Zastanawiam się, czy wiedziałeś, jak mocno mogą palić łzy, zanim mnie na nie skazałeś...
Czy myślałeś o obrazach, jakie rzeźbią ostrza słonej rozpaczy, czy czułeś kiedykolwiek ognie rozdzierające krtań, nie mogące się wydostać i pożerające serce, zanim rzuciłeś mnie w objęcia tej choroby i...czy wiedziałeś, że chorowałam już wcześniej?
Wydawałoby się, że te Twoje ręce...takie piękne, takie silne i miękkie...krzywdy mi zrobić nie mogą...
Wydawałoby się, że ramiona Twe ciepłe z szaleństwa wyciągnąć potrafią, lecz...myliłam się bardzo. Już wiem, że myliłam się bardzo.
Nie wiem sama, czy bym chciała, byś zrozumiał kiedyś język, w którym szepczą wszystkie Twe najgłębsze lęki, i by płuca Twoje ściskać i wykręcać zaczął wstrząsający żalu dreszcz...chyba nie.
Na pewno nie.
Nie potrafię Ci życzyć źle.
Zastanawiam się, czy byłeś pewien, że jakoś zdołam się naprawić, czy też chciałeś sprawdzić i zobaczyć, jak się bawię sama ze sobą, jak przerysowuję te same obrazki z kartki na kartkę, po tysiące razy...
Wydawałoby się, że nic nie zdoła mnie dotknąć bardziej, niż motyl pozostawiony na moim karku, niż róża na mym czole, którym dałeś życie i najpiękniejszy zapach, bo zapewniały mnie...że to dobro w Tobie jest prawdziwe, że nie kryje się za nim śmierć...lecz myliłam się.
Już wiem, że myliłam się bardzo.
Przyjacielu! Ucałuj mnie raz jeszcze, z dłonią przywartą do mego serca, spójrz mi w oczy i wypowiedz kłamstwo, którego tak wyczekiwałam, o które modliłam się co noc, by znów je usłyszeć...! Zapewnij mnie, że mogę Ci ufać; wpajaj słowa w moje usta, bezwiednie odciskając mi na plecach kształt bolesnej samotności i ugryź, by wlać we mnie jad sinoniebieskiej tęsknoty!
Jakże wspaniale mieć Ciebie tak blisko!
Powiedz mi - czy byłeś świadom ran kwitnących poza zasięgiem wzroku i kwiatów wycinanych z barwnych kart wspomnień? Ach, oczywiście, że tak.
Ślepcem nie jesteś - jedynie widzieć nie chciałeś.
I nie ogłuchłeś - po prostu mnie nie słuchałeś...
Zastanawiam się, czy będę w stanie, znieść siebie samą po doświadczeniu Twego pojęcia miłości...
Patrzę w swoje oczy, stojąc przed lustrem, i wydają mi się coraz większe, okrąglejsze i straszniejsze, a usta coraz bielsze, drobniejsze i cichsze...
Gdzie byłeś, po złożeniu obietnicy, że zawsze mogę na Ciebie liczyć?
Jeszcze niedawno usiłowałam tańczyć z samotnością, w ciemności wyśpiewać swój lęk, tuląc pustkę do siebie, zaciskając sobie dłonie na ramionach...marzyłam, byś nagle się zjawił, byś był, byś został...
I tak mijały sekundy, minuty, godziny, a ja, marznąc, kołysałam siebie samą do kolejnego pustego snu. Jeszcze niedawno usiłowałam Cię znienawidzić, wyrwać z serca Twe spojrzenie i spalić w sobie barwę Twego głosu...ale nie potrafię.
Nie nienawidzę Cię.
Nie chcę zatruwać siebie tak zatrważającą, ciemną siłą, bo nawet nie jesteś tego wart. I może kiedyś sama to zrozumiem, że nigdy nie byłeś.
Ha, do trzech razy sztuka.
Żałuję, że pozwoliłam sercu pokochać Cię do tego stopnia, w którym Ty ciskasz mną o szklany mur, rozbijając go na kawałki szarpiące każdy z moich nerwów, a ja...nawet nie czując już nic, prócz obrzydzenia, i tak podnoszę się właśnie po to...by po raz setny wyciągnąć do Ciebie dłoń...
