Poczułam ostatnio Twój zapach na czarnym swetrze rzuconym byle gdzie i przypomniałam sobie na moment, jak to jest...tęsknić za kimś tak mocno, że woń jego skóry zdaje się na zmianę wypełniać całą przestrzeń wokół i znikać bez śladu tak, że nigdzie nie można się jej doszukać.
Przypomniałam sobie na chwilę, jak to jest nie móc mieć kogoś na co dzień. Jak to jest boleśnie odczuwać lodowatą pustkę zajmującą drugą połowę łóżka, a jednocześnie czuć, że od środka calutkie ciało, od stóp do głów, przepełnione jest czyjąś obecnością...
I doceniłam po raz kolejny ten bałagan, który zostawiasz wychodząc rankiem, w którym Twój zapach śpi jeszcze przez jakiś czas. Doceniłam rzeczy, które stoją na półkach, i które mogę dotknąć, by poczuć choć na parę sekund ciepło Twoich dłoni wyobrażając sobie, że to Ty trzymasz właśnie ten futerał na okulary, tę książkę czy ten krem...cokolwiek, co tutaj przyniosłeś.
Codziennie wyczekuję niedzieli, w którą nie musimy wcześnie wstawać, albo wolnej soboty lub święta, kiedy śniadanie smakuje najlepiej i czuję się najszczęśliwsza, trzymając Cię za rękę przy stole, na którym stygnie jajecznica. Wyczekuję, a to daje mi siłę, by przepracowywać pozostałe sześć dni, by się nie wysypiać i jeść byle co, by wychodzić na mróz czy na ulewę, by żyć życiem jakimkolwiek, z nadzieją na życie przy Tobie.
Choć przygniata raz słabiej, a raz mocniej, ciężar spraw nierozwiązanych, tęsknot i wspomnień poplątanych, koszmarów...widzę Twoją twarz przed pójściem spać, i gdy się budzę, a to...koi, koi rozedrgane serce moje za każdym razem.
I przeżywam od nowa, jak zapętlona, wszystko co przeminęło, odtwarzam i wyolbrzymiam, i biorę do siebie za dużo, za dużo wymagam od siebie, od świata, od Ciebie, ale...
Krzyczę i śmieję się, i płaczę i nie mogę zasnąć, nie przestaję tańczyć i tupać, choć minęła dwudziesta druga, robię głupstwa i głupie miny, boję się i szaleję, i boję się, że oszaleję, ale...
Ty ciągle jesteś...
Jesteś przy mnie i...k o c h a s z.
I ja też k o c h a m.
Mimo wszystko.
I choć wszystko nieraz zdaje się być bez sensu...sens odnajdujemy w sobie.
Poczułam ostatnio Twój zapach na czarnym swetrze rzuconym byle gdzie i przypomniałam sobie swój lęk z ubiegłej nocy, którego nie stłumiłeś, lecz przyjąłeś na siebie; utuliłeś go wraz ze mną, pojąłeś i...uspokoiłeś...
I doceniłam po raz kolejny tę cichą pieśń naszych oddechów, rozbrzmiewającą gdy przyciskasz mnie do siebie. Doceniłam Twoje ciepło wokół i możliwość wciśnięcia nosa w Twój obojczyk i poczucia bicia serca. Twoje oczy patrzące z troską i zrozumieniem i Twoje palce przesuwające kosmyk włosów z mego czoła za ucho, i Twoje usta całujące skroń na dobranoc.
Pamiętam, jak to jest nie wiedzieć, dokąd iść, ani nie znać miejsca, które można nazwać swoim Domem. Dlatego doceniam Dom, jaki tworzą nasze marzenia, ręce i serca. Dlatego doceniam Rodzinę, jaką dla mnie jesteś. I teraz jesteś Wszystkim.
A czasami czuję, że tęsknię, choć oddalony jesteś zaledwie na odległość ręki, czuję, że tęsknię, choć oddalony jesteś zaledwie na szerokość dłoni, czuję...że wniknąć w Ciebie muszę, by ukoić strach o Ciebie.
Chciałabym stać się cieniem Twoim, spojrzeniem i uśmiechem, drgnięciem ciała, myślą, chciałabym zostać wchłonięta przez miękkość Twojej skóry, przez gładkość policzka i wniknąć w zagłębienia dłoni...byleby być zawsze z Tobą, najbliżej jak się da...
