Pamiętam pierwsze spojrzenia, jak przez mgłę...
Jak zagubione dzieci, wstydziliśmy się malejącej przestrzeni pomiędzy nami.
Poprzez wygłupy i tę całą zabawę słowami...chyba zgubiliśmy już wtedy sens tych najważniejszych pojęć...
Dziś nasze wyśnione niebo pęka nade mną...
I tracę Cię, kochanie.
Pamiętam wszystkie Twoje próby...które odpychał mój lęk. Od początku zabijałam w Tobie coś, co teraz rozpaczliwie próbuję odnaleźć...
Więc może jednak życie jest sprawiedliwe?
Nie mów mi, błagam, że jesteśmy straceńcami, tylko nie mów, że od początku byliśmy skreśleni, bo...przysięgam, widziałam światło w Twoich oczach tyle razy, że gdyby ono okazało się złudzeniem...to i ja nie mogłabym istnieć naprawdę.
...Zresztą...mów co chcesz, jeśli tak masz czuć się lepiej.
Jeśli przyniesie Ci szczęście widok mnie, krzyczącej w oblicze pustej ściany...to nie skracaj mego cierpienia.
I jeśli zasłużyłam...jeśli czułeś to kiedyś tak mocno, jak ja, lub bardziej, o ile się da, to tylko mi powiedz, a zrozumiem wszystko, bo nie ma wówczas dla mnie przebaczenia.
Zrozumiem wszystko...
Pamiętam każdą moją małą ucieczkę, które przyniosły nam najdłuższe rozstanie.
Pamiętam palące łzy, gorzkie i wściekłe, żałosne i spóźnione, ale najszczersze, na jakie było mnie wtedy stać.
Jednej nocy odebrałeś mi całą nadzieję - wszystko, na czym mogłam polegać...
Ale wierzyłam, że wrócisz, wierzyłam w Ciebie tak cholernie mocno, że nie opuściło mnie nigdy Twoje spojrzenie, i wybaczam Ci wszystko; od początku do końca.
Modliłam się...i przyszedłeś.
Jako kamień rzucony w okno, a zarazem jako głaz, zawieszony na moim sercu.
Czy była to zemsta, czy nieświadome działanie...? Nie wiem.
Tamtym razem usiłowałam Ci tyle pokazać, powiedzieć...lecz to Ty zacząłeś uciekać.
I pamiętam, jak jednym zdaniem znów rozdarłeś mnie na pół...jak można myśleć, że słowa nic nie znaczą?
Pękłam i rozsypałam się u Twych stóp, płaszcząc się żałośnie i kuląc, przyciskając do piersi swoje uczucia. Do dziś nie wiem, czy rozumiałeś, dlaczego tonę.
Nie wiem, czy rozumiałeś mnie zbyt dobrze, czy nie chciałeś wcale rozumieć...
I nie wiem nawet, czy w ogóle wiesz, że wtedy ja Cię...
I straciłeś mnie wtedy, kochanie.
Ja wszystko wybaczam, wszystko wybaczam każdemu, tylko nie sobie, a to zabija mnie nieskutecznie, powoli, boleśnie...
Tyle czasu minęło i tak rzadko mogłam Cię widzieć, słuchać, czuć...
Uciszyłam w sobie wszystko, stłumiłam łkanie oszalałego, głupiego serca i pozwoliłam Ci się odsunąć. Czy na pewno wszystko było z Tobą w porządku?
Chciałam wierzyć, że tak.
Pamiętam to zamieszanie, ten bunt wewnątrz i wrzask, uczepiony mojego języka, ale nie umiejący się przedostać przez usta na zewnątrz.
Mijały dni, tygodnie i miesiące.
Szliśmy do przodu osobnymi ścieżkami, stykając się nieśmiało, na wpół świadomie, ze strachem, tak, jakbyśmy mogli zabić się nawzajem choćby jednym silniejszym dotykiem...
I znów zaczęłam tęsknić, wbrew sobie.
Z każdą kolejną rozmową przynosiłeś mi coś wyjątkowego...i odchodząc, zostawiałeś dziwną pustkę, którą zakopywałam w sobie głęboko, by nikt nie mógł jej dojrzeć, bym sama nie musiała jej odczuwać.
Bezkształtne, rozmazane uczucia tłoczyły się na dnie moich płuc, szepcąc cicho, nie wiedząc same, w czyją stronę się rzucić...
Na moment wszystko się zatrzymało.
Musiałam coś zmienić, musiałam uciec z miejsca, w którym stałam od dłuższego czasu. To wszystko tak mnie dusiło, krępowało...
I zerwałam łańcuch, powstrzymujący dotąd wszystkie naturalne odruchy, emocje i głosy.
Nie byłam świadoma, jak wielki chaos mnie wypełniał...
Gdy pozwoliłam mu się wydostać, obudził we mnie wszystkie wspomnienia, pragnienia, niespełnione marzenia i sny. Ruszyła lawina, niosąca mi rozpacz większą niż wszystko dotychczas...
A Ty...tkwiłeś gdzieś u boku, w kącie mego umysłu wciąż miałeś swoje miejsce, i stopniowo zacząłeś się przysuwać, wyciągać ręce w moją stronę...i opętał mnie ten sam lęk, który kiedyś nas poróżnił. Bałam się zostać i uciec jednocześnie, więc leżałam sparaliżowana i...pozwalałam się rozkładać na części i budować od nowa...
Choć znów traciłam Cię, kochanie.
Wnet ruszyliśmy przed siebie oddzielnymi drogami, które zdawały się tak podobne, tak samo zagmatwane...i chyliły się ku sobie, jak niebo i ziemia, stykające się na horyzoncie.
Mówiłam sobie, że nie zniosę tego po raz kolejny.
Kazałam sobie przestać, odrzucałam wszystkie myśli...
Nie chciałam wierzyć, że którekolwiek z Twych słów jest prawdziwe...
...a czy było?
Wciąż tego nie wiem, a niestety...uwierzyłam w nie za bardzo.
I pamiętam, jak przepędziłeś mój strach, chwytając mnie za rękę.
Przerażenie i próby uciszenia wewnętrznego krzyku...stały się tak lekkie...
...że uniosłam się wraz z nimi, parę centymetrów nad ziemię, i pozwoliłam Tobie prowadzić, choć widziałam ciemność roztaczającą się przed nami bezwstydnie.
Znów chciałam powiedzieć coś więcej, znów chciałam porzucić wszystko, byleby tylko móc...
Dać Ci coś więcej.
Dać Ci cokolwiek, co mogłoby choć trochę zasługiwać na Twoje spojrzenie.
Cokolwiek...cokolwiek...
Miałam przez chwilę wrażenie, że...to jest zbyt piękne.
Strach narastał we mnie ponownie, a ja walczyłam z nim, nie podobna do siebie zupełnie.
Pozwalałam się niszczyć i naprawiać...
Pozwalam się niszczyć i naprawiać.
Ale od jakiegoś czasu...chyba nie masz czasu, by mnie poukładać.
A ja...
Potrzebuję Cię jak nigdy.
Strasznie, okropnie, ze wszystkich sił...potrzebuję Cię!
Boże, jeśli kiedykolwiek to uczucie zaczynało we mnie wzrastać, to jeszcze nigdy nie ujrzałam go w pełni swej mocy!
Nie wiedziałam, na co się godzę...nie sądziłam, że przetrwam coś silniejszego, a tymczasem brnę w to coraz dalej, wchodzę po kolana, po ramiona, po czubek głowy i tonę, tonę na nowo, och, gdzie leży dno tej przecudnej otchłani?!
Kolejnej nocy, zwróciłeś mi całą nadzieję, jaką kiedykolwiek utraciłam...
Czy tylko po to, by znów mi ją odebrać...?
Zniosę to, zniosę to wszystko, zarzekam się, zaklinam!
Tylko zwróć ku mnie swe oczy raz jeszcze, nie próbuj obdarzyć mnie lodowatym spojrzeniem, bo nie uwierzę w nie nigdy więcej!
Nie uwierzę po tym wszystkim, że chcesz się odwrócić, nie potrafię uwierzyć, że mógłbyś chcieć tego naprawdę...
I r o z u m i e m, rozumiem, pamiętaj.
Pamiętaj.
I nie bój się, błagam, musimy dać jakoś radę, choćby miało to trwać latami...
Daj mi szansę trwania obok i nazywaj mnie jak zechcesz, dopóki będzie to szczere...
Chciałabym tylko...
Chciałabym tylko...
Nie stracić Ciebie, kochanie.
Dotarłeś do miejsca mej duszy, z którego nic Cię nie wyrwie, niestety...
I widzę Cię wszędzie, jakbyś był duchem...i nieistniejącym już obrazem, który opuścił wszystkie namacalne wartości na Ziemi...ale wciąż pozostawał niezwykle realny w mej pamięci.
Nigdy nie czułam wszystkiego naraz tak mocno...więc wybacz mi moje szaleństwo i prośby...
Postaram się zebrać w sobie dość siły, by milczeć.
Obiecuję, że spróbuję obudzić w sobie dumę...i milczeć.
Jeśli tylko tego chcesz...będę walczyć ze sobą, by milczeć.
Ale...czy to tego właśnie chcesz?
Jeśli tak, to choć raz bądź ze mną szczery i niech Twoje ręce nie kłamią także.
Jeśli znudziło Ci się układanie mnie za każdym razem...
To po prostu przestań mnie burzyć.
Vuohi
Miss You, Love
Jak zagubione dzieci, wstydziliśmy się malejącej przestrzeni pomiędzy nami.
Poprzez wygłupy i tę całą zabawę słowami...chyba zgubiliśmy już wtedy sens tych najważniejszych pojęć...
Dziś nasze wyśnione niebo pęka nade mną...
I tracę Cię, kochanie.
Pamiętam wszystkie Twoje próby...które odpychał mój lęk. Od początku zabijałam w Tobie coś, co teraz rozpaczliwie próbuję odnaleźć...
Więc może jednak życie jest sprawiedliwe?
Nie mów mi, błagam, że jesteśmy straceńcami, tylko nie mów, że od początku byliśmy skreśleni, bo...przysięgam, widziałam światło w Twoich oczach tyle razy, że gdyby ono okazało się złudzeniem...to i ja nie mogłabym istnieć naprawdę.
...Zresztą...mów co chcesz, jeśli tak masz czuć się lepiej.
Jeśli przyniesie Ci szczęście widok mnie, krzyczącej w oblicze pustej ściany...to nie skracaj mego cierpienia.
I jeśli zasłużyłam...jeśli czułeś to kiedyś tak mocno, jak ja, lub bardziej, o ile się da, to tylko mi powiedz, a zrozumiem wszystko, bo nie ma wówczas dla mnie przebaczenia.
Zrozumiem wszystko...
Pamiętam każdą moją małą ucieczkę, które przyniosły nam najdłuższe rozstanie.
Pamiętam palące łzy, gorzkie i wściekłe, żałosne i spóźnione, ale najszczersze, na jakie było mnie wtedy stać.
Jednej nocy odebrałeś mi całą nadzieję - wszystko, na czym mogłam polegać...
Ale wierzyłam, że wrócisz, wierzyłam w Ciebie tak cholernie mocno, że nie opuściło mnie nigdy Twoje spojrzenie, i wybaczam Ci wszystko; od początku do końca.
Modliłam się...i przyszedłeś.
Jako kamień rzucony w okno, a zarazem jako głaz, zawieszony na moim sercu.
Czy była to zemsta, czy nieświadome działanie...? Nie wiem.
Tamtym razem usiłowałam Ci tyle pokazać, powiedzieć...lecz to Ty zacząłeś uciekać.
I pamiętam, jak jednym zdaniem znów rozdarłeś mnie na pół...jak można myśleć, że słowa nic nie znaczą?
Pękłam i rozsypałam się u Twych stóp, płaszcząc się żałośnie i kuląc, przyciskając do piersi swoje uczucia. Do dziś nie wiem, czy rozumiałeś, dlaczego tonę.
Nie wiem, czy rozumiałeś mnie zbyt dobrze, czy nie chciałeś wcale rozumieć...
I nie wiem nawet, czy w ogóle wiesz, że wtedy ja Cię...
I straciłeś mnie wtedy, kochanie.
Ja wszystko wybaczam, wszystko wybaczam każdemu, tylko nie sobie, a to zabija mnie nieskutecznie, powoli, boleśnie...
Tyle czasu minęło i tak rzadko mogłam Cię widzieć, słuchać, czuć...
Uciszyłam w sobie wszystko, stłumiłam łkanie oszalałego, głupiego serca i pozwoliłam Ci się odsunąć. Czy na pewno wszystko było z Tobą w porządku?
Chciałam wierzyć, że tak.
Pamiętam to zamieszanie, ten bunt wewnątrz i wrzask, uczepiony mojego języka, ale nie umiejący się przedostać przez usta na zewnątrz.
Mijały dni, tygodnie i miesiące.
Szliśmy do przodu osobnymi ścieżkami, stykając się nieśmiało, na wpół świadomie, ze strachem, tak, jakbyśmy mogli zabić się nawzajem choćby jednym silniejszym dotykiem...
I znów zaczęłam tęsknić, wbrew sobie.
Z każdą kolejną rozmową przynosiłeś mi coś wyjątkowego...i odchodząc, zostawiałeś dziwną pustkę, którą zakopywałam w sobie głęboko, by nikt nie mógł jej dojrzeć, bym sama nie musiała jej odczuwać.
Bezkształtne, rozmazane uczucia tłoczyły się na dnie moich płuc, szepcąc cicho, nie wiedząc same, w czyją stronę się rzucić...
Na moment wszystko się zatrzymało.
Musiałam coś zmienić, musiałam uciec z miejsca, w którym stałam od dłuższego czasu. To wszystko tak mnie dusiło, krępowało...
I zerwałam łańcuch, powstrzymujący dotąd wszystkie naturalne odruchy, emocje i głosy.
Nie byłam świadoma, jak wielki chaos mnie wypełniał...
Gdy pozwoliłam mu się wydostać, obudził we mnie wszystkie wspomnienia, pragnienia, niespełnione marzenia i sny. Ruszyła lawina, niosąca mi rozpacz większą niż wszystko dotychczas...
A Ty...tkwiłeś gdzieś u boku, w kącie mego umysłu wciąż miałeś swoje miejsce, i stopniowo zacząłeś się przysuwać, wyciągać ręce w moją stronę...i opętał mnie ten sam lęk, który kiedyś nas poróżnił. Bałam się zostać i uciec jednocześnie, więc leżałam sparaliżowana i...pozwalałam się rozkładać na części i budować od nowa...
Choć znów traciłam Cię, kochanie.
Wnet ruszyliśmy przed siebie oddzielnymi drogami, które zdawały się tak podobne, tak samo zagmatwane...i chyliły się ku sobie, jak niebo i ziemia, stykające się na horyzoncie.
Mówiłam sobie, że nie zniosę tego po raz kolejny.
Kazałam sobie przestać, odrzucałam wszystkie myśli...
Nie chciałam wierzyć, że którekolwiek z Twych słów jest prawdziwe...
...a czy było?
Wciąż tego nie wiem, a niestety...uwierzyłam w nie za bardzo.
I pamiętam, jak przepędziłeś mój strach, chwytając mnie za rękę.
Przerażenie i próby uciszenia wewnętrznego krzyku...stały się tak lekkie...
...że uniosłam się wraz z nimi, parę centymetrów nad ziemię, i pozwoliłam Tobie prowadzić, choć widziałam ciemność roztaczającą się przed nami bezwstydnie.
Znów chciałam powiedzieć coś więcej, znów chciałam porzucić wszystko, byleby tylko móc...
Dać Ci coś więcej.
Dać Ci cokolwiek, co mogłoby choć trochę zasługiwać na Twoje spojrzenie.
Cokolwiek...cokolwiek...
Miałam przez chwilę wrażenie, że...to jest zbyt piękne.
Strach narastał we mnie ponownie, a ja walczyłam z nim, nie podobna do siebie zupełnie.
Pozwalałam się niszczyć i naprawiać...
Pozwalam się niszczyć i naprawiać.
Ale od jakiegoś czasu...chyba nie masz czasu, by mnie poukładać.
A ja...
Potrzebuję Cię jak nigdy.
Strasznie, okropnie, ze wszystkich sił...potrzebuję Cię!
Boże, jeśli kiedykolwiek to uczucie zaczynało we mnie wzrastać, to jeszcze nigdy nie ujrzałam go w pełni swej mocy!
Nie wiedziałam, na co się godzę...nie sądziłam, że przetrwam coś silniejszego, a tymczasem brnę w to coraz dalej, wchodzę po kolana, po ramiona, po czubek głowy i tonę, tonę na nowo, och, gdzie leży dno tej przecudnej otchłani?!
Kolejnej nocy, zwróciłeś mi całą nadzieję, jaką kiedykolwiek utraciłam...
Czy tylko po to, by znów mi ją odebrać...?
Zniosę to, zniosę to wszystko, zarzekam się, zaklinam!
Tylko zwróć ku mnie swe oczy raz jeszcze, nie próbuj obdarzyć mnie lodowatym spojrzeniem, bo nie uwierzę w nie nigdy więcej!
Nie uwierzę po tym wszystkim, że chcesz się odwrócić, nie potrafię uwierzyć, że mógłbyś chcieć tego naprawdę...
I r o z u m i e m, rozumiem, pamiętaj.
Pamiętaj.
I nie bój się, błagam, musimy dać jakoś radę, choćby miało to trwać latami...
Daj mi szansę trwania obok i nazywaj mnie jak zechcesz, dopóki będzie to szczere...
Chciałabym tylko...
Chciałabym tylko...
Nie stracić Ciebie, kochanie.
Dotarłeś do miejsca mej duszy, z którego nic Cię nie wyrwie, niestety...
I widzę Cię wszędzie, jakbyś był duchem...i nieistniejącym już obrazem, który opuścił wszystkie namacalne wartości na Ziemi...ale wciąż pozostawał niezwykle realny w mej pamięci.
Nigdy nie czułam wszystkiego naraz tak mocno...więc wybacz mi moje szaleństwo i prośby...
Postaram się zebrać w sobie dość siły, by milczeć.
Obiecuję, że spróbuję obudzić w sobie dumę...i milczeć.
Jeśli tylko tego chcesz...będę walczyć ze sobą, by milczeć.
Ale...czy to tego właśnie chcesz?
Jeśli tak, to choć raz bądź ze mną szczery i niech Twoje ręce nie kłamią także.
Jeśli znudziło Ci się układanie mnie za każdym razem...
To po prostu przestań mnie burzyć.
Vuohi
Miss You, Love