To całkiem śmieszne, mój Przyjacielu.
Vuohi
Czy myślałeś o obrazach, jakie rzeźbią ostrza słonej rozpaczy, czy czułeś kiedykolwiek ognie rozdzierające krtań, nie mogące się wydostać i pożerające serce, zanim rzuciłeś mnie w objęcia tej choroby i...czy wiedziałeś, że chorowałam już wcześniej?
Wydawałoby się, że te Twoje ręce...takie piękne, takie silne i miękkie...krzywdy mi zrobić nie mogą...
Wydawałoby się, że ramiona Twe ciepłe z szaleństwa wyciągnąć potrafią, lecz...myliłam się bardzo. Już wiem, że myliłam się bardzo.
Nie wiem sama, czy bym chciała, byś zrozumiał kiedyś język, w którym szepczą wszystkie Twe najgłębsze lęki, i by płuca Twoje ściskać i wykręcać zaczął wstrząsający żalu dreszcz...chyba nie.
Na pewno nie.
Nie potrafię Ci życzyć źle.
Zastanawiam się, czy byłeś pewien, że jakoś zdołam się naprawić, czy też chciałeś sprawdzić i zobaczyć, jak się bawię sama ze sobą, jak przerysowuję te same obrazki z kartki na kartkę, po tysiące razy...
Wydawałoby się, że nic nie zdoła mnie dotknąć bardziej, niż motyl pozostawiony na moim karku, niż róża na mym czole, którym dałeś życie i najpiękniejszy zapach, bo zapewniały mnie...że to dobro w Tobie jest prawdziwe, że nie kryje się za nim śmierć...lecz myliłam się.
Już wiem, że myliłam się bardzo.
Przyjacielu! Ucałuj mnie raz jeszcze, z dłonią przywartą do mego serca, spójrz mi w oczy i wypowiedz kłamstwo, którego tak wyczekiwałam, o które modliłam się co noc, by znów je usłyszeć...! Zapewnij mnie, że mogę Ci ufać; wpajaj słowa w moje usta, bezwiednie odciskając mi na plecach kształt bolesnej samotności i ugryź, by wlać we mnie jad sinoniebieskiej tęsknoty!
Jakże wspaniale mieć Ciebie tak blisko!
Powiedz mi - czy byłeś świadom ran kwitnących poza zasięgiem wzroku i kwiatów wycinanych z barwnych kart wspomnień? Ach, oczywiście, że tak.
Ślepcem nie jesteś - jedynie widzieć nie chciałeś.
I nie ogłuchłeś - po prostu mnie nie słuchałeś...
Zastanawiam się, czy będę w stanie, znieść siebie samą po doświadczeniu Twego pojęcia miłości...
Patrzę w swoje oczy, stojąc przed lustrem, i wydają mi się coraz większe, okrąglejsze i straszniejsze, a usta coraz bielsze, drobniejsze i cichsze...
Gdzie byłeś, po złożeniu obietnicy, że zawsze mogę na Ciebie liczyć?
Jeszcze niedawno usiłowałam tańczyć z samotnością, w ciemności wyśpiewać swój lęk, tuląc pustkę do siebie, zaciskając sobie dłonie na ramionach...marzyłam, byś nagle się zjawił, byś był, byś został...
I tak mijały sekundy, minuty, godziny, a ja, marznąc, kołysałam siebie samą do kolejnego pustego snu. Jeszcze niedawno usiłowałam Cię znienawidzić, wyrwać z serca Twe spojrzenie i spalić w sobie barwę Twego głosu...ale nie potrafię.
Nie nienawidzę Cię.
Nie chcę zatruwać siebie tak zatrważającą, ciemną siłą, bo nawet nie jesteś tego wart. I może kiedyś sama to zrozumiem, że nigdy nie byłeś.
Ha, do trzech razy sztuka.
Żałuję, że pozwoliłam sercu pokochać Cię do tego stopnia, w którym Ty ciskasz mną o szklany mur, rozbijając go na kawałki szarpiące każdy z moich nerwów, a ja...nawet nie czując już nic, prócz obrzydzenia, i tak podnoszę się właśnie po to...by po raz setny wyciągnąć do Ciebie dłoń...
To całkiem śmieszne, mój Przyjacielu.
Vuohi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz