Dotyk...
Na palcach wspięta, wpleciona
I na szyi, i na policzku, i w mych marzeniach
Lecz nigdy na mych ustach
Chłód pomiędzy powiekami
Lepka, mokra skóra pod oczami
Z Tobą, czy też bez Ciebie
Istnieję...
Niestety.
Wszędzie światła, dopóki jesteś
Barwy rozsypane po niebie bez znaczenia dla mnie
Bo przy obrazie Twych oczu,
Przy uśmiechu tym, o zmroku
Nie ma dla mnie nic
I znów marzę, marzę o rzeczach niemożliwych...
Na ten jeden moment pozwalam sobie
By rzeczywistość opuściła mnie zupełnie
Jak zawsze, kiedy się zbliżasz
Oddech...
Tracę go, gdy rzucasz cień na mój policzek
Ze wszystkich sił pragnę...
I powstrzymuję się
Dlaczego to wszystko musi być aż tak bolesne...?
Dlaczego tę słodycz, będę połykać z żalem jako gorycz
Przez kolejne lata
Dla tej jednej chwili, rozsypuję całe swoje życie
U Twych stóp chcę je poukładać
Choć to niemożliwe;
Dlatego tak boli mnie Twa obecność
Chciałabym utonąć w Tobie,
A nie mogę przecież po raz kolejny...
Bo nie ma Ciebie tak naprawdę
Żyję swym wyobrażeniem o Tobie
Uciekam codziennie ku Twym niewidzialnym skrzydłom
Tulisz mnie do siebie,
Ściskasz ze wszystkich sił, aż...
Otwieram oczy
I nie ma Ciebie tak naprawdę
Chcę zapłakać, wiesz?
Lecz nie mogę już z Twego powodu
Wyczerpałeś mnie, moje studnie wyschły z tęsknoty
Czując, że jesteś
Zbyt daleko, by Cię dotknąć
Zbyt daleko, by Cię pokochać
Wstydzę się swoich łez
Marząc o tym, co niemożliwe
Umieram cicho
Łudząc się, że moje łóżko
Zapadnie się przez tę ciemność
I zamieni się w Twoje ramiona
Dlatego codziennie dręczy mnie sen o lecie
Kiedy noc była wyjątkowo chłodna
Choć dzień parzył nas we włosy
Przy Twoim boku, nie widziałam niczego
Tylko szyja...
Skóra drżała
Gdy zbierałeś z niej woń delikatnie, po trochu
Mogłabym porzucić swe nogi
A jedynie odbić się duchem od ziemi
Bo przecież dziś jestem dla Ciebie
Najważniejsza
Tylko ja istnieję
Czyż nie tak mówiłeś?
Lód pomiędzy nami
Lód pomiędzy nami
Dłonie splecione i mokre
Wiem, jak się to zaczyna
Czuję, jak to trwa
Znam tego zakończenie
Pozostawisz tylko cień po sobie
I zabronisz mi płakać, pocieszając to dziecko we mnie,
Które kochałeś nosić na rękach
I które karmiłeś bajkami o miejscu...
Które nie istnieje
Ale wierzyłam w nie z całej siły
Podobnie jak wierzę teraz w Ciebie, że jednak jesteś
I jeśli jesteś...
Jeśli nie jesteś tylko niemożliwym do spełnienia marzeniem...
Odezwij się proszę
Odwiedź mnie poza snem
Obudź mnie
Przytul mnie, błagam, przytul
Jest zbyt zimno na ziemi bez Ciebie
Moje łzy zamarzają na wietrze
Dziś wyrzucam z siebie wszystko
Co zabroniłeś mi pokazać w Twej obecności
Boże, jakiś Ty niesprawiedliwy!
Czy właśnie cierpię, by siebie ocalić?
To przecież gorsze, niż raz uciec,
Zapomnieć, spróbować
Dotknąć Cię i skosztować...
I umrzeć natychmiast, gdy to się stanie
Marzę, marzę i śnię o nieistniejących słowach,
Które mógłbyś wypowiedzieć stojąc nad moim czarnym łożem
I czuję już Twoje ciepło przy sobie
Topnieją troski i tęsknoty
Tylko po to, bym zbudziła się po raz kolejny...
Z pragnieniem śmierci
Tak okrutnie przejmującym,
Że wręcz...
Prawdziwym
Vuohi
Na palcach wspięta, wpleciona
I na szyi, i na policzku, i w mych marzeniach
Lecz nigdy na mych ustach
Chłód pomiędzy powiekami
Lepka, mokra skóra pod oczami
Z Tobą, czy też bez Ciebie
Istnieję...
Niestety.
Wszędzie światła, dopóki jesteś
Barwy rozsypane po niebie bez znaczenia dla mnie
Bo przy obrazie Twych oczu,
Przy uśmiechu tym, o zmroku
Nie ma dla mnie nic
I znów marzę, marzę o rzeczach niemożliwych...
Na ten jeden moment pozwalam sobie
By rzeczywistość opuściła mnie zupełnie
Jak zawsze, kiedy się zbliżasz
Oddech...
Tracę go, gdy rzucasz cień na mój policzek
Ze wszystkich sił pragnę...
I powstrzymuję się
Dlaczego to wszystko musi być aż tak bolesne...?
Dlaczego tę słodycz, będę połykać z żalem jako gorycz
Przez kolejne lata
Dla tej jednej chwili, rozsypuję całe swoje życie
U Twych stóp chcę je poukładać
Choć to niemożliwe;
Dlatego tak boli mnie Twa obecność
Chciałabym utonąć w Tobie,
A nie mogę przecież po raz kolejny...
Bo nie ma Ciebie tak naprawdę
Żyję swym wyobrażeniem o Tobie
Uciekam codziennie ku Twym niewidzialnym skrzydłom
Tulisz mnie do siebie,
Ściskasz ze wszystkich sił, aż...
Otwieram oczy
I nie ma Ciebie tak naprawdę
Chcę zapłakać, wiesz?
Lecz nie mogę już z Twego powodu
Wyczerpałeś mnie, moje studnie wyschły z tęsknoty
Czując, że jesteś
Zbyt daleko, by Cię dotknąć
Zbyt daleko, by Cię pokochać
Wstydzę się swoich łez
Marząc o tym, co niemożliwe
Umieram cicho
Łudząc się, że moje łóżko
Zapadnie się przez tę ciemność
I zamieni się w Twoje ramiona
Dlatego codziennie dręczy mnie sen o lecie
Kiedy noc była wyjątkowo chłodna
Choć dzień parzył nas we włosy
Przy Twoim boku, nie widziałam niczego
Tylko szyja...
Skóra drżała
Gdy zbierałeś z niej woń delikatnie, po trochu
Mogłabym porzucić swe nogi
A jedynie odbić się duchem od ziemi
Bo przecież dziś jestem dla Ciebie
Najważniejsza
Tylko ja istnieję
Czyż nie tak mówiłeś?
Lód pomiędzy nami
Lód pomiędzy nami
Dłonie splecione i mokre
Wiem, jak się to zaczyna
Czuję, jak to trwa
Znam tego zakończenie
Pozostawisz tylko cień po sobie
I zabronisz mi płakać, pocieszając to dziecko we mnie,
Które kochałeś nosić na rękach
I które karmiłeś bajkami o miejscu...
Które nie istnieje
Ale wierzyłam w nie z całej siły
Podobnie jak wierzę teraz w Ciebie, że jednak jesteś
I jeśli jesteś...
Jeśli nie jesteś tylko niemożliwym do spełnienia marzeniem...
Odezwij się proszę
Odwiedź mnie poza snem
Obudź mnie
Przytul mnie, błagam, przytul
Jest zbyt zimno na ziemi bez Ciebie
Moje łzy zamarzają na wietrze
Dziś wyrzucam z siebie wszystko
Co zabroniłeś mi pokazać w Twej obecności
Boże, jakiś Ty niesprawiedliwy!
Czy właśnie cierpię, by siebie ocalić?
To przecież gorsze, niż raz uciec,
Zapomnieć, spróbować
Dotknąć Cię i skosztować...
I umrzeć natychmiast, gdy to się stanie
Marzę, marzę i śnię o nieistniejących słowach,
Które mógłbyś wypowiedzieć stojąc nad moim czarnym łożem
I czuję już Twoje ciepło przy sobie
Topnieją troski i tęsknoty
Tylko po to, bym zbudziła się po raz kolejny...
Z pragnieniem śmierci
Tak okrutnie przejmującym,
Że wręcz...
Prawdziwym
Vuohi