czwartek, 26 lutego 2015

Rozpaczliwie...

Dokąd mnie prowadzisz...?
Ile jeszcze lat za Tobą iść mam,
Gdy tylko ciemność wokół i strach,
A ja nie mogę się już zatrzymać...

Dokąd mnie prowadzisz...?
Przez te mgły ledwo widać Cię
Czemu ufam Ci tak ślepo
I patrząc w ciemność tonę w niej

Dokąd mnie zabierasz?
Tym razem buty starte mam
Chciałabym choć znać swój cel
Gdy ta podróż tak długo trwa...

Oczy Twe pamiętam
I noszę na sobie Twą woń
Czy to czyni mnie zaklętą?
Nic nie uwolni mnie z Twych rąk...

Dokąd mnie prowadzisz...?
Ile jeszcze czasu mam tak biec
W nieznane, choć upragnione
Miejsca mych zmyślonych wspomnień

Oczy Twe pamiętam
I noszę na sobie Twą woń
Lecz czy to czyni mnie zaklętą
I nic nie uwolni mnie z Twych rąk...?

Usta Twe pamiętam;
Jak zawsze odległe o krok
Kiedy wołam i błagam o uśmiech
Powiedz, czemu odwracasz wzrok?

Potrzebuję Cię...
Rozpaczliwie

Potrzebuję Cię
Rozpaczliwie...

Lecz dokąd mnie prowadzisz?
Chyba dalej już nie mogę iść
Czy gdy upadnę, zauważysz,
Jak osuwam się bez sił...?


Oczy Twe pamiętam,
Ale już nie widzą mnie...

Czy to czyni mnie przeklętą?

Na stracenie wiodłeś mnie....



Vuohi

czwartek, 19 lutego 2015

...most accidents happen close to my heart.

Wykręcasz mnie na każdą stronę
Wyciskasz ze mnie myśli
Wszystko tak sztucznie, na siłę
Bo pragniemy zmian, a zbyt różni jesteśmy

Rozpruwasz mnie i męczysz
Pozwalam Ci, bo czuję, że...
Czuję, że czuję coś. Coś.

COŚ.

Wykręcasz mnie na każdy sposób
Krew kapie na podłogę,
Ale zabraniasz mi na nią patrzeć;
Nie mogę wiedzieć, jak bardzo się poświęcam

Chciałabym, żebyś znowu przyprawił mi motyle skrzydła
I czułki, i palców opuszki mi zwrócił,
Bo chyba straciłam dotyk i umiejętność wzniesienia się ponad ten chaos...

Przepraszam, mogę tylko nucić piosenkę o swoim żalu.

Wykręcasz mnie, wraz z moją sukienką,
Którą mi podarowałeś, by rozedrzeć ją tak paskudnie,
Że ludzie mówią, bym odeszła, gdyż chodzę w łachmanach

Przepraszam, mogę tylko śpiewać utwory o mojej nagości.

Nie posłucham nikogo, kto każe mi się oddalić
Choć raz świadomie, a raz mimowolnie, odchodzę od Ciebie na parę kroków
Gdy dociera do mnie, że nie jesteśmy w stanie pomóc sobie nawzajem
I nikt, nikt, NIKT tego nie rozumie.

Dlaczego ludzie tak mocno odczuwają potrzebę bycia zrozumianym?
To takie męczące...

Wykręcasz mnie resztkami sił,
A ja uczepiam się skrawka tkaniny wysuniętej z Twojego oka
Szalenie łaknę Twojej uwagi
Choć to nie prowadzi do niczego, naprawdę, do niczego.

Do niczego jestem.

Przepraszam, mogę tylko wygrywać melodie o mojej samotności...

Która nie istnieje dzięki Tobie i istnieje czasem dzięki Tobie, odkąd porzuciłam ją dla Ciebie.
Masz mało czasu, a ja mam go jeszcze mniej,
By zrozumieć
By połknąć...przełknąć te granice między nami,
I nie udławić się, cienkimi liniami i nićmi,
Które nacinają nas ilekroć usiłujemy się do siebie zbliżyć.

Chciałabym, żebyś dawał mi kwiaty, których zapach zakorzeni się we mnie tak głęboko, jak smutek,
Aż pewnego dnia zakwitną, wydadzą pąki, wyrządzą mi wiosenną krzywdę,
Przedzierając się przez szczeliny w moich snach,
I wypchną ze mnie potrzebę ranienia wszystkiego i wszystkich,
Prócz siebie

Bo, przepraszam, ale mogę tylko dźwięczeć od resztek bólu i echa strachu we mnie drzemiących.

Wykręcasz mnie, a ja się krzywię.
Łamiesz mnie, a ja się wyginam.
Chcesz, bym była elastyczna, więc jestem
Chcesz, żebym czułą to coś, żebym wiedziała, że czuję, żebym czuła, że czuję,
Że czuję, czuję to COŚ
Tylko szkoda, że...

Ty nie możesz też być choć trochę taki, jak ja chcę.
Trochę bardziej bliski...

Chciałabym, żebyś dotknął mojego serca raz jeszcze
Ale nie mogę o to poprosić
Chciałabym, żebyś ścisnął ostatni raz moją szyję
Wypychając z niej słowa, które chowam na specjalną okazję, które tak bardzo chcę wykrzyczeć, ale nie mogę, blokują mnie i męczą i tyle lat staram się opowiedzieć o nich, lecz ciągle coś jest nie tak, coś jest nie tak, nie tak, nie tak!

Wykręcam Cię na wszystkie strony
Rzucam Tobą i pomiatam
Wmawiam, obwiniam, dotykam...


Przepraszam, potrafię tylko przedrzeźniać swoją miłość.




Vuohi

Native Wildlife

poniedziałek, 2 lutego 2015

Nie mogę Cię mieć, nie mogę Cię stracić (29.11.14)

Ponoć by być szczęśliwym, wystarczy żyć tu i teraz; nie zatracać się we wspomnieniach, nie rozmyślać nad tym, co było oraz nie wyobrażać sobie tego, co jest nierealne.
Jednak co, jeśli wszystko, co jest tu i teraz, przesiąknięte jest zgniłym zapachem przeszłości? Jeżeli kolejny oddech da się wziąć tylko poprzez połykanie następnych wspomnień i co, jeśli tylko wyobrażanie sobie nierealnych rzeczy, pozwala otworzyć oczy rano i ze spokojem zasnąć wieczorem...?

Pogubiłam się, bo...biegłam na siłę do przodu, nie zważając na strach, który we mnie narastał. Ignorowałam wewnętrzny niepokój, będący ostrzeżeniem. Stale wypatrując miłości przed sobą, nie dostrzeżemy jej u swego boku. Skreślając swe szanse na początku, nie pozwolimy zaistnieć nadziei, niezbędnej do życia.

Złamałam wszelkie możliwe zasady, które sobie wyznaczyłam, i których nauczył mnie świat. Głupota moja, ślepota i milczenie, pozbawiły mnie wszystkiego.
Gdybyś zapytał mnie teraz...czy jestem szczęśliwa, nie znałabym odpowiedzi. Tyle, och, tyle się wydarzyło, że nie mam siły już opierać się dłużej na złudzeniu, że jest dobrze i będzie dobrze...

Nie jest dobrze ani trochę i nie będzie wcale.

Czuję się zagubiona do tego stopnia, że nie wierzę już w nic. Jestem złamana, zepsuta. Choć pęknięcie to dotknęło mnie już tak bardzo dawno temu, że myślałam, iż zdołam się poskładać, to i tak dziś znów czuję, że jestem zupełnie...rozsypana.

Wierzyłam, że pozbiera mnie ten, którego z dna usiłowałam wyciągnąć. I udawało mu się; ciągle mu się udaje, ale nigdy na stałe. I nie chcąc go o to winić, nie radzę sobie w naszych relacjach. Jestem aż tak słaba, że każdy mój dotyk, który mu ofiaruję, nosi w sobie cząstkę nienawiści. W ten sposób przelewam na niego gorycz, po trochu za każdym razem, aż robi się dla mnie coraz cięższy do zniesienia. Człowiek, którego kosztem wyleczyłam się z rozpaczy na jakiś czas...

Och, obyś Ty nigdy nie musiał ujrzeć we mnie tego potwora, jakim jestem. Oby choć Ciebie ochroniła żelazna maska, której ciężar spoczywa mi na twarzy.

