piątek, 30 grudnia 2016

Włosy

Zimną, o tak wczesnej porze było jeszcze ciemno, gdy na przystanku tramwajowym stał już, od kilkunastu minut, potupujący z zimna i szurający nogami, wydmuchujący parę z ust przygarbiony tłumek. Blondynka w kozakach odpowiadała beznamiętnie na pytania swojego synka, mężczyzna z posiwiałą brodą co chwila sprawdzał godzinę na swoim zegarku, staruszka z brązową apaszką na szyi jadła łapczywie jagodziankę zakupioną w piekarni niedaleko przystanku, a mocno umalowana nastolatka słuchała głośno muzyki na słuchawkach.
Coś się stało.
Żaden tramwaj nie przyjeżdżał od co najmniej dziesięciu minut, choć już trzy powinny się były pojawić. Coraz więcej ludzi zaczynało gromadzić się na wąskim chodniczku i coraz wyraźniej dało się słyszeć narzekanie pod nosem większości zebranych.
Na domiar złego zaczął padać śnieg z deszczem, a pod daszkiem nie było już miejsca.
Awaria pojazdu na poprzednim przystanku – komunikat pojawił się na elektrycznej tablicy, na co część osób rozeszła się w swoje strony, a część przybrała zdezorientowane miny, nie wiedząc, czy czekać, czy odejść.
Dziewczyna w oliwkowym płaszczu, z kapturem na głowie, stojąca tuż przy torowisku, rozglądnęła się i poczuła nerwowe ukłucie w żołądku.
Spóźni się do szkoły. Znowu.
Tym razem nie z własnej winy, ale to będzie o ten jeden raz za dużo.
Nie mogła jednak zrobić nic innego, niż czekać, bo droga była zbyt długa, by iść na piechotę, a w pobliżu nie widziała żadnego przystanku autobusowego, z którego mogłaby szybciej dotrzeć na miejsce.
Westchnęła, po raz kolejny wbijając wzrok w zegar na ekranie telefonu, który rozmywał się pod warstwą natychmiast topniejącego śniegu.
            W tym samym czasie, ściśnięci wewnątrz tramwaju pasażerowie wściekali się, klnąc pod nosem i poluzowując szaliki, rozpinając płaszcze, w których było im już za gorąco, a z głośników dobiegał do nich głos motorniczego, przepraszającego za utrudnienia.
Pogotowie naprawi usterkę lada chwila, ale jeśli ktoś zechce opuścić pojazd, może wysiąść już teraz.
Parę osób ziewnęło ze znużeniem, niektórzy przysnęli, wsparci o siedzenia przed nimi lub o szyby okien. Inni wyszli na zewnątrz, wpuszczając do środka szczypiące, mroźne powietrze.
Stojący tuż przy drzwiach młody mężczyzna chwycił się za gardło poczerwieniałą z zimna dłonią, i z bólem przełknął ślinę, po raz kolejny tego dnia uświadamiając sobie, że powinien był udać się do lekarza lub chociaż zostać w domu jeszcze parę dni. Czekało go dziś jednak parę ważnych zajęć na uczelni, których nie mógł opuścić.
Spojrzał w dół na swoje obłocone, skórzane buty i dostrzegając rozwiązaną sznurówkę, pochylił się, by ją zawiązać, gdy właśnie w tym momencie rozbrzmiał sygnał odjazdu i tramwaj ruszył do przodu ze zgrzytem.
Po chwili, kiedy drzwi rozsunęły się na przystanku, tłum ludzi zaczął pchać się do środka.
Parę osób zwolniło miejsca, by starsi ludzie mogli usiąść, kobieta z wózkiem ledwie wcisnęła się z nim do środka, chłopak z gitarą w futerale na plecach przepraszał wszystkich, których potrącił po drodze. Zrobiło się duszno, gdy tramwaj ponownie był gotów do odjazdu.
Dziewczyna w oliwkowym płaszczu ściągnęła kaptur i potarła blade, zmarznięte policzki. Ciężko było jej wykonać jakikolwiek ruch – w tym ścisku trudne byłoby nawet sprawdzenie godziny na telefonie, ale na szczęście na ścianie wagonu wyświetlał się zegar. Siódma dwadzieścia pięć – zdecydowanie nie zdąży już na wpół do ósmej.
Poczuła pod cienką podeszwą buta, że chyba stoi na czyjejś sznurówce, ale otaczający ją dookoła ludzie zasłaniali jej widok.
Mężczyzna tkwiący tuż za nią przypomniał sobie, że postawił torbę na podłodze za nogami i chciał drgnąć stopą, by sprawdzić, czy wciąż tam jest, lecz wówczas zauważył, że nie może wykonać żadnego ruchu nie tylko ze względu na ogólny ścisk, ale także przez kobietę przydeptującą mu sznurówkę. Jej rozczochrane, ciemnobrązowe włosy kłuły go w brodę, ale nie mógł się odchylić. Metalowa poręcz wbijała się w jego plecy.
Do centrum miasta pozostało jeszcze sporo przystanków, więc zapewne tłok utrzyma się jeszcze długo.
            Zmęczony i chory, mimo kataru poczuł jej zapach.
Słodka, kwiatowa woń szamponu lub jakiejś odżywki do włosów łamała inną – cierpką i ciężką do rozpoznania. Wciągnął powietrze jeszcze parę razy, mocniej, ale wciąż nie potrafił jej określić.
Papierosy? Nie…ich zapach jest drażniący.
Jakieś kadzidełko? Przyprawa? A może wilgoć starych, drewnianych mebli…?
Zmarszczył brwi. Jego babcia pachniała podobnie.
Przymknął powieki i oparł głowę o poręcz. Drzwi tramwaju rozsuwały się i zsuwały, a chłód omiatał jego twarz, poruszając parę kosmyków jego jasnych włosów, opadających na czoło. Żałował, że zapomniał słuchawek – z nimi droga mniej by się dłużyła.
            Chciała wcisnąć zmarznięte dłonie do kieszeni, ale musiała trzymać je na zewnątrz na wypadek, gdyby na zakręcie straciła równowagę. Czuła, że opiera się o kogoś, ale nie miała jak wykonać kroku naprzód, by się odsunąć. Ktoś, stojący za nią, stał stanowczo i pewnie, choć jego ubranie było miękkie, przez co musiała walczyć z pokusą, by nie oprzeć się bardziej i odpocząć od stania w jednym miejscu.
Piekły ją oczy z niewyspania, a usta paliły, popękane z zimna. Przesunęła językiem po wardze, gdy wtem tramwaj zahamował gwałtownie i szarpnął pasażerami do przodu, a ona wpadłaby wprost na stojącą przed nią niską i przygarbioną kobietę, gdyby nie ręka, która pochwyciła ją w ostatniej chwili.
Ręka kogoś z tyłu, zaciśnięta na jej nadgarstku.
Dłoń o zaczerwienionej skórze i zbielałych knykciach, znacznie większa od jej własnej, lecz o smukłych palcach.
Odwróciła się lekko, chcąc podziękować, lecz gdy spróbowała przenieść wzrok na tego, który jej pomógł, jego dłoń zsunęła się niżej, ponownie przykuwając jej uwagę. Pochwycił jej rękę, splatając się z nią palcami.
Wstrzymała oddech, lecz nie zareagowała – nie odsunęła się, ani nie odwzajemniła uścisku.
Zadrżał, lekko zawstydzony i niepewny, co się teraz stanie, ale czuł, że musiał to zrobić – sam nie wiedział dlaczego.
Jeszcze dwa przystanki.
Z każdą kolejną sekundą jej żołądek ściskał się z nerwów coraz bardziej.
Ma go puścić, wysiadając? Tak po prostu, bez słowa?
Kim on w ogóle jest? Może to jakiś jej znajomy…?
Rozbolał ją kark od powstrzymywania się, by odwrócić głowę.
Odważyła się odwzajemnić uścisk, na co odetchnął jakby z ulgą.
Na najbliższym przystanku musi wysiąść. Tramwaj zaczął zwalniać, a serce tłukło się w jej piersi. Przesunęła drugą rękę na przycisk na poręczy i wcisnęła go, by otworzyć drzwi. Gdy się rozsunęły, ruszyła do przodu, zaciskając oczy na chwilę, tak jakby to wszystko, co wydarzyło się przed chwilą, było jakimś snem i miało zniknąć, gdy z powrotem je otworzy.
Wyskoczyła z wagonu, a w rękę wciąż było jej ciepło. Bała się jednak na nią spojrzeć, by sprawdzić, czy ktoś nadal ją trzyma. Poruszyła palcami, a wówczas poczuła obcą dłoń, nieustannie wplecioną w jej.
Przełknęła ślinę z niepokojem, jednak parła dalej przed siebie.
            Szedł za nią jak w transie, jakby wszystko inne przestało istnieć – pozostali tylko oni dwoje i ich złączone ze sobą ręce.
Cienka warstwa śniegu topniała na kostce brukowej, po której szli w stronę szkoły. Spóźniła się już co najmniej pół godziny i wiedziała, że nie ma już po co przychodzić na tę lekcję, ale na resztę powinna była pójść…Prędzej czy później będą musieli się rozstać, ale jak? Czuła, że nie potrafi na niego spojrzeć.
W miejscu, w którym miała skręcić w lewo, minęła zakręt i poszła dalej, ciągnąc nieznajomego za sobą. Parę metrów później zwolnili kroku, zdyszani wypuszczając kłęby pary z ust. Dotarli do bram pobliskiego parku, który trwał jeszcze uśpiony o tej porze.
Torby, które oboje nieśli na ramionach, zaczynały im ciążyć.
Weszli między drzewa, na asfaltowe alejki. Nie miała pojęcia dlaczego skierowała się właśnie w takie miejsce, gdzie nie ma ludzi. Właściwie to dlaczego się go nie bała? W końcu nadal nie wiedziała, kto za nią idzie.
Zwolnili jeszcze bardziej, a w uszach dudniło jej bicie serca. Zatrzymali się wkrótce pośród gnijących resztek liści i śniegu, pod wielkim dębem o szerokim, czarnym pniu.
Wciąż stała do niego tyłem, a palce zdrętwiały im od uścisku. Poczuła, że wyciąga do niej drugą dłoń i chwyta za wolną rękę – pozwoliła mu. Przyciągnął ją do siebie i wetknął nos w jej włosy.
Gałka muszkatołowa.
Jakim cudem taki zapach zachował się na jej ciele?
Przeszły ją ciarki, kiedy się zbliżył. Bijące od niego ciepło uderzało w nią falami. Uniosła podbródek, odchylając głowę do tyłu i przyciskając mu się mocniej do nosa. Jego oddech wtopił się w jej włosy.
            Lekki wiatr muskał ich po odsłoniętej skórze, a dłonie trwały w uścisku. Odważyła się drgnąć i spróbować odwrócić. Okręciła się powoli, unosząc ręce jak przy obrocie w tańcu i wbiła wzrok w jego twarz.
Przez ciemnobrązowe oczy wpatrzone w nią, przemknęło zaskoczenie – nie widzieli siebie przecież do tej pory. Miał wyraźne, czarne brwi i blade, suche usta. Jego spojrzenie wydawało się emanować dobrocią i szczerością. Jasne włosy przylepiły się mu do czoła, mokre od padającego wcześniej śniegu. Miał podkrążone, zmęczone oczy i zaczerwieniony nos.
Patrzył na każdy element jej twarzy po kolei – na policzki, z których starł się puder, na cienie rzucane przez długie rzęsy, na pieprzyk na nosie, na jasne czoło, delikatne, małe usta i duże, niebieskie i przestraszone oczy.
Uwolnił jedną dłoń z uścisku i uniósł ją do jej głowy. Zamarła, nie wiedząc co zamierza.
Wyciągnął wskazujący palec i wsunął jej włosy za ucho.
- Moja babcia pachniała podobnie. – Powiedział. Miał zachrypnięty głos, niski, ale drżący, jakby zaraz miał się załamać.
- Co? – Pisnęła, nie spodziewając się, że którekolwiek z nich przerwie tę ciszę.
- Jak twoje włosy.
Zakręciło jej się w głowie. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, co się działo przez ostatnią godzinę.
- Jestem spóźniona…- zaczęła, lecz przerwał jej, nachylając się do przodu i przyciskając usta do jej ust. Odskoczyła do tyłu, wypuszczając jego rękę. W jednej chwili poczuł, jakby zalewała go rozpacz. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
Jej smak osiadł mu na podniebieniu, gdy przesunął po nim językiem. Zamknął oczy i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Spojrzała na nią, oddychając głośno.
Teraz albo nigdy.
Pochwyciła ją i pociągnęła go za sobą, rzucając się do biegu. Parli przed siebie przez park, mijając drzewa, ławki i latarnie. Chłód palił ich w policzki, a myśli w głowach wirowały szaleńczo. Dobiegli do placu zabaw, gdzie zwolnili i podeszli do dwóch, starych, zardzewiałych huśtawek, pokrytych śniegiem. Nie przejmując się nim, usiedli na nich wciąż trzymając się za ręce i rozhuśtali lekko.
Czuła się bardzo dziwnie, jakby we śnie, choć wszystko, co się działo, było bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek. Spojrzała w niebo – białe jak śnieg, bez wyrazu, niemożliwe do ogarnięcia wzrokiem i kłujące w oczy swą jasnością.
Co dalej?
Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła telefon – minęła ósma trzydzieści. Nad głowami przefrunęło im stado gołębi. Zatrzymał się i zszedł z huśtawki by stanąć za nią. Nie wiedzieć dlaczego, nie czuła potrzeby sprawdzenia, co robi. Przytrzymał jej huśtawkę, a potem włożył ręce za kołnierz jej płaszcza by wyciągnąć spod niego włosy. Rozsypały się po jej ramionach i plecach, długie i ciemne.
Zgarnął je i trzymając w dłoni zaczął skręcać tworząc z nich jednolity splot. Pociągnął zań, odchylając jej głowę do tyłu, i napotkał jej pytające spojrzenie. Wyciągnął dwa palce w stronę jej powiek i opuścił je w dół jednym gestem. Pozostawiła oczy zamknięte, kiedy nachylił się i zetknął z nią nosem. Następnie przesunął ustami po jej czole zatrzymując się na linii włosów.
- Przyjdź do mnie, proszę. – Szepnął, obejmując jej twarz. Nie rozumiała co ma na myśli. Jego palce wbiły się jej w szyję, tuż pod szczęką.
Dokąd? Kiedy? Przecież są zupełnie…obcy?
Pociągnął ją delikatnie za włosy. Otworzyła oczy, podniosła się powoli i odwróciła do niego.
- Jestem. – Odparła po chwili, ze spokojem w duszy. Jej głos był się miękki i lekki.
Śnieg ponownie zaczął prószyć, a on złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.

            Szli piechotą już dobrą godzinę, odkąd wysiedli z tramwaju jadącego w przeciwną stronę niż jechali wcześniej. Trzymali się mocno za ręce, ale nie spoglądali na siebie, choćby tylko kątem oka. Każde z nich wpatrywało się jedynie w chodnik umykający im pod stopami.
Znajdowali się na jakimś starym osiedlu, u granic miasta. Nie było tam kamienic ani zbyt wielu sklepów – tylko stare, czteropiętrowe bloki i dużo drzew pomiędzy nimi. Powietrze było lżejsze, niż w centrum.
Poczuła, że burczy jej w brzuchu.
Skręcili w uliczkę pomiędzy dwoma budynkami, a potem w prawo, gdzie stanęli przy pierwszej klatce. Wpisał kod i otworzył im drzwi, po czym wprowadził ją za rękę do środka. Nie było windy, więc ruszyli na górę po schodach. Mieszkał na drugim piętrze.
Przekręcił klucz w zamku i przekroczyli próg mieszkania numer sześć.
Wewnątrz pachniało starociami i kurzem.
Stanęła na środku przedpokoju i rozejrzała się dookoła – boazeria na ścianie ozdobiona została plecionymi na płótnie obrazkami. Pośród nich wisiała jedna ramka ze zdjęciem przedstawiającym starszą kobietę z jasnowłosym chłopcem na kolanach.
- To ona. – Powiedział, zauważając co przykuło uwagę dziewczyny. – Wychowywała mnie. – Gorycz zabrzmiała w jego głosie.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc tylko uścisnęła mocniej jego dłoń.
Przeniósł wzrok ze zdjęcia na jej twarz i wyciągnął ręce w stronę zapięcia jej płaszcza. Poczynając od góry, odpinał po kolei duże, czarne guziki. Stała sztywno, z trudem nabierając powietrza, a w uszach szumiała jej krew.
Po chwili zsunął okrycie z jej ramion, odsłaniając ciemnozielony, gruby sweter. Dotknął palcem jej podbródka i patrzył na nią przez jakieś pół minuty, po czym ściągnął swój płaszcz i wysunął stopy z butów. Ona także zdjęła swoje i odsunęła je na bok kopnięciem.
Popchnął ją lekko w głąb mieszkania, kierując do ciemnego pokoju po lewej.
Grube, bordowe zasłony były zaciągnięte, i przepuszczały zaledwie jeden, jedyny strumień światła z zewnątrz, który tworzył pionową, białą kreskę na przeciwległej ścianie.
Rozglądnęła się po pokoju – był całkiem ładny, choć zaniedbany – wszędzie walały się książki, zeszyty, ubrania i zużyte chusteczki.
            Stał za nią na dywanie, z zamkniętymi oczami, a  pod jego nosem znów znajdowały się jej włosy. Wciągał ich zapach głębokimi wdechami, a po jego ciele rozchodziły się drżenia.
