Zimną, o tak wczesnej porze było jeszcze
ciemno, gdy na przystanku tramwajowym stał już, od kilkunastu minut, potupujący
z zimna i szurający nogami, wydmuchujący parę z ust przygarbiony tłumek.
Blondynka w kozakach odpowiadała beznamiętnie na pytania swojego synka,
mężczyzna z posiwiałą brodą co chwila sprawdzał godzinę na swoim zegarku,
staruszka z brązową apaszką na szyi jadła łapczywie jagodziankę zakupioną w piekarni
niedaleko przystanku, a mocno umalowana nastolatka słuchała głośno muzyki na
słuchawkach.
Coś
się stało.
Żaden
tramwaj nie przyjeżdżał od co najmniej dziesięciu minut, choć już trzy powinny
się były pojawić. Coraz więcej ludzi zaczynało gromadzić się na wąskim
chodniczku i coraz wyraźniej dało się słyszeć narzekanie pod nosem
większości zebranych.
Na
domiar złego zaczął padać śnieg z deszczem, a pod daszkiem nie było już
miejsca.
Awaria
pojazdu na poprzednim przystanku – komunikat pojawił się na elektrycznej
tablicy, na co część osób rozeszła się w swoje strony, a część przybrała
zdezorientowane miny, nie wiedząc, czy czekać, czy odejść.
Dziewczyna
w oliwkowym płaszczu, z kapturem na głowie, stojąca tuż przy torowisku,
rozglądnęła się i poczuła nerwowe ukłucie w żołądku.
Spóźni
się do szkoły. Znowu.
Tym
razem nie z własnej winy, ale to będzie o ten jeden raz za dużo.
Nie
mogła jednak zrobić nic innego, niż czekać, bo droga była zbyt długa, by iść na
piechotę, a w pobliżu nie widziała żadnego przystanku autobusowego, z którego
mogłaby szybciej dotrzeć na miejsce.
Westchnęła,
po raz kolejny wbijając wzrok w zegar na ekranie telefonu, który rozmywał się
pod warstwą natychmiast topniejącego śniegu.
W tym samym czasie, ściśnięci
wewnątrz tramwaju pasażerowie wściekali się, klnąc pod nosem i poluzowując
szaliki, rozpinając płaszcze, w których było im już za gorąco, a z głośników
dobiegał do nich głos motorniczego, przepraszającego za utrudnienia.
Pogotowie
naprawi usterkę lada chwila, ale jeśli ktoś zechce opuścić pojazd, może wysiąść
już teraz.
Parę
osób ziewnęło ze znużeniem, niektórzy przysnęli, wsparci o siedzenia przed nimi
lub o szyby okien. Inni wyszli na zewnątrz, wpuszczając do środka szczypiące,
mroźne powietrze.
Stojący
tuż przy drzwiach młody mężczyzna chwycił się za gardło poczerwieniałą
z zimna dłonią, i z bólem przełknął ślinę, po raz kolejny tego dnia
uświadamiając sobie, że powinien był udać się do lekarza lub chociaż zostać w
domu jeszcze parę dni. Czekało go dziś jednak parę ważnych zajęć na uczelni,
których nie mógł opuścić.
Spojrzał
w dół na swoje obłocone, skórzane buty i dostrzegając rozwiązaną sznurówkę,
pochylił się, by ją zawiązać, gdy właśnie w tym momencie rozbrzmiał sygnał
odjazdu i tramwaj ruszył do przodu ze zgrzytem.
Po
chwili, kiedy drzwi rozsunęły się na przystanku, tłum ludzi zaczął pchać się do
środka.
Parę
osób zwolniło miejsca, by starsi ludzie mogli usiąść, kobieta z wózkiem ledwie
wcisnęła się z nim do środka, chłopak z gitarą w futerale na plecach
przepraszał wszystkich, których potrącił po drodze. Zrobiło się duszno, gdy
tramwaj ponownie był gotów do odjazdu.
Dziewczyna
w oliwkowym płaszczu ściągnęła kaptur i potarła blade, zmarznięte policzki.
Ciężko było jej wykonać jakikolwiek ruch – w tym ścisku trudne byłoby nawet
sprawdzenie godziny na telefonie, ale na szczęście na ścianie wagonu wyświetlał
się zegar. Siódma dwadzieścia pięć – zdecydowanie nie zdąży już na wpół do
ósmej.
Poczuła
pod cienką podeszwą buta, że chyba stoi na czyjejś sznurówce, ale otaczający ją
dookoła ludzie zasłaniali jej widok.
Mężczyzna
tkwiący tuż za nią przypomniał sobie, że postawił torbę na podłodze za nogami i
chciał drgnąć stopą, by sprawdzić, czy wciąż tam jest, lecz wówczas zauważył,
że nie może wykonać żadnego ruchu nie tylko ze względu na ogólny ścisk, ale
także przez kobietę przydeptującą mu sznurówkę. Jej rozczochrane, ciemnobrązowe
włosy kłuły go w brodę, ale nie mógł się odchylić. Metalowa poręcz wbijała się
w jego plecy.
Do
centrum miasta pozostało jeszcze sporo przystanków, więc zapewne tłok utrzyma
się jeszcze długo.
Zmęczony i chory, mimo kataru poczuł
jej zapach.
Słodka,
kwiatowa woń szamponu lub jakiejś odżywki do włosów łamała inną – cierpką i
ciężką do rozpoznania. Wciągnął powietrze jeszcze parę razy, mocniej, ale wciąż
nie potrafił jej określić.
Papierosy?
Nie…ich zapach jest drażniący.
Jakieś
kadzidełko? Przyprawa? A może wilgoć starych, drewnianych mebli…?
Zmarszczył
brwi. Jego babcia pachniała podobnie.
Przymknął
powieki i oparł głowę o poręcz. Drzwi tramwaju rozsuwały się i zsuwały,
a chłód omiatał jego twarz, poruszając parę kosmyków jego jasnych włosów,
opadających na czoło. Żałował, że zapomniał słuchawek – z nimi droga mniej by
się dłużyła.
Chciała wcisnąć zmarznięte dłonie do
kieszeni, ale musiała trzymać je na zewnątrz na wypadek, gdyby na zakręcie
straciła równowagę. Czuła, że opiera się o kogoś, ale nie miała jak wykonać
kroku naprzód, by się odsunąć. Ktoś, stojący za nią, stał stanowczo
i pewnie, choć jego ubranie było miękkie, przez co musiała walczyć z
pokusą, by nie oprzeć się bardziej i odpocząć od stania w jednym miejscu.
Piekły
ją oczy z niewyspania, a usta paliły, popękane z zimna. Przesunęła językiem po
wardze, gdy wtem tramwaj zahamował gwałtownie i szarpnął pasażerami do przodu, a
ona wpadłaby wprost na stojącą przed nią niską i przygarbioną kobietę, gdyby
nie ręka, która pochwyciła ją w ostatniej chwili.
Ręka
kogoś z tyłu, zaciśnięta na jej nadgarstku.
Dłoń
o zaczerwienionej skórze i zbielałych knykciach, znacznie większa od jej
własnej, lecz o smukłych palcach.
Odwróciła
się lekko, chcąc podziękować, lecz gdy spróbowała przenieść wzrok na tego,
który jej pomógł, jego dłoń zsunęła się niżej, ponownie przykuwając jej uwagę.
Pochwycił jej rękę, splatając się z nią palcami.
Wstrzymała
oddech, lecz nie zareagowała – nie odsunęła się, ani nie odwzajemniła uścisku.
Zadrżał,
lekko zawstydzony i niepewny, co się teraz stanie, ale czuł, że musiał to
zrobić – sam nie wiedział dlaczego.
Jeszcze
dwa przystanki.
Z
każdą kolejną sekundą jej żołądek ściskał się z nerwów coraz bardziej.
Ma
go puścić, wysiadając? Tak po prostu, bez słowa?
Kim
on w ogóle jest? Może to jakiś jej znajomy…?
Rozbolał
ją kark od powstrzymywania się, by odwrócić głowę.
Odważyła
się odwzajemnić uścisk, na co odetchnął jakby z ulgą.
Na
najbliższym przystanku musi wysiąść. Tramwaj zaczął zwalniać, a serce tłukło się
w jej piersi. Przesunęła drugą rękę na przycisk na poręczy i wcisnęła go,
by otworzyć drzwi. Gdy się rozsunęły, ruszyła do przodu, zaciskając oczy na
chwilę, tak jakby to wszystko, co wydarzyło się przed chwilą, było jakimś snem
i miało zniknąć, gdy z powrotem je otworzy.
Wyskoczyła
z wagonu, a w rękę wciąż było jej ciepło. Bała się jednak na nią spojrzeć, by
sprawdzić, czy ktoś nadal ją trzyma. Poruszyła palcami, a wówczas poczuła
obcą dłoń, nieustannie wplecioną w jej.
Przełknęła
ślinę z niepokojem, jednak parła dalej przed siebie.
Szedł za nią jak w transie, jakby
wszystko inne przestało istnieć – pozostali tylko oni dwoje i ich złączone ze sobą
ręce.
Cienka
warstwa śniegu topniała na kostce brukowej, po której szli w stronę szkoły.
Spóźniła się już co najmniej pół godziny i wiedziała, że nie ma już po co
przychodzić na tę lekcję, ale na resztę powinna była pójść…Prędzej czy później
będą musieli się rozstać, ale jak? Czuła, że nie potrafi na niego spojrzeć.
W
miejscu, w którym miała skręcić w lewo, minęła zakręt i poszła dalej, ciągnąc
nieznajomego za sobą. Parę metrów później zwolnili kroku, zdyszani wypuszczając
kłęby pary z ust. Dotarli do bram pobliskiego parku, który trwał jeszcze
uśpiony o tej porze.
Torby,
które oboje nieśli na ramionach, zaczynały im ciążyć.
Weszli
między drzewa, na asfaltowe alejki. Nie miała pojęcia dlaczego skierowała się
właśnie w takie miejsce, gdzie nie ma ludzi. Właściwie to dlaczego się go nie
bała? W końcu nadal nie wiedziała, kto za nią idzie.
Zwolnili
jeszcze bardziej, a w uszach dudniło jej bicie serca. Zatrzymali się wkrótce
pośród gnijących resztek liści i śniegu, pod wielkim dębem o szerokim, czarnym
pniu.
Wciąż
stała do niego tyłem, a palce zdrętwiały im od uścisku. Poczuła, że wyciąga do
niej drugą dłoń i chwyta za wolną rękę – pozwoliła mu. Przyciągnął ją do siebie
i wetknął nos w jej włosy.
Gałka
muszkatołowa.
Jakim
cudem taki zapach zachował się na jej ciele?
Przeszły
ją ciarki, kiedy się zbliżył. Bijące od niego ciepło uderzało w nią falami.
Uniosła podbródek, odchylając głowę do tyłu i przyciskając mu się mocniej do
nosa. Jego oddech wtopił się w jej włosy.
Lekki wiatr muskał ich po
odsłoniętej skórze, a dłonie trwały w uścisku. Odważyła się drgnąć i spróbować
odwrócić. Okręciła się powoli, unosząc ręce jak przy obrocie w tańcu
i wbiła wzrok w jego twarz.
Przez
ciemnobrązowe oczy wpatrzone w nią, przemknęło zaskoczenie – nie widzieli
siebie przecież do tej pory. Miał wyraźne, czarne brwi i blade, suche usta.
Jego spojrzenie wydawało się emanować dobrocią i szczerością. Jasne włosy
przylepiły się mu do czoła, mokre od padającego wcześniej śniegu. Miał
podkrążone, zmęczone oczy i zaczerwieniony nos.
Patrzył
na każdy element jej twarzy po kolei – na policzki, z których starł się puder,
na cienie rzucane przez długie rzęsy, na pieprzyk na nosie, na jasne czoło,
delikatne, małe usta i duże, niebieskie i przestraszone oczy.
Uwolnił
jedną dłoń z uścisku i uniósł ją do jej głowy. Zamarła, nie wiedząc co
zamierza.
Wyciągnął
wskazujący palec i wsunął jej włosy za ucho.
-
Moja babcia pachniała podobnie. – Powiedział. Miał zachrypnięty głos, niski,
ale drżący, jakby zaraz miał się załamać.
-
Co? – Pisnęła, nie spodziewając się, że którekolwiek z nich przerwie tę ciszę.
-
Jak twoje włosy.
Zakręciło
jej się w głowie. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, co się działo przez
ostatnią godzinę.
-
Jestem spóźniona…- zaczęła, lecz przerwał jej, nachylając się do przodu
i przyciskając usta do jej ust. Odskoczyła do tyłu, wypuszczając jego rękę.
W jednej chwili poczuł, jakby zalewała go rozpacz. Serce omal nie wyskoczyło
jej z piersi.
Jej
smak osiadł mu na podniebieniu, gdy przesunął po nim językiem. Zamknął oczy
i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Spojrzała na nią, oddychając
głośno.
Teraz
albo nigdy.
Pochwyciła
ją i pociągnęła go za sobą, rzucając się do biegu. Parli przed siebie przez
park, mijając drzewa, ławki i latarnie. Chłód palił ich w policzki, a myśli w
głowach wirowały szaleńczo. Dobiegli do placu zabaw, gdzie zwolnili i podeszli
do dwóch, starych, zardzewiałych huśtawek, pokrytych śniegiem. Nie przejmując
się nim, usiedli na nich wciąż trzymając się za ręce i rozhuśtali lekko.
Czuła się bardzo dziwnie, jakby we śnie,
choć wszystko, co się działo, było bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek.
Spojrzała w niebo – białe jak śnieg, bez wyrazu, niemożliwe do ogarnięcia
wzrokiem i kłujące w oczy swą jasnością.
Co
dalej?
Sięgnęła
do kieszeni i wyciągnęła telefon – minęła ósma trzydzieści. Nad głowami
przefrunęło im stado gołębi. Zatrzymał się i zszedł z huśtawki by stanąć za
nią. Nie wiedzieć dlaczego, nie czuła potrzeby sprawdzenia, co robi.
Przytrzymał jej huśtawkę, a potem włożył ręce za kołnierz jej płaszcza by
wyciągnąć spod niego włosy. Rozsypały się po jej ramionach i plecach, długie i
ciemne.
Zgarnął
je i trzymając w dłoni zaczął skręcać tworząc z nich jednolity splot. Pociągnął
zań, odchylając jej głowę do tyłu, i napotkał jej pytające spojrzenie. Wyciągnął
dwa palce w stronę jej powiek i opuścił je w dół jednym gestem. Pozostawiła
oczy zamknięte, kiedy nachylił się i zetknął z nią nosem. Następnie przesunął ustami
po jej czole zatrzymując się na linii włosów.
-
Przyjdź do mnie, proszę. – Szepnął, obejmując jej twarz. Nie rozumiała co ma na
myśli. Jego palce wbiły się jej w szyję, tuż pod szczęką.
Dokąd?
Kiedy? Przecież są zupełnie…obcy?
Pociągnął
ją delikatnie za włosy. Otworzyła oczy, podniosła się powoli i odwróciła do
niego.
-
Jestem. – Odparła po chwili, ze spokojem w duszy. Jej głos był się miękki i
lekki.
Śnieg
ponownie zaczął prószyć, a on złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.
Szli piechotą już dobrą godzinę,
odkąd wysiedli z tramwaju jadącego w przeciwną stronę niż jechali
wcześniej. Trzymali się mocno za ręce, ale nie spoglądali na siebie, choćby tylko
kątem oka. Każde z nich wpatrywało się jedynie w chodnik umykający im pod
stopami.
Znajdowali
się na jakimś starym osiedlu, u granic miasta. Nie było tam kamienic ani zbyt
wielu sklepów – tylko stare, czteropiętrowe bloki i dużo drzew pomiędzy nimi.
Powietrze było lżejsze, niż w centrum.
Poczuła,
że burczy jej w brzuchu.
Skręcili
w uliczkę pomiędzy dwoma budynkami, a potem w prawo, gdzie stanęli przy
pierwszej klatce. Wpisał kod i otworzył im drzwi, po czym wprowadził ją za rękę
do środka. Nie było windy, więc ruszyli na górę po schodach. Mieszkał na drugim
piętrze.
Przekręcił
klucz w zamku i przekroczyli próg mieszkania numer sześć.
Wewnątrz
pachniało starociami i kurzem.
Stanęła
na środku przedpokoju i rozejrzała się dookoła – boazeria na ścianie ozdobiona
została plecionymi na płótnie obrazkami. Pośród nich wisiała jedna ramka ze
zdjęciem przedstawiającym starszą kobietę z jasnowłosym chłopcem na kolanach.
-
To ona. – Powiedział, zauważając co przykuło uwagę dziewczyny. – Wychowywała mnie.
– Gorycz zabrzmiała w jego głosie.
Nie
wiedziała, co odpowiedzieć, więc tylko uścisnęła mocniej jego dłoń.
Przeniósł
wzrok ze zdjęcia na jej twarz i wyciągnął ręce w stronę zapięcia jej płaszcza.
Poczynając od góry, odpinał po kolei duże, czarne guziki. Stała sztywno, z
trudem nabierając powietrza, a w uszach szumiała jej krew.
Po
chwili zsunął okrycie z jej ramion, odsłaniając ciemnozielony, gruby sweter.
Dotknął palcem jej podbródka i patrzył na nią przez jakieś pół minuty, po czym
ściągnął swój płaszcz i wysunął stopy z butów. Ona także zdjęła swoje i
odsunęła je na bok kopnięciem.
Popchnął
ją lekko w głąb mieszkania, kierując do ciemnego pokoju po lewej.
Grube,
bordowe zasłony były zaciągnięte, i przepuszczały zaledwie jeden, jedyny
strumień światła z zewnątrz, który tworzył pionową, białą kreskę na
przeciwległej ścianie.
Rozglądnęła
się po pokoju – był całkiem ładny, choć zaniedbany – wszędzie walały się
książki, zeszyty, ubrania i zużyte chusteczki.
Stał za nią na dywanie, z
zamkniętymi oczami, a pod jego nosem
znów znajdowały się jej włosy. Wciągał ich zapach głębokimi wdechami, a po jego
ciele rozchodziły się drżenia.
Nie
mogąc się powstrzymać, sięgnął po nie i znów zgarnął je do tyłu, splatając
w skręt. Przeszły ją ciarki, gdy lodowate palce zetknęły się z jej szyją.
Nagle poczuła, jakby całe tamtejsze powietrze zaczęło ją przygniatać i dusić,
aż żołądek zabolał z nerwów.
Odwróciła
się powoli.
-
Czego chcesz ode mnie? – To pytanie zabrzmiało ostrzej i bardziej
oskarżycielsko, niż planowała. Wzdrygnął się i zamrugał oczami, jakby nagle
ocknął się ze snu.
-
Ja…- zaczął, a jego głos zadrżał. Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał prosto w
oczy. – Tęsknię za nią…tęsknię za Tobą.
Zmarszczyła
brew, nie rozumiejąc nadal, po co jest mu potrzebna.
-
Ty mnie nie znasz. – Odrzekła cicho.
Wzdrygnął
się ponownie, jakby zadała mu tymi słowami cios.
-
Mylisz się. – Przełknął ślinę. – Nie możemy się już rozdzielić. Nigdy nie
mogliśmy. – Zacisnął mocniej palce na jej dłoni. – Teraz wszystko jest jasne.
Przerażenie
i niepokój narastały w niej gwałtownie i czuła, że lada chwila zmuszona będzie
wyrwać się mu i uciec.
-
Ona obiecała mi, że nie zostanę sam. Obiecała, że będzie przy mnie…że wróci… -
ciągnął dalej -…wróciła w tobie…
Łzy
zebrały się w jego oczach, którymi w ogóle nie mrugał od dłuższej chwili, wpatrując
się w nią nieustannie.
-
Wróciłaś. To ty, prawda…? – Dostrzegła rozpacz w jego spojrzeniu, prześwietlaną
przez nadzieję.
Babcia
była jedyną osobą, na której kiedykolwiek mógł polegać. Jako jedyna słuchała go
i rozumiała, dbała o niego odkąd rodzice zginęli. Nie potrafił pogodzić
się ani z jej chorobą, ani ze śmiercią. Ufał jej, a obiecała mu przecież, że
zawsze będzie przy nim. Przysięgała mu to tak wiele razy, tuląc go do snu. Bał
się świata poza domem, bał się życia poza jej ramionami.
Skrzywdziła
go swoją miłością, odchodząc.
-
Jesteś szalony… - Szepnęła, burząc wszystko, w co mógłby w tej chwili wierzyć.
Drżącymi
rękoma pogładził jej twarz i włosy, przesunął dłońmi po ramionach, mocno
zaciskając palce. Zaczęła się trząść, gdy pogładził ją po szyi. Pchnął ją lekko
do środka pokoju. Poczuła, że nadepnęła na którąś z jego rzeczy, ale przesuwał
ją dalej, aż do krawędzi łóżka. Gdy zetknęła się nogami z jego brzegiem,
spróbowała odepchnąć mężczyznę, jednak wówczas chwycił ją za nadgarstki i
pchnął na pościel.
Szarpała
się i wierzgała nogami, ale był silniejszy i po chwili usiadł na niej okrakiem,
wciąż trzymając za ręce. Twarz poczerwieniała jej z wysiłku, gdy próbowała się
uwolnić.
Nachylił
się i mimo, że starała się odwrócić głowę, przycisnął znów swe usta do jej
własnych.
Po
chwili jej ruchy stały się słabsze – ręce opadły na poduszkę za głową, a nogi
przestały się siłować z ciężarem jego ciała. Osunął się na nią niżej, gdy
odwzajemniła pocałunek.
Puścił
jej nadgarstki i przesunął dłonie z powrotem na szyję.
Oparł
się na niej i zacisnął palce na skórze. Szarpnęła się i zaczęła odpychać go,
napierając mu dłońmi na czoło. Odwrócił głowę i zapłakał histerycznie, nie
poluzowując uścisku.
Miotała
się w jego rękach, ponownie kopiąc nogami i uderzając go pięściami. Pisnęła,
czując, że brakuje jej powietrza – nawet krzyk nie mógł już wydostać się na
zewnątrz z jej gardła.
Policzki
pobladły jej zupełnie, skropione przez jego łzy.
Po
chwili przestała się już szamotać. Leżała z rozchylonymi, suchymi ustami i na
wpół otwartymi oczami. Wtulił się w jeszcze ciepłe ciało, a włosy chłonęły jego
łkania, gdy otoczył się jej bezwładnymi ramionami.
Pachniała
bezpieczeństwem.
Vuohi,
30.01.16
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz