Stał pod salą, mnąc w ręce chusteczkę. Co chwila nerwowo robił kilka kroków do przodu, chodząc tam i z powrotem. Serce tłukło się coraz głośniej, nie mogła odejść, nie mogła, nie mogła!
Co chwilę spoglądał na klamkę od drzwi wyczekując kiedy ktoś ją naciśnie od wewnątrz i wyjdzie, zapewniając go, że już po wszystkim, że udało się. Trzy kroki do przodu, trzy kroki do tyłu. Pociły mu się dłonie, w głowie czuł pulsujący ból.
Minęła godzina, godzina cierpień, godzina czekania... Ledwo już trzymał się na nogach, nie mógł nabrać powietrza. Zamazany obraz przed oczami, był wyczerpany...
Dlaczego to spotkało akurat ich? Tylu młodych jeździ samochodem, tylu przekracza prędkość, tylu dziennie unika śmierci mimo, że tak niewiele brakuje...
A przecież nie planowali przeżyć czegoś niezwykłego, nie potrzebowali skoków adrenaliny, potrzebowali tylko siebie. Tylko dotrzeć gdzieś, gdzie mogli być tego dnia sami...
Coś przemknęło przez drogę, potem ktoś uderzył w bok, z tej strony, z której siedziała. Zniknął jej obraz, a on nie mógł nic zrobić... Krew na szybie, krew spływała po skroniach, ktoś krzyczał, ktoś wezwał pomoc.
Pomoc nadeszła.
Zabrali ich, kazali mu czekać przed salą, męczyć się samemu, nie mogąc na nią patrzeć, nad nią czuwać... Dręczyły go myśli i wyrzuty sumienia, dlaczego nie mógł on być na jej miejscu? Dlaczego nie mógł jej ochronić? Zawsze mogli uważać bardziej, jechać kiedy indziej, jechać gdzie indziej... Gdzie indziej, byle nie tam!
Mogli zawrócić, myślami zawracał tysiące razy. Mógł to przewidzieć, sercem cofał czas...
Nogi uginały się pod jego ciężarem, ale nie chciał siedzieć na krześle obok, nie potrafił zatrzymać się w miejscu i pomyśleć spokojnie. Tracił nadzieję, dlaczego tak długo trwa to wszystko?!
Może starają się, by była jak kiedyś? Może im nie wychodzi?
A co jeśli straciła pamięć? Sam nie wiedział, czy gorsze jest by umarła, czy by nie wiedziała kim jest.. Odrzuciłaby go, czy może jego obraz i głos zapisany miała w sercu i nie pamiętałaby nic, prócz niego?
Chciał, by żyła. By cofnąć się udało czas, by nie było ich tam akurat w tej chwili....
Cholerne sumienie wypalało mu dziury w sercu.
Nagle zerwał się z miejsca, żołądek podskoczył niemal do gardła, gdy usłyszał szczęk zamka w drzwiach.
Wyszedł mężczyzna zdejmując maskę osłaniającą usta.
"Nie patrz w jego oczy, nie patrz w jego oczy!" oszukiwał się, bo wiedział, że w oczach lekarza już nie ma nadziei "Nie patrz, te oczy kłamią, on na pewno chce Cię uspokoić, chce powiedzieć, że wszystko jest dobrze! Może będzie spać, może nie będzie pamiętać, ale będzie żyć! Nie patrz mu w oczy!"
Mężczyzna dotknął jego ramienia.
Drgnął czując zaciskającą się w pięść dłoń lekarza, który spuścił wzrok, jakby nagle od sprawy jej życia, ważniejsza stała się szpitalna podłoga.
- Co z nią?! - wyrwał go z zamyślenia. Wiedział, wiedział, co chce mu powiedzieć, ale oszukiwał się do ostatniej chwili.
- Przykro mi... - zaczął mężczyzna. Przykro. Było mu przykro! Co mógł zrobić, tak? Niby skąd miał wiedzieć, jak jego "przykro" ma się do rozpaczy malującej się na twarzy chłopaka, jak jego słowa mają się do tego bólu w sercu?!
Wbijał sobie paznokcie z całej siły w rękę, zaciskając dłoń. Chusteczka, którą trzymał była zupełnie mokra.
- Błagam niech pan powie, że tylko nic nie pamięta. Że nie będzie mogła chodzić, że będzie spać...ale błagam, niech żyje!
Jego głos odbił się echem od szpitalnych ścian.
Lekarz patrzył mu w oczy, licząc na to, że zrozumie, jednak tamten tylko wbił pytający wzrok w twarz mężczyzny, do końca wierząc, do końca walcząc sam ze sobą...
- Niestety, ona odeszła. Nie mogliśmy nic więcej zrobić. Półtorej godziny nie mogło nic więcej zdziałać, ale jej śmierć...może dać komuś życie...
Słowa padły jak ciężkie kamienie w wodę. "Nic nie dało się zrobić" ...
Ale on wciąż patrzył, wierząc, że to może wyjątkowo głupi, lekarski żart, że może zawsze kiedy się udaje, oni tylko żartują...? Tak, tylko to mu przychodziło do głowy, wraz ze spływającymi po policzkach łzami...
- Jeżeli miała tylko Ciebie, jeśli podpiszesz zgodę...możesz kogoś uratować...
Dodał mężczyzna. Do niego nie docierało nic co potem mówił.
Lekarz wyciągnął zza pleców długopis i kartę.
- Nie mamy wiele czasu, wszystko jest gotowe, potrzeba tylko pana zgody.
Uderzyło to w niego.
Może ma szansę jeszcze sprawić, by to co się stało, miało jakiś sens, dla kogoś innego.
Podpisał, osuwając się na krzesło.
- Dziękuję. Możesz poczekać jeszcze, jeśli chcesz, na druga operację...
Drugą?
Po co mu to wszystko, co i tak mu jej nie zwróci...?
Nic mu jej nie odda, nikt tego już nie zmieni...Stracił wszystko.
Nadzieja umiera ostatnia...
A więc czekał. Czekał jeszcze dwie godziny, siedząc w miejscu, jakby zapuścił korzenie. Nie czuł głodu, ani pragnienia, to był inny rodzaj pustki. Pustki, której nie da się w żaden sposób zapełnić ...
Kolejna godzina, osuszała jego łzy.
Drzwi ponownie zostały otwarte. Ale tym razem, nawet nie podniósł głowy, myślał, że nigdy już nie usłyszy z tamtej strony głosu zapowiadającego coś dobrego...
- Operacja powiodła się. - podniósł wzrok, lekarz zwracał się do niego, ale też do dwójki dorosłych, stojących ze łzami w oczach. Kobieta odetchnęła na głos z ulgą, mężczyzna objął ją, wbijając z nerwów palce w jej plecy, tak, że ręce mu się trzęsły. A może to ona się trzęsła, zanosząc się od płaczu, ze zdenerwowania... Byli pełni wiary.
Wtem, lekarz coś powiedział, czego on nie słyszał, po czym rodzice odwrócili się w jego kierunku.
- To Ty....Ty pomogłeś naszej córce....
Wbił w nich wzrok.
- Ja tylko podpisałem jakiś papier...to ona oddała wszystko...
Zaniemówili na chwilę, po czym usiedli po obu jego stronach.
- Wiesz - zaczęła kobieta - z czasem nowy właściciel serca... odkrywa w sobie cechy dawcy... sądzę, że ona już jest ci wdzięczna.
- Tak, jest ci wdzięczna, bo z twoją pomocą i ona mogła pomóc naszej córce. - dodał mężczyzna.
Chłopak pochylił się i oparł głowę na rękach. Przez chwilę sam poczuł wewnątrz ulgę.
Jakoś wolał unikać wychodzenia z domu. Wolał unikać całego tego szarego świata wokół, oglądania go bez niej. Jakoś tylko ona potrafiła nadać kolor wszystkiemu i sens jego życiu.
Coś jednak w środku szeptało mu, że powinien iść tam, gdzie ją zostawił.
Tydzień minął, siedem dni i siedem godzin.
Wyszedł z domu kierując się w stronę szpitala. Szedł na piechotę, nie chciał już nigdy wsiadać do samochodu. Chłodny wiatr uderzał w jego plecy, pośpieszając go. Coś ciągnęło go w tamtą stronę, do przodu...
Dochodziło południe, stanął przed wejściem do budynku szpitalnego, wahając się czy ma wejść czy nie, i czy to w ogóle ma sens. Jednak zrobił krok do przodu, wszedł po schodach na pierwsze piętro. Szedł przed siebie mijając chorych, lekarzy, pielęgniarki i innych ludzi, patrzył tylko na swoje nogi i na szpitalną podłogę.
Nagle wpadli na siebie, ledwo zauważył, że ktoś nadchodzi z naprzeciwka .
- Oj, przepraszam! - wybełkotał łapiąc się za głowę. Spojrzał na nią, coś ukłuło go wewnątrz.. Patrzyła na niego, obca, ale tym spojrzeniem, które znał na pamięć.
Ten sam pytający wzrok....
Serce biło mu coraz szybciej, był pewien, że skądś ją zna, ale to nie mogło być prawdziwe...
- To on! To przecież on! - usłyszał głos kobiety idącej za córką. - kochanie, to ten chłopak, którego szukaliśmy! - wskazała na niego. Dziewczyna przyjrzała mu się uważniej, przekrzywiając głowę.
- Och... ja.... - zawiesiła głos na chwilę - naprawdę...bardzo mi przykro, z powodu...z powodu twojej dziewczyny...i...dziękuję. Bez ciebie nie byłoby mnie już na tym świecie... nie było dawcy..i...
- Rozumiem... nie mnie dziękuj.. - uśmiechnął się, po raz pierwszy od siedmiu dni. - jak się czujesz?
- Ja.. całkiem nieźle, raczej powiedz jak Ty...?
- Już mi lepiej. Nie mogę przecież stale rozmyślać o tym wszystkim....co straciłem...
Matka uśmiechnęła się, trochę ze smutkiem, kryjącym się gdzieś za tym pogodnym wyrazem twarzy.
- Ale może dasz się nam zaprosić na obiad, co? Wiem, że to żadne podziękowanie, oczywiście nie musisz, jeśli nie chcesz...ale byłoby nam miło...
Miał odmówić, powiedzieć, że nie ma czasu, nie ma ochoty.... ale popatrzył jeszcze raz na Nią, widząc w niej wszystko, co kiedyś kochał. Może dostał jakąś szansę, może nic nie stało się bez powodu...?
- Zgoda... przyjdę. - zostawił im swój numer telefonu.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Będę jeszcze tu pięć dni, zawsze możesz wpaść jak chcesz...wiem, że to dość głupie zaproszenie, w końcu to szpital, ale...
- Jasne, jak tylko chcesz. I tak nie mam nic lepszego do roboty...
Złapała go za rękę.
- To...możemy być chociaż...przyjaciółmi od serca, no nie?
Zamyślił się. Ciepło, jakie przesyłała mu jej dłoń, starała się przypomnieć właśnie o jej sercu. Zrozumiał, jak wiele życie chce mu oddać w zamian, jak bardzo chce mu jednak wynagrodzić tę stratę...
- Przyjaciele od serca. Dobrze. - popatrzył jej w oczy, ostatni raz, jak sobie obiecał, tęskniąc za tamtą, która pierwsza patrzyła w ten sposób.
"Do widzenia" pomyślał. "kiedyś trzeba zapomnieć, nawet gdy jest tak trudno..."
Vuohi
Co chwilę spoglądał na klamkę od drzwi wyczekując kiedy ktoś ją naciśnie od wewnątrz i wyjdzie, zapewniając go, że już po wszystkim, że udało się. Trzy kroki do przodu, trzy kroki do tyłu. Pociły mu się dłonie, w głowie czuł pulsujący ból.
Minęła godzina, godzina cierpień, godzina czekania... Ledwo już trzymał się na nogach, nie mógł nabrać powietrza. Zamazany obraz przed oczami, był wyczerpany...
Dlaczego to spotkało akurat ich? Tylu młodych jeździ samochodem, tylu przekracza prędkość, tylu dziennie unika śmierci mimo, że tak niewiele brakuje...
A przecież nie planowali przeżyć czegoś niezwykłego, nie potrzebowali skoków adrenaliny, potrzebowali tylko siebie. Tylko dotrzeć gdzieś, gdzie mogli być tego dnia sami...
Coś przemknęło przez drogę, potem ktoś uderzył w bok, z tej strony, z której siedziała. Zniknął jej obraz, a on nie mógł nic zrobić... Krew na szybie, krew spływała po skroniach, ktoś krzyczał, ktoś wezwał pomoc.
Pomoc nadeszła.
Zabrali ich, kazali mu czekać przed salą, męczyć się samemu, nie mogąc na nią patrzeć, nad nią czuwać... Dręczyły go myśli i wyrzuty sumienia, dlaczego nie mógł on być na jej miejscu? Dlaczego nie mógł jej ochronić? Zawsze mogli uważać bardziej, jechać kiedy indziej, jechać gdzie indziej... Gdzie indziej, byle nie tam!
Mogli zawrócić, myślami zawracał tysiące razy. Mógł to przewidzieć, sercem cofał czas...
Nogi uginały się pod jego ciężarem, ale nie chciał siedzieć na krześle obok, nie potrafił zatrzymać się w miejscu i pomyśleć spokojnie. Tracił nadzieję, dlaczego tak długo trwa to wszystko?!
Może starają się, by była jak kiedyś? Może im nie wychodzi?
A co jeśli straciła pamięć? Sam nie wiedział, czy gorsze jest by umarła, czy by nie wiedziała kim jest.. Odrzuciłaby go, czy może jego obraz i głos zapisany miała w sercu i nie pamiętałaby nic, prócz niego?
Chciał, by żyła. By cofnąć się udało czas, by nie było ich tam akurat w tej chwili....
Cholerne sumienie wypalało mu dziury w sercu.
Nagle zerwał się z miejsca, żołądek podskoczył niemal do gardła, gdy usłyszał szczęk zamka w drzwiach.
Wyszedł mężczyzna zdejmując maskę osłaniającą usta.
"Nie patrz w jego oczy, nie patrz w jego oczy!" oszukiwał się, bo wiedział, że w oczach lekarza już nie ma nadziei "Nie patrz, te oczy kłamią, on na pewno chce Cię uspokoić, chce powiedzieć, że wszystko jest dobrze! Może będzie spać, może nie będzie pamiętać, ale będzie żyć! Nie patrz mu w oczy!"
Mężczyzna dotknął jego ramienia.
Drgnął czując zaciskającą się w pięść dłoń lekarza, który spuścił wzrok, jakby nagle od sprawy jej życia, ważniejsza stała się szpitalna podłoga.
- Co z nią?! - wyrwał go z zamyślenia. Wiedział, wiedział, co chce mu powiedzieć, ale oszukiwał się do ostatniej chwili.
- Przykro mi... - zaczął mężczyzna. Przykro. Było mu przykro! Co mógł zrobić, tak? Niby skąd miał wiedzieć, jak jego "przykro" ma się do rozpaczy malującej się na twarzy chłopaka, jak jego słowa mają się do tego bólu w sercu?!
Wbijał sobie paznokcie z całej siły w rękę, zaciskając dłoń. Chusteczka, którą trzymał była zupełnie mokra.
- Błagam niech pan powie, że tylko nic nie pamięta. Że nie będzie mogła chodzić, że będzie spać...ale błagam, niech żyje!
Jego głos odbił się echem od szpitalnych ścian.
Lekarz patrzył mu w oczy, licząc na to, że zrozumie, jednak tamten tylko wbił pytający wzrok w twarz mężczyzny, do końca wierząc, do końca walcząc sam ze sobą...
- Niestety, ona odeszła. Nie mogliśmy nic więcej zrobić. Półtorej godziny nie mogło nic więcej zdziałać, ale jej śmierć...może dać komuś życie...
Słowa padły jak ciężkie kamienie w wodę. "Nic nie dało się zrobić" ...
Ale on wciąż patrzył, wierząc, że to może wyjątkowo głupi, lekarski żart, że może zawsze kiedy się udaje, oni tylko żartują...? Tak, tylko to mu przychodziło do głowy, wraz ze spływającymi po policzkach łzami...
- Jeżeli miała tylko Ciebie, jeśli podpiszesz zgodę...możesz kogoś uratować...
Dodał mężczyzna. Do niego nie docierało nic co potem mówił.
Lekarz wyciągnął zza pleców długopis i kartę.
- Nie mamy wiele czasu, wszystko jest gotowe, potrzeba tylko pana zgody.
Uderzyło to w niego.
Może ma szansę jeszcze sprawić, by to co się stało, miało jakiś sens, dla kogoś innego.
Podpisał, osuwając się na krzesło.
- Dziękuję. Możesz poczekać jeszcze, jeśli chcesz, na druga operację...
Drugą?
Po co mu to wszystko, co i tak mu jej nie zwróci...?
Nic mu jej nie odda, nikt tego już nie zmieni...Stracił wszystko.
Nadzieja umiera ostatnia...
A więc czekał. Czekał jeszcze dwie godziny, siedząc w miejscu, jakby zapuścił korzenie. Nie czuł głodu, ani pragnienia, to był inny rodzaj pustki. Pustki, której nie da się w żaden sposób zapełnić ...
Kolejna godzina, osuszała jego łzy.
Drzwi ponownie zostały otwarte. Ale tym razem, nawet nie podniósł głowy, myślał, że nigdy już nie usłyszy z tamtej strony głosu zapowiadającego coś dobrego...
- Operacja powiodła się. - podniósł wzrok, lekarz zwracał się do niego, ale też do dwójki dorosłych, stojących ze łzami w oczach. Kobieta odetchnęła na głos z ulgą, mężczyzna objął ją, wbijając z nerwów palce w jej plecy, tak, że ręce mu się trzęsły. A może to ona się trzęsła, zanosząc się od płaczu, ze zdenerwowania... Byli pełni wiary.
Wtem, lekarz coś powiedział, czego on nie słyszał, po czym rodzice odwrócili się w jego kierunku.
- To Ty....Ty pomogłeś naszej córce....
Wbił w nich wzrok.
- Ja tylko podpisałem jakiś papier...to ona oddała wszystko...
Zaniemówili na chwilę, po czym usiedli po obu jego stronach.
- Wiesz - zaczęła kobieta - z czasem nowy właściciel serca... odkrywa w sobie cechy dawcy... sądzę, że ona już jest ci wdzięczna.
- Tak, jest ci wdzięczna, bo z twoją pomocą i ona mogła pomóc naszej córce. - dodał mężczyzna.
Chłopak pochylił się i oparł głowę na rękach. Przez chwilę sam poczuł wewnątrz ulgę.
Jakoś wolał unikać wychodzenia z domu. Wolał unikać całego tego szarego świata wokół, oglądania go bez niej. Jakoś tylko ona potrafiła nadać kolor wszystkiemu i sens jego życiu.
Coś jednak w środku szeptało mu, że powinien iść tam, gdzie ją zostawił.
Tydzień minął, siedem dni i siedem godzin.
Wyszedł z domu kierując się w stronę szpitala. Szedł na piechotę, nie chciał już nigdy wsiadać do samochodu. Chłodny wiatr uderzał w jego plecy, pośpieszając go. Coś ciągnęło go w tamtą stronę, do przodu...
Dochodziło południe, stanął przed wejściem do budynku szpitalnego, wahając się czy ma wejść czy nie, i czy to w ogóle ma sens. Jednak zrobił krok do przodu, wszedł po schodach na pierwsze piętro. Szedł przed siebie mijając chorych, lekarzy, pielęgniarki i innych ludzi, patrzył tylko na swoje nogi i na szpitalną podłogę.
Nagle wpadli na siebie, ledwo zauważył, że ktoś nadchodzi z naprzeciwka .
- Oj, przepraszam! - wybełkotał łapiąc się za głowę. Spojrzał na nią, coś ukłuło go wewnątrz.. Patrzyła na niego, obca, ale tym spojrzeniem, które znał na pamięć.
Ten sam pytający wzrok....
Serce biło mu coraz szybciej, był pewien, że skądś ją zna, ale to nie mogło być prawdziwe...
- To on! To przecież on! - usłyszał głos kobiety idącej za córką. - kochanie, to ten chłopak, którego szukaliśmy! - wskazała na niego. Dziewczyna przyjrzała mu się uważniej, przekrzywiając głowę.
- Och... ja.... - zawiesiła głos na chwilę - naprawdę...bardzo mi przykro, z powodu...z powodu twojej dziewczyny...i...dziękuję. Bez ciebie nie byłoby mnie już na tym świecie... nie było dawcy..i...
- Rozumiem... nie mnie dziękuj.. - uśmiechnął się, po raz pierwszy od siedmiu dni. - jak się czujesz?
- Ja.. całkiem nieźle, raczej powiedz jak Ty...?
- Już mi lepiej. Nie mogę przecież stale rozmyślać o tym wszystkim....co straciłem...
Matka uśmiechnęła się, trochę ze smutkiem, kryjącym się gdzieś za tym pogodnym wyrazem twarzy.
- Ale może dasz się nam zaprosić na obiad, co? Wiem, że to żadne podziękowanie, oczywiście nie musisz, jeśli nie chcesz...ale byłoby nam miło...
Miał odmówić, powiedzieć, że nie ma czasu, nie ma ochoty.... ale popatrzył jeszcze raz na Nią, widząc w niej wszystko, co kiedyś kochał. Może dostał jakąś szansę, może nic nie stało się bez powodu...?
- Zgoda... przyjdę. - zostawił im swój numer telefonu.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Będę jeszcze tu pięć dni, zawsze możesz wpaść jak chcesz...wiem, że to dość głupie zaproszenie, w końcu to szpital, ale...
- Jasne, jak tylko chcesz. I tak nie mam nic lepszego do roboty...
Złapała go za rękę.
- To...możemy być chociaż...przyjaciółmi od serca, no nie?
Zamyślił się. Ciepło, jakie przesyłała mu jej dłoń, starała się przypomnieć właśnie o jej sercu. Zrozumiał, jak wiele życie chce mu oddać w zamian, jak bardzo chce mu jednak wynagrodzić tę stratę...
- Przyjaciele od serca. Dobrze. - popatrzył jej w oczy, ostatni raz, jak sobie obiecał, tęskniąc za tamtą, która pierwsza patrzyła w ten sposób.
"Do widzenia" pomyślał. "kiedyś trzeba zapomnieć, nawet gdy jest tak trudno..."
Vuohi