Być może jeszcze stoję tylko dlatego, że nie wiem, w którą stronę się przewrócić.
Możesz wierzyć mi lub nie, ale jest to jeszcze bardziej męczące.
Gdybym choć mogła mieć wymówkę...gdybym przechyliła się na jedną stronę i postawiono by w końcu diagnozę...wiedziałabym, co powiedzieć, gdyby ktoś zapytał, jak się czuję. Wiedziałabym, że wystarczy stosować się do zaleceń lekarza, aby się z tego wygrzebać.
Lub gdybym na drugą stronę upadła - zdołałabym w sobie znów zebrać siłę i wstać, i ruszyć do przodu...wiedziałabym, co powiedzieć, gdyby ktoś zapytał, co czuję.
Lecz nie zanosi się na żadną zmianę - ani na ruch, ani na upadek. Stoję wbita głęboko w piach, a po obu moich stronach - bezkresne morze. Uderza raz jedna, raz druga fala, ale ja się nie kiwam, tylko drżę. Nie łamię się, nie przewracam, więc wszyscy mówią, że wyglądam dobrze, że się trzymam.
Bo przecież się nie uginam.
Ach, gdybyś spojrzał na mnie przez lupę, zbliżył do mnie swoje szklane oko, dostrzegłbyś, ile pęknięć, ile drzazg sterczy ze mnie...a w środku gdzieś nawet zalęgła się zgnilizna. Ale łatwiej jest przecież wierzyć w moją siłę. Można się po mnie wspinać, przebiegać przez mój grzbiet.
Gdybym choć mogła mieć wymówkę...gdyby coś wyraźnie ukazało moje uszkodzenia, wyłamało mnie z rzędu istnień, wyciągnęło, naprawiło...
Czekam, i sama nie wiem, czy wolę zimę, czy lato. Upał czy mróz. Czy lepiej, by ulewy ciosy wciskały mnie w ziemię coraz mocniej i mocniej, czy może dobrze byłoby się wynurzyć na stałe, dać się osuszyć słońcu, wspiąć się na ląd i odetchnąć z ulgą, a potem powspominać odległe czasy młodości, kiedy to wygodniej było tkwić na dnie.
A może prawda jest taka, że nadal nie chcę wyzdrowieć. Przecież przyjemniej się słucha pieśni o tęsknocie, dłużej się ogląda obrazy o wielu znaczeniach, częściej się porusza problemy, niż znajduje rozwiązania. I może nie powinnam się z tym odsłaniać.
Może morze jest mym przeznaczeniem.
Sama nie wiem, kiedy rozstałam się z brzegiem, ale nie widzę już drogi powrotnej. Stoję w miejscu, choć ta sama woda nigdy po raz drugi przeze mnie nie przepływa. Fala za falą - każda jest inna.
Jedna kąsa mnie w bok, odnajdując moje zamiłowanie do bólu. Druga ociera się łagodnie o serce. Trzecia uderza z impetem, czwarta - zapiera dech w piersiach. Piąta powoli nadciąga, wzbiera się po krawędzie mych ust, aż w końcu wypluwam z siebie wszystko, pozornie czując się oczyszczona.
I szósta, poczucie winy, jak kotwica ciągnie mnie w dół i znów żałuję...że powiedziałam cokolwiek więcej, zamiast przytaknąć - "tak, dobrze się trzymam"...
Gdybym choć mogła mieć wymówkę...przyklejoną łatkę z nazwą zaburzenia. Przydzieloną dawkę na poprawę humoru, na stłumienie emocji i na dobry sen. Jednak jedyne, co łykam, to zdławiony do siebie wstręt - moje wszystkie historie w pigułce.
Wszystkie drgania palców, rumieńce na policzkach, dyskretne spojrzenia. Wszystkie łzy szczęścia, uściski, pocałunki, przytulenia. Każdy dotyk osolony kroplami cierpienia. Każdą decyzję pochopnie podjętą, cały żal, jaki w sobie mam, wszystko, co od tylu lat przeciskam z kąta w kąt swego umysłu, zakopuję, uciszam, nie chcę wydusić...
Wszystko to łykam przed snem, co sprawia, że jest głęboki i straszny.
Z jednej strony fala wyolbrzymień, z drugiej - fala szczerości. Zderzają się ponownie, a ja coraz bardziej kruszę się od ich ciosów. Nie mogę powiedzieć nic więcej, choć piszę o tym częściej, niż powinnam.
Lecz przecież najważniejsze, że jeszcze się trzymam.
17.05.18
Vuohi
Możesz wierzyć mi lub nie, ale jest to jeszcze bardziej męczące.
Gdybym choć mogła mieć wymówkę...gdybym przechyliła się na jedną stronę i postawiono by w końcu diagnozę...wiedziałabym, co powiedzieć, gdyby ktoś zapytał, jak się czuję. Wiedziałabym, że wystarczy stosować się do zaleceń lekarza, aby się z tego wygrzebać.
Lub gdybym na drugą stronę upadła - zdołałabym w sobie znów zebrać siłę i wstać, i ruszyć do przodu...wiedziałabym, co powiedzieć, gdyby ktoś zapytał, co czuję.
Lecz nie zanosi się na żadną zmianę - ani na ruch, ani na upadek. Stoję wbita głęboko w piach, a po obu moich stronach - bezkresne morze. Uderza raz jedna, raz druga fala, ale ja się nie kiwam, tylko drżę. Nie łamię się, nie przewracam, więc wszyscy mówią, że wyglądam dobrze, że się trzymam.
Bo przecież się nie uginam.
Ach, gdybyś spojrzał na mnie przez lupę, zbliżył do mnie swoje szklane oko, dostrzegłbyś, ile pęknięć, ile drzazg sterczy ze mnie...a w środku gdzieś nawet zalęgła się zgnilizna. Ale łatwiej jest przecież wierzyć w moją siłę. Można się po mnie wspinać, przebiegać przez mój grzbiet.
Gdybym choć mogła mieć wymówkę...gdyby coś wyraźnie ukazało moje uszkodzenia, wyłamało mnie z rzędu istnień, wyciągnęło, naprawiło...
Czekam, i sama nie wiem, czy wolę zimę, czy lato. Upał czy mróz. Czy lepiej, by ulewy ciosy wciskały mnie w ziemię coraz mocniej i mocniej, czy może dobrze byłoby się wynurzyć na stałe, dać się osuszyć słońcu, wspiąć się na ląd i odetchnąć z ulgą, a potem powspominać odległe czasy młodości, kiedy to wygodniej było tkwić na dnie.
A może prawda jest taka, że nadal nie chcę wyzdrowieć. Przecież przyjemniej się słucha pieśni o tęsknocie, dłużej się ogląda obrazy o wielu znaczeniach, częściej się porusza problemy, niż znajduje rozwiązania. I może nie powinnam się z tym odsłaniać.
Może morze jest mym przeznaczeniem.
Sama nie wiem, kiedy rozstałam się z brzegiem, ale nie widzę już drogi powrotnej. Stoję w miejscu, choć ta sama woda nigdy po raz drugi przeze mnie nie przepływa. Fala za falą - każda jest inna.
Jedna kąsa mnie w bok, odnajdując moje zamiłowanie do bólu. Druga ociera się łagodnie o serce. Trzecia uderza z impetem, czwarta - zapiera dech w piersiach. Piąta powoli nadciąga, wzbiera się po krawędzie mych ust, aż w końcu wypluwam z siebie wszystko, pozornie czując się oczyszczona.
I szósta, poczucie winy, jak kotwica ciągnie mnie w dół i znów żałuję...że powiedziałam cokolwiek więcej, zamiast przytaknąć - "tak, dobrze się trzymam"...
Gdybym choć mogła mieć wymówkę...przyklejoną łatkę z nazwą zaburzenia. Przydzieloną dawkę na poprawę humoru, na stłumienie emocji i na dobry sen. Jednak jedyne, co łykam, to zdławiony do siebie wstręt - moje wszystkie historie w pigułce.
Wszystkie drgania palców, rumieńce na policzkach, dyskretne spojrzenia. Wszystkie łzy szczęścia, uściski, pocałunki, przytulenia. Każdy dotyk osolony kroplami cierpienia. Każdą decyzję pochopnie podjętą, cały żal, jaki w sobie mam, wszystko, co od tylu lat przeciskam z kąta w kąt swego umysłu, zakopuję, uciszam, nie chcę wydusić...
Wszystko to łykam przed snem, co sprawia, że jest głęboki i straszny.
Z jednej strony fala wyolbrzymień, z drugiej - fala szczerości. Zderzają się ponownie, a ja coraz bardziej kruszę się od ich ciosów. Nie mogę powiedzieć nic więcej, choć piszę o tym częściej, niż powinnam.
Lecz przecież najważniejsze, że jeszcze się trzymam.
17.05.18
Vuohi