać mojego wzroku.

Mimo, że prawie nigdy nie otwierała ust, potrafiła sprawić, że wszystko wokół nagle milkło.

Jarzeniówka zamigotała z niepokojem nad Jej głową, jednocześnie wabiąc moje spojrzenie.

 

I nasze oczy spotkały się na chwilę:

Poczułam odłamki lodu wbijające się w źrenice. Wstrzymałam oddech i cofnęłam się o krok, ale było już za późno, by uciec. Jej chłód zacisnął dłonie na mych ramionach, wciskając swe pazury w mą skórę.

 

W momencie cały świat zwolnił i przestał szumieć. W jednej chwili cały kolor odszedł ode mnie i wyblakło dosłownie wszystko.

A Ona stała teraz ze mną twarzą w twarz, z iskierkami gniewu w oczach.

Oślepiała mnie tym spojrzeniem, mroziła mi powieki i przekłuwała policzki, by je również uczynić tak niewzruszonymi, jak Jej.

 

- Moja Samotności…

Chyba trochę mi Ciebie szkoda.

I trochę żal mi też siebie…

 

Skostniałaś, tak i ja teraz skostnieję.

Nie mogłam się od Ciebie uwolnić.

I w moim gardle, jak i w Twoim, krzyk ugrzęźnie -

pozostanie tylko cisza.

I może jakiś strach, malujący się za którymś z naszych oczu.

 

Tylko Ty wiesz, i tylko ja wiem, o naszej cichej tajemnicy:

Mrok pożreć umie śmiejące się oczy,

A „wśród tłumu, jest się także samotnym”…


Vuohi, 10.09.14