Oskarżając ludzi o chłód, hipokryzję, zepsucie...połknęłam cząstkę tej zarazy, panującej na świecie. Nawet nie zauważając, powoli stawałam się coraz gorsza, aż dziś...czy jestem już lodowatą skałą, czy może jeszcze jawię się jako twardy kamień, nagrzany od słońca?
Nie mów mi, nie odpowiadaj, proszę, bo żadna z odpowiedzi nie przyniesie mi już ratunku...

Nie ma antidotum na tę chorobę, której nikt prawie nie widzi, której nikt nie potrafi nazwać.

Chcąc nie chcąc, utonęłam we wspomnieniach, gdzie zawsze byłam zupełnie inna, niż teraz. Nie potrafiłam przestać karmić się przeszłością i wyobrażeniami na temat tego, co by było, gdybym postąpiła inaczej. A teraz...po raz pierwszy zaczęłam tonąć w zupełnie innym miejscu;

Tęsknota zalała moje płuca, gdy spojrzałam w Twoje oczy pełne zagadek i niepokoju.
Czy kolejny raz stracić mam wszystko...dla jednego spojrzenia?

Już raz zginęłam dla tajemnic, utkwionych w cudzych oczach. Od tamtej pory nigdy nie dałam rady się ponownie pokochać. Ja wciąż i wciąż siebie nienawidzę tak mocno, że spalam tym miłość we wszystkich, wyobrażasz to sobie?

On naprawdę pomagał mi szanować siebie i rozumieć, on nigdy nie skierował na mnie tego samego ostrza, jakie wbijałam w niego codziennie. Przepełnione żalem, zmieniło go nieodwracalnie. Ja go zmieniłam. Zepsułam kolejną osobę, która mogłaby mnie w pełni naprawić...?
Nie wiem. I dlatego czuję się tak okropnie zagubiona od dłuższego czasu.

Co mam teraz zrobić, co powinnam mu powiedzieć?
Że wypaliło się we mnie wszystko po kolei, czy skłamać znów i przysięgać, że ze mną wszystko w porządku, bo...
Przecież u mnie zawsze wszystko jest w porządku.

Uciekam od tych pytań, myśli i decyzji, już kolejne dni, tygodnie, miesiące. Ukrywam się przed sobą, choć coraz częściej rozdrapuję swe rany i zagłębiam się w siebie.
A Ty istniejesz wciąż za mną, od dłuższego czasu. Siedzisz wygodnie z tyłu mojej głowy, nogą zaczepiając o me serce.
Po co to robisz? Po co dręczysz mnie, jako myśl, jako pragnienie ucieczki i rozpaczy? Przecież...nie mogę Cię mieć, nie mogę.

My nigdy nie będziemy dla siebie, nigdy nie byliśmy...
Ale mimo to, nie mogę Cię stracić.

Nie umiem pozostawić tych oczu, tych domysłów, wyobrażeń. Nigdy nie wypowiedzianych słów i ich domniemanego istnienia.
W ten sposób życie znów ze mnie drwi.

Bo co, jeśli byliśmy, będziemy...co jeśli Twoje oczy znajdą się jeszcze bliżej i bliżej, aż dostrzegę w nich łzy, które zdążyły już prawie całkiem wyschnąć i zapragnę wówczas je mieć...? Zechcę nosić każdy Twój strach i Twoją boleść, spróbować z Tobą naprawić to, co zostało zepsute czy zapomniane, przemilczane, gdy popełnialiśmy te wszystkie błędy...co jeśli, co jeśli...

Słów mi brak i tchu mi brak. I uczuć też mi brak. Lecz co jeśli...stało się to już...?

I nie mogę Cię mieć, nie mogę Cię stracić.
Jest zdecydowanie za wcześnie, bo się spóźniłam.

Nie jestem dość silna, by zniszczyć wszystko, co zbudowałam. I obawiam się, że już tylko ta bezsilność trzyma mnie nadal przy nim, w swoim ciele...podczas gdy duch zasypia znów daleko stąd, w Twoich ramionach, w tej...nierealnej chwili...
O której nawet nie mam prawa marzyć.



Vuohi