Być bałaganem Twoim poukładanym, zapachem, który na swetrze później zostanie.
Vuohi, 1/2.05.17
00:19
Przypomniałam sobie na chwilę, jak to jest nie móc mieć kogoś na co dzień. Jak to jest boleśnie odczuwać lodowatą pustkę zajmującą drugą połowę łóżka, a jednocześnie czuć, że od środka calutkie ciało, od stóp do głów, przepełnione jest czyjąś obecnością...
I doceniłam po raz kolejny ten bałagan, który zostawiasz wychodząc rankiem, w którym Twój zapach śpi jeszcze przez jakiś czas. Doceniłam rzeczy, które stoją na półkach, i które mogę dotknąć, by poczuć choć na parę sekund ciepło Twoich dłoni wyobrażając sobie, że to Ty trzymasz właśnie ten futerał na okulary, tę książkę czy ten krem...cokolwiek, co tutaj przyniosłeś.
Codziennie wyczekuję niedzieli, w którą nie musimy wcześnie wstawać, albo wolnej soboty lub święta, kiedy śniadanie smakuje najlepiej i czuję się najszczęśliwsza, trzymając Cię za rękę przy stole, na którym stygnie jajecznica. Wyczekuję, a to daje mi siłę, by przepracowywać pozostałe sześć dni, by się nie wysypiać i jeść byle co, by wychodzić na mróz czy na ulewę, by żyć życiem jakimkolwiek, z nadzieją na życie przy Tobie.
Choć przygniata raz słabiej, a raz mocniej, ciężar spraw nierozwiązanych, tęsknot i wspomnień poplątanych, koszmarów...widzę Twoją twarz przed pójściem spać, i gdy się budzę, a to...koi, koi rozedrgane serce moje za każdym razem.
I przeżywam od nowa, jak zapętlona, wszystko co przeminęło, odtwarzam i wyolbrzymiam, i biorę do siebie za dużo, za dużo wymagam od siebie, od świata, od Ciebie, ale...
Krzyczę i śmieję się, i płaczę i nie mogę zasnąć, nie przestaję tańczyć i tupać, choć minęła dwudziesta druga, robię głupstwa i głupie miny, boję się i szaleję, i boję się, że oszaleję, ale...
Ty ciągle jesteś...
Jesteś przy mnie i...k o c h a s z.
I ja też k o c h a m.
Mimo wszystko.
I choć wszystko nieraz zdaje się być bez sensu...sens odnajdujemy w sobie.
Poczułam ostatnio Twój zapach na czarnym swetrze rzuconym byle gdzie i przypomniałam sobie swój lęk z ubiegłej nocy, którego nie stłumiłeś, lecz przyjąłeś na siebie; utuliłeś go wraz ze mną, pojąłeś i...uspokoiłeś...
I doceniłam po raz kolejny tę cichą pieśń naszych oddechów, rozbrzmiewającą gdy przyciskasz mnie do siebie. Doceniłam Twoje ciepło wokół i możliwość wciśnięcia nosa w Twój obojczyk i poczucia bicia serca. Twoje oczy patrzące z troską i zrozumieniem i Twoje palce przesuwające kosmyk włosów z mego czoła za ucho, i Twoje usta całujące skroń na dobranoc.
Pamiętam, jak to jest nie wiedzieć, dokąd iść, ani nie znać miejsca, które można nazwać swoim Domem. Dlatego doceniam Dom, jaki tworzą nasze marzenia, ręce i serca. Dlatego doceniam Rodzinę, jaką dla mnie jesteś. I teraz jesteś Wszystkim.
A czasami czuję, że tęsknię, choć oddalony jesteś zaledwie na odległość ręki, czuję, że tęsknię, choć oddalony jesteś zaledwie na szerokość dłoni, czuję...że wniknąć w Ciebie muszę, by ukoić strach o Ciebie.
Chciałabym stać się cieniem Twoim, spojrzeniem i uśmiechem, drgnięciem ciała, myślą, chciałabym zostać wchłonięta przez miękkość Twojej skóry, przez gładkość policzka i wniknąć w zagłębienia dłoni...byleby być zawsze z Tobą, najbliżej jak się da...
Być bałaganem Twoim poukładanym, zapachem, który na swetrze później zostanie.
Vuohi, 1/2.05.17
00:19