Wypuść mnie na zewnątrz...
Do miejsca, w którym mnie pogrzebałaś,
Nie dociera ani trochę światła
I tak tutaj...okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła swobodnie oddychać
Wypuść mnie na zewnątrz,
Nim zupełnie zamarzniesz
Nim Cię rozszarpie Twa gorycz od środka
I zanim strach Cię połknie...
Wyciągnij mnie na powierzchnię
Ryjąc każde z moich imion
Na zbielałej Twojej twarzy
I wciśnij mnie pomiędzy swoje codzienne myśli,
Tak, jak to było kiedyś...
Uwolnij, uwolnij, unieś mnie, unieś
Dotykaj mocno, mimo połamanych palców
Smakuj mnie, wbijając we mnie język z całej siły
Tak, bym nie potrafiła odczuwać niczego innego...
Tak, by ten ból rozkoszą mnie wykończył.
Wytargaj mnie spod warstwy tego brudu
I pozwól mi rozwinąć pąki
Jakkolwiek mnie nazwiesz tym razem,
Przyjdę do Ciebie w ciszy, by Cię ogłuszyć
Wykrzywiona w modlitwie znów płaczesz
Jakbyś wierzyła, że będzie inaczej
Unikasz mnie, bo wiem, czego pragniesz
Wypuść mnie na zewnątrz nim ponownie zaśniesz!
Przyniosę Ci noce bezsenne
Wydrążę tunele bezdenne
Zwrócę Ci łzy przed snem wiecznym
Tylko mnie uwolnij, uwolnij i kochaj...
Pragnij mnie.
Nie masz nikogo póki jestem tak blisko
To dla mnie upadasz, kłaniasz się nisko
Nie chcesz mi ufać, lecz ja wiem już wszystko
Pod skórą Twą swoje uwiłam łożysko
Wypuść mnie na zewnątrz;
Tak stęskniłam się za światłem!
Tu jest wciąż okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła oddychać...
Potworze ludzki...Wstydzie, ohydo!
Ukrywasz mnie, me towarzystwo Ci zbrzydło?!
Rozerwę Cię więc, gdy zechcesz choć mnie dotknąć
Przenigdy nie dane Ci będzie odpocząć!
Zwiesz mnie koszmarem, nienawiścią, nałogiem
Gdy niosąc Ci ulgę ponownie przychodzę...
Gardzę Tobą, gardzę, choć kocham, jak matkę;
Zrodziłaś mnie, zraniłaś i...
Zabiłaś nas przypadkiem...
Vuohi
Do miejsca, w którym mnie pogrzebałaś,
Nie dociera ani trochę światła
I tak tutaj...okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła swobodnie oddychać
Wypuść mnie na zewnątrz,
Nim zupełnie zamarzniesz
Nim Cię rozszarpie Twa gorycz od środka
I zanim strach Cię połknie...
Wyciągnij mnie na powierzchnię
Ryjąc każde z moich imion
Na zbielałej Twojej twarzy
I wciśnij mnie pomiędzy swoje codzienne myśli,
Tak, jak to było kiedyś...
Uwolnij, uwolnij, unieś mnie, unieś
Dotykaj mocno, mimo połamanych palców
Smakuj mnie, wbijając we mnie język z całej siły
Tak, bym nie potrafiła odczuwać niczego innego...
Tak, by ten ból rozkoszą mnie wykończył.
Wytargaj mnie spod warstwy tego brudu
I pozwól mi rozwinąć pąki
Jakkolwiek mnie nazwiesz tym razem,
Przyjdę do Ciebie w ciszy, by Cię ogłuszyć
Wykrzywiona w modlitwie znów płaczesz
Jakbyś wierzyła, że będzie inaczej
Unikasz mnie, bo wiem, czego pragniesz
Wypuść mnie na zewnątrz nim ponownie zaśniesz!
Przyniosę Ci noce bezsenne
Wydrążę tunele bezdenne
Zwrócę Ci łzy przed snem wiecznym
Tylko mnie uwolnij, uwolnij i kochaj...
Pragnij mnie.
Nie masz nikogo póki jestem tak blisko
To dla mnie upadasz, kłaniasz się nisko
Nie chcesz mi ufać, lecz ja wiem już wszystko
Pod skórą Twą swoje uwiłam łożysko
Wypuść mnie na zewnątrz;
Tak stęskniłam się za światłem!
Tu jest wciąż okropnie zimno
I zbyt ciasno, bym mogła oddychać...
Potworze ludzki...Wstydzie, ohydo!
Ukrywasz mnie, me towarzystwo Ci zbrzydło?!
Rozerwę Cię więc, gdy zechcesz choć mnie dotknąć
Przenigdy nie dane Ci będzie odpocząć!
Zwiesz mnie koszmarem, nienawiścią, nałogiem
Gdy niosąc Ci ulgę ponownie przychodzę...
Gardzę Tobą, gardzę, choć kocham, jak matkę;
Zrodziłaś mnie, zraniłaś i...
Zabiłaś nas przypadkiem...
Vuohi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz