czwartek, 19 października 2017

Dłonie


            Przez szczelinę między ramą okna a żaluzją wkrada się promień słońca. Złote pasmo przecina lewą połowę mojej twarzy, rażąc mnie w oko. Budzę się. Jest prawie dziesiąta. Poduszka i otaczająca mnie kołdra są gorące, lecz na policzkach czuję chłód powietrza wypełniającego pokój. Podnoszę się i mrużąc oczy podciągam żaluzje do samej góry. Nim udaje mi się zejść z łóżka, podbiega do mnie Kulka – mój mały, grubiutki pies – ma jasną, prawie białą sierść. Merda ogonem i podskakuje, by oprzeć łapy o moje nogi, a wówczas ja głaszczę ją po łbie. Towarzyszy mi, kiedy po chwili krzątam się po kuchni. Nastawiam wodę na herbatę, smaruję chleb masłem, a przy okazji podrzucam jej kawałek szynki.
Obserwujemy, jak wrzucona do wrzątku torebka zabarwia wodę na brązowo.
Słońce prześwietla szklankę czyniąc herbatę prawie złotym napojem.
Nie wychodziłem z domu od tygodnia, nie licząc krótkich spacerów z psem, bo za oknem ciągle lało - niebo było dołująco szare i ciemne.  Na szczęście moja praca pozwala mi załatwiać wszystkie sprawy zdalnie, przez komputer.
Rodzice odwiedzili mnie cztery dni temu, przynosząc zakupy. Mam wrażenie, że nadal nie potrafią się pogodzić z tym, że chcę mieszkać sam. Że w końcu chciałbym się usamodzielnić, i że nie można za mnie robić wszystkiego. Choć zawsze ciężko było mi znaleźć z nimi wspólny język, wiem, że mnie kochają i wszystko co robią, wynika z troski. Chciałbym jednak, by zrozumieli, że można troszczyć się o kogoś nawet wtedy, gdy się z nim nie mieszka…
Kulka wydaje się wyjątkowo radosna – siedzi naprzeciwko mnie z wystawionym językiem. Może wyczuła, że w związku z lepszą pogodą czeka nas dzisiaj dłuższy spacer. Nie chcąc jej odebrać tej nadziei, powoli zbieram się do wyjścia.
Termometr wskazuje szesnaście stopni. Wciągam na siebie czarny płaszcz i poprawiam kołnierz stojąc przed lustrem. Przez tych parę dni znacznie odrosła mi broda, a włosy na głowie wydają się sterczeć na wszystkie strony, ale przecież nie ma co się szykować na zwykły spacer z psem. Zapinam Kulce obrożę i wypełzamy z mieszkania, schodzimy dwa piętra niżej i wkrótce uderza w nas chłodny wiatr, napierający na drzwi od klatki.
Jest pięknie – czerwone, brązowe i pożółkłe liście drzew lśnią w słońcu.
Kierujemy się prostą drogą do parku, w którym pozwalam Kulce biegać dokąd tylko zechce. Śmieję się, gdy przynosi mi w pysku obłocony patyk, a sierść na łapach i wokół jej pyszczka jest upaprana i mokra. Rzucam gałąź raz za razem, idąc asfaltową alejką pośród drzew. W powietrzu unosi się woń wilgotnych liści i zgnilizny. Przystaję na moment, gdy przełamuje ją jakiś inny zapach.
Na ławce po mojej prawej stronie, siedzi młoda kobieta opatulona grubym szalem po sam nos. Ma na sobie ciemnozielony płaszcz i czarne spodnie pobrudzone błotem. Rozgląda się wokół, a jej perfumy rozpływają się w przestrzeni pomiędzy nami za każdym razem, gdy wiatr porusza jej włosy. Po chwili podbiega do niej niewielki, czarny pies i liże jej piękne, jasne dłonie. Uśmiecha się do niego szeroko i klaszcze, a wówczas zauważam Kulkę pędzącą w naszą stronę. Przenoszę wzrok na patyk w jej pysku i już prawie go dosięgam, gdy nagle pies omija mnie i zanosi go siedzącej kobiecie.
Uderza we mnie fala gorąca, kiedy nieznajoma podnosi oczy i zauważa mnie.
Uśmiecham się nerwowo i przykucam cmokając w stronę Kulki, chcąc przywołać ją z powrotem do siebie. Psina podbiega posłusznie, odbieram jej patyk i rzucam daleko przed siebie, po czym sam puszczam się biegiem w tamtą stronę.
            Po powrocie do domu wracam do projektu, którego nie skończyłem wczoraj. Światło wpadające przez okno odbija się od monitora. Staram się skupić na pracy, ale coś rozprasza moje myśli.  Wypijam drugą kawę i spoglądam na stertę naczyń rosnącą na moim biurku. Postanawiam zrobić sobie przerwę i posprzątać ten bałagan na wypadek, gdyby rodzice znów mieli zamiar mnie odwiedzić i zasugerować, że ów nieporządek świadczy w jakiś sposób o tym, że nie radzę sobie z utrzymaniem własnego mieszkania.
Kulka chodzi za mną krok w krok, kiedy odkurzam i przestawiam rzeczy z kąta w kąt, obwąchuje stertę ubrań, którą wrzucam do pralki i liże mnie po rękach, gdy tylko są w zasięgu jej nosa.
Na moment przed oczami pojawiają mi się dłonie kobiety z parku. Blada skóra zaróżowiona na knykciach.
Głaszczkę Kulkę i siadam na podłodze przy drzwiach łazienki. Myślę o ludziach, których obserwuję zawsze, kiedy dokądś idę. Rzadko zdarza mi się robić zakupy samemu, bo z reguły rodzice zdążają mnie w tym wyprzedzić. Niejednokrotnie dawałem im do zrozumienia, że nie muszą tego robić, ale chyba uparli się, by mnie w tym wyręczać. Przypominam więc sobie tych parę sytuacji, w których jednak wstąpiłem po coś do sklepu, lub kiedy jechałem tramwajem do centrum miasta czy do lekarza. Ludzie zawsze mnie fascynowali. Z reguły patrzę na nich bez słowa, przyglądam się dokładnie rysom twarzy; ustom, które się poruszają, powiekom, które mrugają. Podziwiam pary, które się przytulają i ich dłonie, które są złączone i marzę czasem, by zetknąć swoje palce…z palcami kogoś obok mnie. By dotknąć drugiego człowieka, czując jego ciepło.
I myślę o smukłych palcach kobiety, którą widziałem w parku.

            Kolejny słoneczny dzień zaczynam niemal tak samo jak poprzedni. Przemywam miski na wodę i karmę dla psa, wyciągam spod zlewu kosz na śmieci i zawiązuję przepełniony worek. Wypijam herbatę, idę umyć zęby i przeczesuję włosy palcami. Przystaję przy lustrze by przyglądnąć się swoim oczom, które czasami wydają mi się zupełnie obce. Nie potrafię określić ich koloru – raz wydają mi się brązowe, a raz zielone. Mama uważała, że mam je po dziadku, ale jestem pewien, że on miał szare.
Ociągam się z wyjściem na spacer, a Kulka niecierpliwie wierci się pod drzwiami mieszkania. Ubieram płaszcz i wciskam na stopy sportowe buty oblepione błotem. Po wyjściu z klatki zauważam, że wiatr wieje mocniej, niż wczoraj. Chmury suną po niebie raz na jakiś czas przysłaniając słońce.
Ze strony pobliskiego parku bije chłód. Alejki toną w cieniu drzew, a mokre liście przyklejają mi się do podeszwy. Odnajduję patyk zostawiony wczoraj przez Kulkę pod koszem na śmieci i rzucam go na trawę. Dwa inne psy krążą wokół ławki obok obwąchując się nawzajem.
Poprzez przerzedzoną koronę dębu nade mną, przebija się strumień światła. Patrzę przez niego, jak przez mgłę, dostrzegając w oddali postać siedzącą na ławce. Nie odważam się wykroczyć poza linię cienia, kiedy zauważam małego, czarnego psa pędzącego w tamtą stronę. Zawracam, by odnaleźć Kulkę i bawię się z nią, aż oboje cali jesteśmy brudni.
Przypominam sobie czasy sprzed dwóch lat, kiedy jeszcze mieszkałem u rodziców i nie chcieli zgodzić się na psa między innymi właśnie dlatego, że przynosi do domu brud. Mama zawsze uwielbiała porządek i codziennie wycierała kurze w każdym pokoju. Myślę, że chciała, by jej życie było tak idealne, jak rząd książek ułożonych alfabetycznie na półce. Czasami czułem, że przeze mnie już nigdy takie nie będzie.
W dzieciństwie unikałem towarzystwa, zawodząc tym poniekąd rodziców, którzy koniecznie chcieli mnie otaczać kolegami i koleżankami – dziećmi ich znajomych ze szkolnych czasów. Jak nietrudno się domyślić, teraz raczej nie mam kontaktu z żadnym z nich.
Kulka stała się dla mnie najlepszą przyjaciółką. Zawsze rozumiała mnie bez słów. Wypełniała tę lukę w moim życiu, która tak bardzo zdawała się uwierać mych rodziców. Gdy postanowiłem się wyprowadzić, przygarnąłem ją i już nigdy nie zasugerowali mi, że ciągle spędzam czas samotnie.
            Wróciliśmy do domu około południa i zapragnąłem ugotować coś pysznego na obiad. Jedzenie zawsze sprawiało mi ogromną przyjemność, tak samo jak gotowanie. Zapachy, kolory i smaki – tym właśnie chciałem wypełniać swoje życie. Wyciągam z lodówki warzywa przywiezione przez rodziców, po czym przeszukuję szafki, ale nigdzie nie ma ani śladu makaronu. Czuję lekki ucisk w żołądku – nie jest to głód, lecz ta mieszanka strachu i podekscytowania, która towarzyszy mi zawsze, kiedy muszę sam wybrać się na zakupy.
Uznając brak makaronu za dostateczny powód, by wyjść ponownie z domu, zamykam Kulkę w mieszkaniu i biegnę schodami w dół. Samoobsługowy market znajduje się za rogiem, naprzeciwko parku.
Lubię okolicę, w której zamieszkałem. Jest tu mnóstwo ludzi i nawet kiedy nie wychodzę na zewnątrz, mogę oglądać ich z mojego okna na drugim piętrze. Wszędzie dookoła są przeróżne sklepy – papierniczy, obuwniczy, mięsny, piekarnia i apteka. W sobotnie popołudnia całe osiedle tętni życiem, gdy jego mieszkańcy robią większe zakupy, a dzieci wychodzą na podwórko, by się bawić.
Przechodzę na drugą stronę ulicy i po chwili znajduję się na hali sklepu. Napawam się ogromną ilością produktów dookoła mnie. Kosze i kartony przepełnione są warzywami i owocami, a lodówki lśnią czystością. Odnajduję półkę z makaronami i biorę dwa rodzaje.
Podchodzę do kas i staję w dość długiej kolejce, co pozwala mi na przyglądanie się ludziom.
Tuż przede mną stoi para w podeszłym wieku. Pani w szarym płaszczu wyciąga drżącą dłoń w stronę koszyka i wyciąga z niego rzeczy, by położyć je na ladzie, lecz po chwili pan ją wyręcza, a wówczas udaje mi się dostrzec ten jeden drobny, przepiękny gest; dłoń mężczyzny delikatnie otula dłoń kobiety, na chwilę ściska ją lekko, jakby przekazując jakąś wiadomość…
Iskierka uczucia wędruje od dłoni starszej pani poprzez jej ramię, aż do serca, a wtedy na jej twarzy maluje się uśmiech. Przez moment patrzą sobie w oczy, ich źrenice błyszczą, a ja czuję, jakby te sekundy trwały wiecznie…
Wtem mą uwagę odwraca ciemnozielony kolor nieopodal mnie. Ciarki przechodzą mi po karku, gdy do mych nozdrzy dociera ten sam zapach, który poczułem wczoraj w parku. Odzywa się we mnie jakaś tęsknota, która przepełnia mnie na tyle wielką odwagą, by choć na chwileczkę spojrzeć prosto w Jej intensywnie błękitne, wielkie oczy.
I widzę w nich dobroć i…niepewność.
Żadne z nas nie wykonuje żadnego ruchu przez niecałą minutę, aż do momentu, gdy czuję, że ktoś lekko popycha mnie do przodu, bym przesunął się w kolejce.
Wtedy kobieta w ciemnozielonym płaszczu mija mnie i przechodzi do kasy obok.

            Uważam, że jest coś niesamowitego w dłoniach i oczach. Chyba te części ciała podobają mi się w ludziach najbardziej. Spojrzenie i drżenie rąk potrafią wyrazić więcej emocji, niż jakiekolwiek znane mi słowo. Nie wierzę, by ktoś o pięknych dłoniach i oczach, mógłby być pusty w środku. Nie sądzę, by delikatność ruchu powiek i palców, podobna do delikatności ruchu skrzydeł motyla, mogła kryć za sobą cokolwiek złego…
Tego dnia, gdy się budzę, postanawiam przestać się bać przyglądnąć im z bliska.
Wiatr z dnia na dzień zdaje się wiać silniej, ale dla Kulki nie istnieje coś takiego, jak nieodpowiednia pogoda do zabawy w przynoszenie patyka. Tym razem, przed wyjściem bardziej przykładam się do rozczesania swych włosów. Nie dopijam herbaty do końca, ale poświęcam parę minut na to, by choć trochę oczyścić moje ubłocone buty.
Przed południem jesteśmy już w drodze do parku, a słońce i wiatr zdają się walczyć ze sobą o przejęcie kontroli nad pogodą. Raz robi mi się gorąco, kiedy się rozjaśnia, a raz zimno, gdy wieje mi prosto w twarz.
Docieramy do środka parku, gdzie znajduje się plac zabaw. Kulka przez całą drogę biega jak szalona i stara się mi przypodobać, przynosząc coraz to lepsze skarby, takie jak kamienie, patyki i śmieci.
Niedaleko trawnika widzę już znajomą postać, która trzyma ręce w kieszeniach ciemnozielonego płaszcza i rozgląda się za niewielkim, czarnym psem. Idę w tamtą stronę, chcąc po prostu oswoić się z jej obecnością, a wówczas dostrzegam coś pomiędzy jej włosami.
Biały kabelek od słuchawek ciągnie się od ucha do kieszeni, w której chowa rękę.
Zastygam w bezruchu, sparaliżowany strachem.
Jak mogłem zapomnieć o tym, jak bardzo możemy się od siebie różnić?
Piękno, jakie mnie do Niej przyciągało, mogło świadczyć o równie pięknej duszy, ale to nie oznacza przecież, że jesteśmy sobie bliscy…a nie jesteśmy nawet do siebie podobni.
Muzyka, która właśnie sprawia, że nieznajoma potupuje nogą, nigdy nie będzie dla mnie tak samo słyszalna.
Ja nie słyszę już nic, odkąd tylko pamiętam.

            Usiłuję zawrócić, ale wówczas Kulka podbiega do mnie z patykiem, mijając kobietę naprzeciwko mnie. Odwraca się do mnie, a ja nie mogę oderwać wzroku od jej twarzy, kiedy jej usta rozciągają się w uśmiechu.
Czarny pies podbiega do mnie i obwąchuje mi nogawkę spodni. Odruchowo uśmiecham się także, po czym otwieram usta, by zaczerpnąć powietrza i oddycham głęboko. Widzę, że wyciąga z uszu słuchawki i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką, chcąc się przywitać.
Podaję jej dłoń i ściskam.
Dotykam jej pięknej, delikatnej dłoni i odkrywam, że jest ciepła, a ciarki znów przechodzą mi po plecach.
Zapach, który tak mnie urzeka, zdaje się zmniejszać dystans pomiędzy nami.
Chcę móc cokolwiek powiedzieć, lecz wówczas widzę, że to Ona unosi ręce i mówi do mnie pierwsza, w języku, który znam.
Mówi do mnie, że nie może używać głosu, a ja odnoszę wrażenie, że cały świat wokół nas traci ostrość. Teraz istnieje dla mnie tylko ta chwila, w której nasze oczy odnajdują w sobie zrozumienie.
I w końcu wyjaśniam jej, że ja nie potrzebuję, aby używała swego głosu, bo potrafię ją zrozumieć.

Więc przemawia znowu do mnie, swymi delikatnymi dłońmi.



 Vuohi, 11.10.17

wtorek, 10 października 2017

Utrwalanie

Utrwal mnie -
uczyń nieśmiertelną
zapisując moje imię
między małym a serdecznym palcem
zachowując pocałunek złożony za uchem
i dbaj o ślady mojej obecności
pozostawione pomiędzy myślami
bym nie wyblakła Ci nigdy w pamięci

Utrwal mnie
w uczuciu, którym mnie otulasz
ponawiaj codziennie próby przedostania się
przez pancerz mojej przeszłości
i nie znieczulaj się na mnie, proszę
choćby skóra moja była zimna i szorstka
choćbym spojrzeniem utknęła gdzieś
poza zasięgiem Twego oddechu

Utrwal nas
byśmy się nigdy nie stali sobie obcy
bym uczyła się nadal znając na pamięć
tajemnice Twoich dłoni i oczu
i pozwól mi wniknąć w głąb Twoich trosk
wpuszczając mnie między fale
szczęścia i rozpaczy

Bo chcę uleczyć się lecząc Ciebie
- znaleźć swe serce odnajdując Ciebie.


Vuohi, 09.10.17