wtorek, 19 stycznia 2016

Drogi Przyjacielu...

Zastanawiam się, czy wiedziałeś, jak mocno mogą palić łzy, zanim mnie na nie skazałeś...
Czy myślałeś o obrazach, jakie rzeźbią ostrza słonej rozpaczy, czy czułeś kiedykolwiek ognie rozdzierające krtań, nie mogące się wydostać i pożerające serce, zanim rzuciłeś mnie w objęcia tej choroby i...czy wiedziałeś, że chorowałam już wcześniej?
Wydawałoby się, że te Twoje ręce...takie piękne, takie silne i miękkie...krzywdy mi zrobić nie mogą...
Wydawałoby się, że ramiona Twe ciepłe z szaleństwa wyciągnąć potrafią, lecz...myliłam się bardzo. Już wiem, że myliłam się bardzo.
Nie wiem sama, czy bym chciała, byś zrozumiał kiedyś język, w którym szepczą wszystkie Twe najgłębsze lęki, i by płuca Twoje ściskać i wykręcać zaczął wstrząsający żalu dreszcz...chyba nie.
Na pewno nie.
Nie potrafię Ci życzyć źle.

Zastanawiam się, czy byłeś pewien, że jakoś zdołam się naprawić, czy też chciałeś sprawdzić i zobaczyć, jak się bawię sama ze sobą, jak przerysowuję te same obrazki z kartki na kartkę, po tysiące razy...
Wydawałoby się, że nic nie zdoła mnie dotknąć bardziej, niż motyl pozostawiony na moim karku, niż róża na mym czole, którym dałeś życie i najpiękniejszy zapach, bo zapewniały mnie...że to dobro w Tobie jest prawdziwe, że nie kryje się za nim śmierć...lecz myliłam się.
Już wiem, że myliłam się bardzo.

Przyjacielu! Ucałuj mnie raz jeszcze, z dłonią przywartą do mego serca, spójrz mi w oczy i wypowiedz kłamstwo, którego tak wyczekiwałam, o które modliłam się co noc, by znów je usłyszeć...! Zapewnij mnie, że mogę Ci ufać; wpajaj słowa w moje usta, bezwiednie odciskając mi na plecach kształt bolesnej samotności i ugryź, by wlać we mnie jad sinoniebieskiej tęsknoty!
Jakże wspaniale mieć Ciebie tak blisko!

Powiedz mi - czy byłeś świadom ran kwitnących poza zasięgiem wzroku i kwiatów wycinanych z barwnych kart wspomnień? Ach, oczywiście, że tak.
Ślepcem nie jesteś - jedynie widzieć nie chciałeś.
I nie ogłuchłeś - po prostu mnie nie słuchałeś...

Zastanawiam się, czy będę w stanie, znieść siebie samą po doświadczeniu Twego pojęcia miłości...
Patrzę w swoje oczy, stojąc przed lustrem, i wydają mi się coraz większe, okrąglejsze i straszniejsze, a usta coraz bielsze, drobniejsze i cichsze...
Gdzie byłeś, po złożeniu obietnicy, że zawsze mogę na Ciebie liczyć?

Jeszcze niedawno usiłowałam tańczyć z samotnością, w ciemności wyśpiewać swój lęk, tuląc pustkę do siebie, zaciskając sobie dłonie na ramionach...marzyłam, byś nagle się zjawił, byś był, byś został...
I tak mijały sekundy, minuty, godziny, a ja, marznąc, kołysałam siebie samą do kolejnego pustego snu. Jeszcze niedawno usiłowałam Cię znienawidzić, wyrwać z serca Twe spojrzenie i spalić w sobie barwę Twego głosu...ale nie potrafię.

Nie nienawidzę Cię.
Nie chcę zatruwać siebie tak zatrważającą, ciemną siłą, bo nawet nie jesteś tego wart. I może kiedyś sama to zrozumiem, że nigdy nie byłeś.

Ha, do trzech razy sztuka.
Żałuję, że pozwoliłam sercu pokochać Cię do tego stopnia, w którym Ty ciskasz mną o szklany mur, rozbijając go na kawałki szarpiące każdy z moich nerwów, a ja...nawet nie czując już nic, prócz obrzydzenia, i tak podnoszę się właśnie po to...by po raz setny wyciągnąć do Ciebie dłoń...


To całkiem śmieszne, mój Przyjacielu.



Vuohi

niedziela, 17 stycznia 2016

Topniejąc pośród nocy

Nieznajomy zapach przylgnął mi do skóry
Wplątał się we włosy, naruszając mury,
Które przeciw wszystkim przywiązaniom wzniosłam
Myśląc, że już w końcu z nadziei wyrosłam...

Krzew różany, otulony śniegiem, zadrżał
W swojej samotności słów zmrożony chłodem
Zalśniła w ciemności rześka myśl rumiana
Pękły pąki skute rozczarowań lodem

I ja drżę - naraz ze strachu, i z radości;
Oto rosa wieczorna mrok przebija łez
I rzucam się w jasne ramiona lekkości,
A na powieki mi opada ciepły sen...

Chciałabym jeszcze wtulić się ze wszystkich sił
W tę miękką, nieznaną mi dotąd, senną woń
I jakoś...dłonie wpleść w to nowe marzenie
Do szepczącego serca swą przyłożyć skroń...

Lecz dziś uciekam, z tęsknotą na ramieniu;
Moje lęki jeszcze nie chcą mnie opuścić...
Ale wrócę tam na pewno, przed Jesienią,
Tylko...nie pozwól mi Zimy do serca wpuścić.



Vuohi, 16/17.01.16

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Pożegnanie nieostatnie

Och, jak łapczywie, zawzięcie rzuciłam się w ramiona tej zimy!
Skórę strzaskaną mam koronką mrozu, mgła mleczna źrenice przysłania...

Kłamstwo! Kłamstwo okrutne wbrew sobie poczęłam, znów wmawiając coś sobie, znów łańcuchami myśli obwiązując ciasno, między zapomnienia karty pożółkłe się wpychając...i na cóż to wszystko?
Ja nie potrafię...

Posiniało mi serce ze strachu, skronie rosą lęk zbroczył, a w oczach sól zastygła, jakoby stal nierdzewna, nieporuszona i twarda...i gardzę sobą ponownie, porzucam postanowienie żelazne - zbyt ciężkie, bym nabrać powietrza mogła, zatrzymując jego ciężar na piersi.

Już prawie...
Niemal wyrzekłam się ust swych i dłoni, 
rozedrgana porzuciłabym pieśń swą w pogoni...
...za tym, co jedynie przez ślepotę mieniłam złotem,
co tymczasem kleistą było smołą...i błotem.

Umieściłam jego oczy wysoko na niebie, 
ramiona nazwałam swoim schronieniem...
Zamkiem z papierowej masy się okazały
obietnice i słowa, niby twarde, jak skały...
Już prawie.

Kłamstwo! Kłamstwo paskudne pod skórę wciskałam, motylami gardło wypychając, za śmiechem ostrza i igły ukrywając, pąki obłudy i obłąkania wyrzucił na powierzchnię ocean mój wzburzony i...na cóż to wszystko?
Ja nie potrafię...

Ja tej zimy nigdy bym nie przetrwała. 
Nie minął miesiąc, a mi już we znaki dają się pragnienia schowane, zamknięte w ciszy i niby zamaskowane...nie dam rady wywalczyć spokoju duszy, po latach przegranych w wojnie z samą sobą, gdy czułam, że ubywa mnie...
Ale czy ubywa mnie?
Czy jest mnie coraz mniej...?

Coraz więcej, coraz silniej, coraz bardziej i mocniej...nie mogę!

Wyrywam się sobie, po raz kolejny - jak mogłam tak godność swoją porzucić, och, jaki wstyd, że poddać się chciałam przez uczucie oparte na kłamstwach!

Już prawie...!
Wykończyły mnie niemal mrozy upragnione,
wzywane w dręczącej tęsknocie za Domem,
ale Dom mój nie tam tkwił...nie w jego oczach...
Ich błękit na zawsze już kłamstwem pozostał.

Żałośnie się zarzekając, że już nic w sobie nie pozostawię, co poruszyć by mnie mogło nazbyt mocno...wydawało mi się, że to możliwe...; nie czuć.

Jednak nie jestem z kamienia, nie będę z kamienia...!
Wybiegnę naprzeciw bólom tego wspomnienia,
rozerwę niszczącą mnie szarą pokrywę
i doczekam chwili, aż zapłaczę szczęśliwie

Nad kochaniem swoim, co wiecznie się tli
na dnie mojej studni, gdy opadam z sił...
I wiem, że na nim tylko mogę się oprzeć,
chociażbym cierpieć miała samotnie.

Przywoływałam skomleniem te Śniegi, 
co topią się dziś w strumieniach Ulewy;
Ja nie zamarznę - zamarznąć nie potrafię,
Płomienie w mym sercu lśnią znowu jaśniej...

I precz, wynoś się zarazo nienawiści! Och, jak mogłam dać się tak łatwo omamić...w czułych kłamstw sieć schwytana, karmiłam ciernie palące, przeciwko sobie i światu...sądząc, że pokonać zdołam ogromy uczuć, wierząc, że źródło ich jest skażone...

Myliłam się bardzo
uważając, że warto
poświęcić wszystko dla tego, 
który za śmieci brał me słowa,
który za nic miał oddanie...
Myliłam się bardzo
i ufałam zbyt łatwo...
Ale więcej to się nie stanie;
oto przesyłam mu pożegnanie...:

Życzę Ci, by nikt przenigdy nie oszukał Cię w taki sposób, który by Twe istnienie zaprowadził na skraj przepaści i zmusił, byś zgasił wszelkie swe nadzieje...

Lecz chyba nie muszę się martwić o Twoje uczucie:
Naczynie w Twej piersi od wieków jest puste.





Vuohi