niedziela, 12 kwietnia 2015

Siła

            Przez większość czasu nie robiłam nic; włóczyłam się z kąta w kąt, z pustką w głowie i lekkością w sercu. Byłam taka niewyraźna, ale prawdziwa. Nieoszlifowany diament, tkwiący jeszcze głęboko w skale, wysyłający blade blaski, dostrzegalne tylko o pewnych porach dnia i nocy, nieuchwytne. Nieśmiałe.
A serce moje było tak lekkie, bo choć zdarzało mi się odczuwać moje smutki i tęsknoty, to jeszcze nigdy nikt nie ściągnął jego kruchości na dno jedynie po to, by je roztrzaskać. Ten stan uśpienia mógłby trwać we mnie zawsze, gdybym była choć odrobinę mniej ufna, mniej głupia…
Spacerowałam boso po osiedlu, w sukience, w której czułam się ładna, chociaż nie byłam. Stopy ocierały się o drobne kamyczki i szkiełka rozbitych butelek, ale lubiłam to uczucie, a zwłaszcza tę chwilę, gdy mnie ono opuszczało, kiedy wchodziłam do piaskownicy lub zatrzymywałam się na młodej, wilgotnej trawie i przez całe moje ciało przechodził dreszcz ulgi.
Jednego z tych razów, gdy rozkoszowałam się mrowieniem palców i delikatnym podmuchem wiatru, przeciskającym się przez gęste powietrze, niebo pociemniało. Strzeliste, paskudne bloki po obu moich stronach zaburczały groźnie, a zaraz po tym niebo warknęło, przecięte błyskawicą. Stałam tam, pośrodku piasku, a inne dzieci pouciekały do swoich domów, gdy tylko zaczęło kropić.
Ciepły deszcz sunął po moich policzkach, coraz cięższy, coraz bardziej mokry, a fiolet rozlewał się nade mną w miarę kolejnych dźwięków burzy. Nie bałam się, nie bałam się ani trochę, nawet wtedy, kiedy wiatr wzmógł się i targał moją sukienką we wszystkie strony. Trzymałam powieki opuszczone i wyobrażałam sobie, że odrywam się od ziemi, wierzyłam w magię i energię, pędzące z wnętrza serca w górę, do mych ramion, przez nadgarstki i dłonie, aż po same opuszki palców, gdzie uwalniały się, rzucały w szalejące na zewnątrz żywioły.
To ja czyniłam tę burzę, czarowałam, mówiłam jej, co ma robić…
A teraz nie potrafiłam nawet rozkazać samej sobie, by zwlec się z łóżka, po dwunastu godzinach snu.
Śpię i śpię, a gdy nie śpię, to włóczę się po domu, niby tak samo, jak kiedyś, ale będąc już całkiem wyraźna i ciężka, z opuchniętymi oczami i wyrytymi ścieżkami łez na twarzy.
I tylko jem coraz więcej, nie zwracając uwagi na cyferki na wadze. Kilogramy nie mają znaczenia, muszę przecież zapełnić w sobie tę pustkę, w jakikolwiek sposób.
Gdzie podziały się noce i dnie? Wakacyjne skoki temperatury zacierają granice czasu, zwłaszcza, gdy nie ma się kompletnie nic do roboty. Na zewnątrz jest tak duszno, choć pada deszcz, zupełnie jak wtedy, kiedy stałam pośród piasku, taka pewna siebie.
Dlaczego jestem teraz sama? Gdy pięć lat wcześniej byłam, nawet tego nie zauważałam, póki tkwiłam we własnej wyobraźni…Tylko, że dopiero co zostałam obudzona, uświadomiona, że wyobrażenia, na których opierałam cały sens swojego życia, są nierealne i niemożliwe do spełnienia.
Jem, ciągle jem, ale to nie szkodzi, bo przy kolejnym napadzie płaczu i histerii zwracam wszystko, krztusząc się łzami. Dystans pomiędzy mną a światem zewnętrznym zwiększa się; niemal znikam z rzeczywistości na rzecz życia we śnie.
Milczenie wyryte na skórze, daje mi się we znaki przy każdym ruchu, ale to dobrze, bo nie mogę zapomnieć, nie mogę dać temu odejść, bo znów popełnię te same błędy…
Nie zrobiłam absolutnie nic, by siebie uratować. Pozwoliłam sobie spadać, posmakować dna, okaleczyć kolana na porozbijanych, porozrzucanych wspomnieniach.
Mimo, że wciąż powtarzałam, że nie powinno się tego robić, że trzeba do końca mieć nadzieję, to nie walczyłam z ciemnością, która mnie ogarniała. Wręcz przeciwnie; na własne życzenie, wchodziłam w nią coraz głębiej…
I nadszedł taki moment, że stanęłam ze sobą twarzą w twarz. Bez maski, nie unikając swojego wzroku. Utkwiłam spojrzenie we własnych oczach i zapytałam odbicia w lustrze:
- Kto ci to wszystko zrobił…?
W głowie kłębiło mi się tyle myśli, że nie byłam w stanie pochwycić choćby jednej z nich, choćby jednego, konkretnego wspomnienia, wyrazu, odczucia. Słyszałam naraz zbyt wiele głosów, by móc je rozpoznać, a mimo to, wiedziałam, do kogo należy większość tych wrzasków, szeptów, zanuconych melodii i powoli wypowiadanych zdań.
Jego postać wniknęła we mnie, wsiąkła na zawsze, jako słodka trucizna.
Ilekroć przywoływałam na myśl jakąkolwiek realną Jego cząstkę, coś paliło mnie od wewnątrz, targało mną i budziło dreszcze. I unikałam tego na wiele sposobów, próbowałam się znieczulić, ogłuszyć, zamknąć. Dotrzeć do siebie i wycisnąć, wydobyć, wyrzucić z siebie ten jad.
Z nożem przytkniętym do brzucha, z ostrzem przyłożonym do skóry, chciałam sama się zoperować. Zaciskając zęby i obmywając łzami każdą ranę, rozpaczliwie usiłowałam się naprawić…
- TY. – Odparłam szorstko, wbijając spojrzenie w swoje odbicie. – Sama się zgodziłaś, by przekazał ci swoje ciężary. I na własne życzenie, ściągnęłaś ból na siebie.
            Zgasiłam światło i wyszłam z łazienki, powolnym krokiem ruszyłam ku wyjściu z domu, a po chwili moje bose stopy zetknęły się z lodowatą posadzką na korytarzu. Przekręciłam zamek i uchyliłam drzwi, a wówczas oślepiło mnie słoneczne światło i żar z zewnątrz wlał się do środka, padając na moje ciało. Pokonałam parę stopni przede mną, następnie pobiegłam do ogrodu na tyłach domu.
Poczułam nagrzaną trawę pode mną, zatrzymałam się przy jabłoni i dotknęłam jej szorstkiej nagości, wciągając zapach późnego lata. Zamknęłam oczy i odstępując parę kroków od drzewa, stanęłam w samym słońcu pozwalając, by rozpaliło mą twarz.
Energia zaczęła powoli mnie wypełniać; ta sama, stara siła, tkwiąca w mej naturze. Wzniosła mnie ponad ziemię, oderwała od mych trosk, osuszyła rzęsy.
Muszę żyć, muszę, muszę czerpać z tej mocy jak najwięcej…

Nie jestem tchórzem, nie zamierzam nigdy więcej się poddać.



Vuohi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz