Dłonie trzęsą się, drżą podobnie jak łzy utkwione w moich
oczach, wiszące na rzęsach, panicznie bojąc się upaść. Ruch, niszczycielska
siła.
Gdybyśmy przecież stali w miejscu, nic złego nie miałoby
prawa się wydarzyć…
Zaciskam pięści, chcąc powstrzymać strach, który
przejmuje nade mną kontrolę. Tworzę więc kolejne kłamstwo w tym świecie pełnym
oszustw. Okłamuję siebie, że to nie boli, że wszystko będzie dobrze…
To takie piękne uczucie; trwanie w nadziei, że to
wszystko jeszcze się nie skończy.
„Jesteśmy wieczni, uwierz…”
Słyszę własny oddech, szumiącą krew w uszach, dudniący
odgłos bijącego serca, który roznosi się echem po całym ciele. Oddałabym tak wiele za skrzydła, które miałam
zawsze, gdy byłeś obok…
Tyle mi obiecałeś, tyle było dla nas, przed
nami…Pamiętasz?
Zaciskam oczy, a łzy wymykają się spod powiek, odczepiają
się od rzęs i płyną na dół po policzkach, napędzane niewidzialną siłą. Siłą,
która niemal nie istnieje, ale jest to ta sama, która sprawia, że nadal wierzę
w ciebie. W to, że byłeś prawdziwy.
Przecież kazałeś mi wierzyć. Wierzyć, że jesteśmy
wieczni…
Szept ugrzęzł gdzieś w moim gardle, nie mogąc się wydobyć
przerodził się w bezgłośną modlitwę, żebyś dostrzegł, że płaczę…Jeśli
istniejesz, otrzyj me łzy!
Ponownie zaciskam dłonie, w jednej z nich czuję chłodną,
ostrą krawędź. Moje zbawienie, mój kres…
Skoro życie bez ciebie jest taką torturą, to czyż śmierć
nie winna być błogosławieństwem?
Jestem już zmęczona czekaniem na znak od kogoś, kto
istniał tylko w moim śnie, kto był jak mój własny anioł stróż, po czym zniknął
bez śladu. Otwieram oczy i widzę zamazany obraz delikatnego światła, tańczącego
na niebie i malującego świt.
To taka piękna pora na umieranie…
Przywołuję na myśl twoje oczy i twój głos, brzmiący jak
kojąca melodia. Pełen wspomnień, przesiąknięty tęsknotą obraz twojej twarzy…
Ból ściska moje serce chcąc je zmiażdżyć.
Jeśli kiedykolwiek marzyłam o śmierci, to chciałam
umierać właśnie w twoich ciepłych ramionach. W tej chwili, gdy noc spotyka
słońce i wita się z nim w ten cudowny sposób na zaróżowionym tle…
Szkoda, że życie nauczyło mnie, że marzenia się nie
spełniają. Nie te, których najbardziej pragniemy.
Szkoda, że akurat teraz sobie to uświadamiam…gdy tak
bardzo mi cię brakuje.
Pozwoliłeś mi uwierzyć, że możemy razem wszystko.
Dziękuję ci, że nauczyłeś mnie siły miłości. Tylko dlaczego jest ona tak słaba
właśnie w tej chwili, kiedy rozumiem, że nigdy nie kochałam niczego tak bardzo,
jak ciebie…? Że przenigdy nie poczułam obecności kogokolwiek tak blisko siebie,
by jednocześnie tęsknić za nim w każdej przerwie między kolejnym dotykiem…
Chciałam zbyt wiele? Chciałam poczuć się kochana przez
niewłaściwą osobę?
Więc tak to jest czuć, jak serce powoli pęka…
Boże, jak piękna jest to chwila na pożegnanie…
Szkoda tylko, że nie ma już nikogo, kogo mogłabym
pożegnać. Nie ma nawet ciebie.
A to ty nauczyłeś mnie jak odkrywać dobro we wszystkim
tym, co nas niszczy…
Pójdę więc twoją drogą. Pozwól, że wraz z ostatnim mym
oddechem wzejdzie słońce…
Dłonie drżą jeszcze bardziej, ze strachu i z zimna. Widać
po mnie jak bardzo się boję, choć nie dopuszczam do świadomości tego lęku.
Ostrze zagłębia się we mnie, szarpiąc skórę.
Wszystko będzie się działo tak powoli, powietrze
zagęszcza się wokół mnie, pomagając mi w smakowaniu własnego bólu.
Przygryzam dolną wargę odruchowo, aż czuję metaliczny
smak krwi.
Pomóż mi przetrwać te chwile zwątpienia, zagłusz głos
nadziei, że jeszcze jest dla mnie szansa, że jeszcze mogę się wycofać…
Nie muszę odchodzić stąd samotnie…Nie muszę odchodzić
stąd bez ciebie…
Przepiękna cisza, osnuta mgłą tego poranka.
Stróżka szkarłatnego płynu osuwa się powoli wzdłuż mojego
nadgarstka, ku palcom, by wreszcie na ich końcach popełnić samobójstwo i rzucić
się wprost na ziemię, obok mojego ciała.
Wszystko dzieje się tak bardzo powoli…
Gdzie podział się ból? Teraz tylko on jest w stanie
obudzić mój umysł, tak by przywołał znów na myśl twój obraz, tylko on może znów
poruszyć moje serce…
Unoszę to ostrze, moją klęskę i wybawienie.
Jeden gwałtowny ruch.
Ból wzmaga się, czuję go tuż pod żebrami, coraz głębiej,
aż rozchodzi się po całym ciele.
Mimowolnie trzęsę się, daję się ponieść temu wrażeniu,
jakie czyni.
Tkwiłeś w tym bólu tak samo realnie, jak w moich
marzeniach…
Och, chciałabym móc cię wyśnić…Ale już jest za późno na krótkie
sny.
Nie ma już ratunku, spadam na dno, powoli, bardzo powoli…
Nastąpi teraz ulga, cudowny sen…Obiecaj mi, że tam
będziesz! Obiecaj, że na mnie tam zaczekasz!
Proszę, to moje ostatnie życzenie.
Jeśli nigdy nie byłeś prawdziwy, to może nareszcie będziesz
przy mnie, gdy i ja przestanę istnieć?
Wyciągam ostrze do połowy, rozdzierając ponownie skórę.
Krztuszę się, jakby powietrze nagle stało się trujące.
Każdy wdech rani mnie głęboko w płuca, jakby je spalał.
Coraz trudniej jest mi oddychać. Gdyby dane mi było chociaż móc poczuć twój
zapach…Oddałabym te ostatnie sekundy za jedno zaciągnięcie się tą wonią…
Więc to tak wygląda koniec…
Nie ma tu światła.
Stoję niepewnie w ciemności, a nade mną rozsypane
miliardy gwiazd. Nie ma mnie, nie ma nic.
Zniknął ból, ale nie zniknęła świadomość. Czekam na
ciebie, przepełniona ostatnią nadzieją.
Dostrzegam cień za horyzontem. Porusza się i jest coraz
bliżej.
Serce przyspiesza, bije coraz głośniej, choć jeszcze
zaledwie chwilę temu zdawałam się je stracić…
Czy to ty?
Tak dobrze cię znam, ale tak naprawdę nigdy nie spotkałam
naprawdę…
Jestem tak podekscytowana, mój sen nabiera barw, staje
się rzeczywisty…!
Nie mogę już patrzeć i wyczekiwać, zamykam oczy.
Ziemia drży delikatnie, gdy się zbliżasz.
Proszę, by ten pierwszy raz był najpiękniejszym ze
wszystkich, nawet gdyby miał być ostatnim…
Policzki znów zwilżają łzy, tym razem ze wzruszenia.
Czuję nareszcie twój smak, ten pierwszy, odkąd cię
poznałam w moich marzeniach. Wraz z zetknięciem się naszych ust, czuję ukłucie
w brzuchu i wiem, że właśnie stajesz się bardziej realny niż kiedykolwiek
dotąd.
Dziękuję ci, że dotrzymałeś słowa.
Straciłam cielesne życie wierząc we wszystko, co
powiedział mi mój sen. Moja dusza dopiero się narodziła.
Teraz jestem pewna, że już nigdy cię nie stracę. Nigdy
nie odszedłeś, bo nigdy nie istniałeś. Czekałeś tylko, abym oddała ci własne
życie, jako twój początek…
I jesteś najpiękniejszą chwilą ze wszystkich, jakie
mogłam smakować…
Vuohi, (00.30)