Nie mogąc się powstrzymać, sięgnął po nie i znów zgarnął je do tyłu, splatając w skręt. Przeszły ją ciarki, gdy lodowate palce zetknęły się z jej szyją. Nagle poczuła, jakby całe tamtejsze powietrze zaczęło ją przygniatać i dusić, aż żołądek zabolał z nerwów.
Odwróciła się powoli.
- Czego chcesz ode mnie? – To pytanie zabrzmiało ostrzej i bardziej oskarżycielsko, niż planowała. Wzdrygnął się i zamrugał oczami, jakby nagle ocknął się ze snu.
- Ja…- zaczął, a jego głos zadrżał. Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał prosto w oczy. – Tęsknię za nią…tęsknię za Tobą.
Zmarszczyła brew, nie rozumiejąc nadal, po co jest mu potrzebna.
- Ty mnie nie znasz. – Odrzekła cicho.
Wzdrygnął się ponownie, jakby zadała mu tymi słowami cios.
- Mylisz się. – Przełknął ślinę. – Nie możemy się już rozdzielić. Nigdy nie mogliśmy. – Zacisnął mocniej palce na jej dłoni. – Teraz wszystko jest jasne.
Przerażenie i niepokój narastały w niej gwałtownie i czuła, że lada chwila zmuszona będzie wyrwać się mu i uciec.
- Ona obiecała mi, że nie zostanę sam. Obiecała, że będzie przy mnie…że wróci… - ciągnął dalej -…wróciła w tobie…
Łzy zebrały się w jego oczach, którymi w ogóle nie mrugał od dłuższej chwili, wpatrując się w nią nieustannie.
- Wróciłaś. To ty, prawda…? – Dostrzegła rozpacz w jego spojrzeniu, prześwietlaną przez nadzieję.
Babcia była jedyną osobą, na której kiedykolwiek mógł polegać. Jako jedyna słuchała go i rozumiała, dbała o niego odkąd rodzice zginęli. Nie potrafił pogodzić się ani z jej chorobą, ani ze śmiercią. Ufał jej, a obiecała mu przecież, że zawsze będzie przy nim. Przysięgała mu to tak wiele razy, tuląc go do snu. Bał się świata poza domem, bał się życia poza jej ramionami.
Skrzywdziła go swoją miłością, odchodząc.
- Jesteś szalony… - Szepnęła, burząc wszystko, w co mógłby w tej chwili wierzyć.
Drżącymi rękoma pogładził jej twarz i włosy, przesunął dłońmi po ramionach, mocno zaciskając palce. Zaczęła się trząść, gdy pogładził ją po szyi. Pchnął ją lekko do środka pokoju. Poczuła, że nadepnęła na którąś z jego rzeczy, ale przesuwał ją dalej, aż do krawędzi łóżka. Gdy zetknęła się nogami z jego brzegiem, spróbowała odepchnąć mężczyznę, jednak wówczas chwycił ją za nadgarstki i pchnął na pościel.
Szarpała się i wierzgała nogami, ale był silniejszy i po chwili usiadł na niej okrakiem, wciąż trzymając za ręce. Twarz poczerwieniała jej z wysiłku, gdy próbowała się uwolnić.
Nachylił się i mimo, że starała się odwrócić głowę, przycisnął znów swe usta do jej własnych.
Po chwili jej ruchy stały się słabsze – ręce opadły na poduszkę za głową, a nogi przestały się siłować z ciężarem jego ciała. Osunął się na nią niżej, gdy odwzajemniła pocałunek.
Puścił jej nadgarstki i przesunął dłonie z powrotem na szyję.
Oparł się na niej i zacisnął palce na skórze. Szarpnęła się i zaczęła odpychać go, napierając mu dłońmi na czoło. Odwrócił głowę i zapłakał histerycznie, nie poluzowując uścisku.
Miotała się w jego rękach, ponownie kopiąc nogami i uderzając go pięściami. Pisnęła, czując, że brakuje jej powietrza – nawet krzyk nie mógł już wydostać się na zewnątrz z jej gardła.
Policzki pobladły jej zupełnie, skropione przez jego łzy.
Po chwili przestała się już szamotać. Leżała z rozchylonymi, suchymi ustami i na wpół otwartymi oczami. Wtulił się w jeszcze ciepłe ciało, a włosy chłonęły jego łkania, gdy otoczył się jej bezwładnymi ramionami.
Pachniała bezpieczeństwem.




Vuohi, 30.01.16

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz