Przez większość czasu nie robiłam nic; włóczyłam się z
kąta w kąt, z pustką w głowie i lekkością w sercu. Byłam taka
niewyraźna, ale prawdziwa. Nieoszlifowany diament, tkwiący jeszcze głęboko w
skale, wysyłający blade blaski, dostrzegalne tylko o pewnych porach dnia i
nocy, nieuchwytne. Nieśmiałe.
A serce moje było tak
lekkie, bo choć zdarzało mi się odczuwać moje smutki i tęsknoty, to
jeszcze nigdy nikt nie ściągnął jego kruchości na dno jedynie po to, by je
roztrzaskać. Ten stan uśpienia mógłby trwać we mnie zawsze, gdybym była choć
odrobinę mniej ufna, mniej głupia…
Spacerowałam boso po
osiedlu, w sukience, w której czułam się ładna, chociaż nie byłam. Stopy
ocierały się o drobne kamyczki i szkiełka rozbitych butelek, ale lubiłam to
uczucie, a zwłaszcza tę chwilę, gdy mnie ono opuszczało, kiedy wchodziłam
do piaskownicy lub zatrzymywałam się na młodej, wilgotnej trawie i przez całe
moje ciało przechodził dreszcz ulgi.
Jednego z tych razów,
gdy rozkoszowałam się mrowieniem palców i delikatnym podmuchem wiatru,
przeciskającym się przez gęste powietrze, niebo pociemniało. Strzeliste,
paskudne bloki po obu moich stronach zaburczały groźnie, a zaraz po tym niebo
warknęło, przecięte błyskawicą. Stałam tam, pośrodku piasku, a inne dzieci
pouciekały do swoich domów, gdy tylko zaczęło kropić.
Ciepły deszcz sunął po
moich policzkach, coraz cięższy, coraz bardziej mokry, a fiolet rozlewał
się nade mną w miarę kolejnych dźwięków burzy. Nie bałam się, nie bałam się ani
trochę, nawet wtedy, kiedy wiatr wzmógł się i targał moją sukienką we wszystkie
strony. Trzymałam powieki opuszczone i wyobrażałam sobie, że odrywam się od
ziemi, wierzyłam w magię i energię, pędzące z wnętrza serca w górę, do
mych ramion, przez nadgarstki i dłonie, aż po same opuszki palców, gdzie
uwalniały się, rzucały w szalejące na zewnątrz żywioły.
To ja czyniłam tę
burzę, czarowałam, mówiłam jej, co ma robić…
A teraz nie potrafiłam
nawet rozkazać samej sobie, by zwlec się z łóżka, po dwunastu godzinach snu.
Śpię i śpię, a gdy nie
śpię, to włóczę się po domu, niby tak samo, jak kiedyś, ale będąc już całkiem
wyraźna i ciężka, z opuchniętymi oczami i wyrytymi ścieżkami łez na twarzy.
I tylko jem coraz
więcej, nie zwracając uwagi na cyferki na wadze. Kilogramy nie mają znaczenia,
muszę przecież zapełnić w sobie tę pustkę, w jakikolwiek sposób.
Gdzie podziały się noce
i dnie? Wakacyjne skoki temperatury zacierają granice czasu, zwłaszcza, gdy nie
ma się kompletnie nic do roboty. Na zewnątrz jest tak duszno, choć pada deszcz,
zupełnie jak wtedy, kiedy stałam pośród piasku, taka pewna siebie.
Dlaczego jestem teraz
sama? Gdy pięć lat wcześniej byłam, nawet tego nie zauważałam, póki tkwiłam we
własnej wyobraźni…Tylko, że dopiero co zostałam obudzona, uświadomiona, że
wyobrażenia, na których opierałam cały sens swojego życia, są nierealne i
niemożliwe do spełnienia.
Jem, ciągle jem, ale to
nie szkodzi, bo przy kolejnym napadzie płaczu i histerii zwracam wszystko,
krztusząc się łzami. Dystans pomiędzy mną a światem zewnętrznym zwiększa się;
niemal znikam z rzeczywistości na rzecz życia we śnie.
Milczenie wyryte na
skórze, daje mi się we znaki przy każdym ruchu, ale to dobrze, bo nie mogę
zapomnieć, nie mogę dać temu odejść, bo znów popełnię te same błędy…
Nie
zrobiłam absolutnie nic, by siebie uratować. Pozwoliłam sobie spadać,
posmakować dna, okaleczyć kolana na porozbijanych, porozrzucanych
wspomnieniach.
Mimo, że wciąż
powtarzałam, że nie powinno się tego robić, że trzeba do końca mieć nadzieję,
to nie walczyłam z ciemnością, która mnie ogarniała. Wręcz przeciwnie; na
własne życzenie, wchodziłam w nią coraz głębiej…
I nadszedł taki moment,
że stanęłam ze sobą twarzą w twarz. Bez maski, nie unikając swojego wzroku.
Utkwiłam spojrzenie we własnych oczach i zapytałam odbicia w lustrze:
- Kto ci to wszystko
zrobił…?
W głowie kłębiło mi się
tyle myśli, że nie byłam w stanie pochwycić choćby jednej z nich, choćby
jednego, konkretnego wspomnienia, wyrazu, odczucia. Słyszałam naraz zbyt wiele
głosów, by móc je rozpoznać, a mimo to, wiedziałam, do kogo należy większość tych
wrzasków, szeptów, zanuconych melodii i powoli wypowiadanych zdań.
Jego postać wniknęła we
mnie, wsiąkła na zawsze, jako słodka trucizna.
Ilekroć przywoływałam
na myśl jakąkolwiek realną Jego cząstkę, coś paliło mnie od wewnątrz, targało
mną i budziło dreszcze. I unikałam tego na wiele sposobów, próbowałam się
znieczulić, ogłuszyć, zamknąć. Dotrzeć do siebie i wycisnąć, wydobyć, wyrzucić
z siebie ten jad.
Z nożem przytkniętym do
brzucha, z ostrzem przyłożonym do skóry, chciałam sama się zoperować.
Zaciskając zęby i obmywając łzami każdą ranę, rozpaczliwie usiłowałam się
naprawić…
- TY. – Odparłam szorstko,
wbijając spojrzenie w swoje odbicie. – Sama się zgodziłaś, by przekazał ci
swoje ciężary. I na własne życzenie, ściągnęłaś ból na siebie.
Zgasiłam światło i wyszłam z łazienki, powolnym krokiem
ruszyłam ku wyjściu z domu, a po chwili moje bose stopy zetknęły się
z lodowatą posadzką na korytarzu. Przekręciłam zamek i uchyliłam drzwi, a
wówczas oślepiło mnie słoneczne światło i żar z zewnątrz wlał się do środka,
padając na moje ciało. Pokonałam parę stopni przede mną, następnie pobiegłam do
ogrodu na tyłach domu.
Poczułam nagrzaną trawę
pode mną, zatrzymałam się przy jabłoni i dotknęłam jej szorstkiej nagości,
wciągając zapach późnego lata. Zamknęłam oczy i odstępując parę kroków od drzewa,
stanęłam w samym słońcu pozwalając, by rozpaliło mą twarz.
Energia zaczęła powoli
mnie wypełniać; ta sama, stara siła, tkwiąca w mej naturze. Wzniosła mnie ponad
ziemię, oderwała od mych trosk, osuszyła rzęsy.
Muszę żyć, muszę, muszę
czerpać z tej mocy jak najwięcej…
Nie jestem tchórzem,
nie zamierzam nigdy więcej się poddać.
Vuohi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz