poniedziałek, 28 września 2015

And I miss you love...

Pamiętam pierwsze spojrzenia, jak przez mgłę...
Jak zagubione dzieci, wstydziliśmy się malejącej przestrzeni pomiędzy nami.
Poprzez wygłupy i tę całą zabawę słowami...chyba zgubiliśmy już wtedy sens tych najważniejszych pojęć...

Dziś nasze wyśnione niebo pęka nade mną...
I tracę Cię, kochanie.

Pamiętam wszystkie Twoje próby...które odpychał mój lęk. Od początku zabijałam w Tobie coś, co teraz rozpaczliwie próbuję odnaleźć...
Więc może jednak życie jest sprawiedliwe?

Nie mów mi, błagam, że jesteśmy straceńcami, tylko nie mów, że od początku byliśmy skreśleni, bo...przysięgam, widziałam światło w Twoich oczach tyle razy, że gdyby ono okazało się złudzeniem...to i ja nie mogłabym istnieć naprawdę.

...Zresztą...mów co chcesz, jeśli tak masz czuć się lepiej.
Jeśli przyniesie Ci szczęście widok mnie, krzyczącej w oblicze pustej ściany...to nie skracaj mego cierpienia.

I jeśli zasłużyłam...jeśli czułeś to kiedyś tak mocno, jak ja, lub bardziej, o ile się da, to tylko mi powiedz, a zrozumiem wszystko, bo nie ma wówczas dla mnie przebaczenia.
Zrozumiem wszystko...

Pamiętam każdą moją małą ucieczkę, które przyniosły nam najdłuższe rozstanie.
Pamiętam palące łzy, gorzkie i wściekłe, żałosne i spóźnione, ale najszczersze, na jakie było mnie wtedy stać.
Jednej nocy odebrałeś mi całą nadzieję - wszystko, na czym mogłam polegać...
Ale wierzyłam, że wrócisz, wierzyłam w Ciebie tak cholernie mocno, że nie opuściło mnie nigdy Twoje spojrzenie, i wybaczam Ci wszystko; od początku do końca.

Modliłam się...i przyszedłeś.
Jako kamień rzucony w okno, a zarazem jako głaz, zawieszony na moim sercu.
Czy była to zemsta, czy nieświadome działanie...? Nie wiem.
Tamtym razem usiłowałam Ci tyle pokazać, powiedzieć...lecz to Ty zacząłeś uciekać.

I pamiętam, jak jednym zdaniem znów rozdarłeś mnie na pół...jak można myśleć, że słowa nic nie znaczą?
Pękłam i rozsypałam się u Twych stóp, płaszcząc się żałośnie i kuląc, przyciskając do piersi swoje uczucia. Do dziś nie wiem, czy rozumiałeś, dlaczego tonę.
Nie wiem, czy rozumiałeś mnie zbyt dobrze, czy nie chciałeś wcale rozumieć...
I nie wiem nawet, czy w ogóle wiesz, że wtedy ja Cię...

I straciłeś mnie wtedy, kochanie.

Ja wszystko wybaczam, wszystko wybaczam każdemu, tylko nie sobie, a to zabija mnie nieskutecznie, powoli, boleśnie...
Tyle czasu minęło i tak rzadko mogłam Cię widzieć, słuchać, czuć...
Uciszyłam w sobie wszystko, stłumiłam łkanie oszalałego, głupiego serca i pozwoliłam Ci się odsunąć. Czy na pewno wszystko było z Tobą w porządku?

Chciałam wierzyć, że tak.

Pamiętam to zamieszanie, ten bunt wewnątrz i wrzask, uczepiony mojego języka, ale nie umiejący się przedostać przez usta na zewnątrz.
Mijały dni, tygodnie i miesiące.
Szliśmy do przodu osobnymi ścieżkami, stykając się nieśmiało, na wpół świadomie, ze strachem, tak, jakbyśmy mogli zabić się nawzajem choćby jednym silniejszym dotykiem...

I znów zaczęłam tęsknić, wbrew sobie.
Z każdą kolejną rozmową przynosiłeś mi coś wyjątkowego...i odchodząc, zostawiałeś dziwną pustkę, którą zakopywałam w sobie głęboko, by nikt nie mógł jej dojrzeć, bym sama nie musiała jej odczuwać.
Bezkształtne, rozmazane uczucia tłoczyły się na dnie moich płuc, szepcąc cicho, nie wiedząc same, w czyją stronę się rzucić...

Na moment wszystko się zatrzymało.
Musiałam coś zmienić, musiałam uciec z miejsca, w którym stałam od dłuższego czasu. To wszystko tak mnie dusiło, krępowało...
I zerwałam łańcuch, powstrzymujący dotąd wszystkie naturalne odruchy, emocje i głosy.

Nie byłam świadoma, jak wielki chaos mnie wypełniał...

Gdy pozwoliłam mu się wydostać, obudził we mnie wszystkie wspomnienia, pragnienia, niespełnione marzenia i sny. Ruszyła lawina, niosąca mi rozpacz większą niż wszystko dotychczas...

A Ty...tkwiłeś gdzieś u boku, w kącie mego umysłu wciąż miałeś swoje miejsce, i stopniowo zacząłeś się przysuwać, wyciągać ręce w moją stronę...i opętał mnie ten sam lęk, który kiedyś nas poróżnił. Bałam się zostać i uciec jednocześnie, więc leżałam sparaliżowana i...pozwalałam się rozkładać na części i budować od nowa...

Choć znów traciłam Cię, kochanie.

Wnet ruszyliśmy przed siebie oddzielnymi drogami, które zdawały się tak podobne, tak samo zagmatwane...i chyliły się ku sobie, jak niebo i ziemia, stykające się na horyzoncie.

Mówiłam sobie, że nie zniosę tego po raz kolejny.
Kazałam sobie przestać, odrzucałam wszystkie myśli...
Nie chciałam wierzyć, że którekolwiek z Twych słów jest prawdziwe...
...a czy było?

Wciąż tego nie wiem, a niestety...uwierzyłam w nie za bardzo.

I pamiętam, jak przepędziłeś mój strach, chwytając mnie za rękę.
Przerażenie i próby uciszenia wewnętrznego krzyku...stały się tak lekkie...
...że uniosłam się wraz z nimi, parę centymetrów nad ziemię, i pozwoliłam Tobie prowadzić, choć widziałam ciemność roztaczającą się przed nami bezwstydnie.

Znów chciałam powiedzieć coś więcej, znów chciałam porzucić wszystko, byleby tylko móc...
Dać Ci coś więcej.
Dać Ci cokolwiek, co mogłoby choć trochę zasługiwać na Twoje spojrzenie.
Cokolwiek...cokolwiek...

Miałam przez chwilę wrażenie, że...to jest zbyt piękne.
Strach narastał we mnie ponownie, a ja walczyłam z nim, nie podobna do siebie zupełnie.
Pozwalałam się niszczyć i naprawiać...

Pozwalam się niszczyć i naprawiać.
Ale od jakiegoś czasu...chyba nie masz czasu, by mnie poukładać.
A ja...

Potrzebuję Cię jak nigdy.
Strasznie, okropnie, ze wszystkich sił...potrzebuję Cię!

Boże, jeśli kiedykolwiek to uczucie zaczynało we mnie wzrastać, to jeszcze nigdy nie ujrzałam go w pełni swej mocy!
Nie wiedziałam, na co się godzę...nie sądziłam, że przetrwam coś silniejszego, a tymczasem brnę w to coraz dalej, wchodzę po kolana, po ramiona, po czubek głowy i tonę, tonę na nowo, och, gdzie leży dno tej przecudnej otchłani?!

Kolejnej nocy, zwróciłeś mi całą nadzieję, jaką kiedykolwiek utraciłam...
Czy tylko po to, by znów mi ją odebrać...?

Zniosę to, zniosę to wszystko, zarzekam się, zaklinam!
Tylko zwróć ku mnie swe oczy raz jeszcze, nie próbuj obdarzyć mnie lodowatym spojrzeniem, bo nie uwierzę w nie nigdy więcej!

Nie uwierzę po tym wszystkim, że chcesz się odwrócić, nie potrafię uwierzyć, że mógłbyś chcieć tego naprawdę...

I  r o z u m i e m, rozumiem, pamiętaj.
Pamiętaj.

I nie bój się, błagam, musimy dać jakoś radę, choćby miało to trwać latami...
Daj mi szansę trwania obok i nazywaj mnie jak zechcesz, dopóki będzie to szczere...

Chciałabym tylko...

Chciałabym tylko...

Nie stracić Ciebie, kochanie.

Dotarłeś do miejsca mej duszy, z którego nic Cię nie wyrwie, niestety...
I widzę Cię wszędzie, jakbyś był duchem...i nieistniejącym już obrazem, który opuścił wszystkie namacalne wartości na Ziemi...ale wciąż pozostawał niezwykle realny w mej pamięci.

Nigdy nie czułam wszystkiego naraz tak mocno...więc wybacz mi moje szaleństwo i prośby...

Postaram się zebrać w sobie dość siły, by milczeć.
Obiecuję, że spróbuję obudzić w sobie dumę...i milczeć.
Jeśli tylko tego chcesz...będę walczyć ze sobą, by milczeć.

Ale...czy to tego właśnie chcesz?
Jeśli tak, to choć raz bądź ze mną szczery i niech Twoje ręce nie kłamią także.

Jeśli znudziło Ci się układanie mnie za każdym razem...
To po prostu przestań mnie burzyć.



Vuohi

Miss You, Love

niedziela, 20 września 2015

Nagle

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Jesteś murem, którego nie umiem przekroczyć.
Dziś, u Twego boku, wypalam się i gasnę;
Ramy Twoich ramion są w stanie mnie roztopić...

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Jesteś murem, którego nie potrafię zburzyć,
Chociaż Ty burzysz mnie codziennie, jakbym właśnie
Tylko po to istniała, żeby móc Ci służyć...

Po jednej Twojej stronie kryje się mój azyl,
A po drugiej nic nie ma...już nic nie ma dla mnie.
I ciemność zalewa senne moje obrazy,
Gdy Cię szarość codzienności z mych rąk znów kradnie...

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Oczy na zmianę zapalają się i bledną
Boję się stracić ciepło Twych dłoni odważne,
Bez którego marzenia wszystkie we mnie więdną...

I nagle wszystko staje się potwornie jasne...
Za dnia tkwię we śnie, nocą bez Ciebie nie zasnę...
Lecz Twoja dusza odeszła prędzej, niż ciało;
Po mej stronie muru już nic nie pozostało...

Czy już nie jesteś w stanie pozostać tak blisko,
Jak wtedy obiecywały mi to Twe usta...?
Czy to aż takie ciężkie - znosić ze mną wszystko,
Że wolałbyś, abym była zupełnie pusta...?

Wyciągam do Ciebie dłoń, ale nie masz czasu
Potrzymać jej, jak kiedyś, więc żyję wspomnieniem
Tysiąca Twoich namalowanych obrazów
Zamykam oczy, wyobrażam sobie Ciebie

I łudzę się, że będziesz tu, gdy je otworzę...
Lecz nagle wszystko staje się potwornie jasne;
Odrzucasz mnie, wpisujesz na ostatnią stronę
Tak Ci będzie najwygodniej...tak będzie zawsze...?

Jeśli tak...to dlaczego daliśmy zaistnieć
Chwilom, w których tylko MY mieliśmy znaczenie...?
Czemu to tak trudne - znaleźć czas na wytchnienie,
Przerwać ten bieg, uciec gdzieś razem i pomilczeć...?

...I nagle wszystko staje się cudownie jasne...
Choć trudno mi poukładać myśli i słowa,
Choć jesteś murem, u boku którego zasnę...
To czuję, że zniosę to wszystko...bo Cię kocham.


Vuohi

niedziela, 13 września 2015

Nie wiem...

Jesteś naprawdę...i to mnie podtrzymuje.
Pewność, że możesz być na wyciągnięcie ręki, pozwala mi pokonać momenty, w których dotkliwiej, niż zwykle, dzielą nas góry codzienności i lasy problemów, o których nie umiemy sobie opowiedzieć.

Nieustannie coś się dzieje.
Nigdy nie wiem, czy to Ty, czy to ja wciąż czekam na Ciebie...

Jesteś naprawdę...i co jakiś czas stajesz się mniej lub bardziej wyraźny...
Namacalny. Rzeczywisty. 
Do bólu mięśni i kości być potrafisz.

Nie umiem tego określić i nie wiem...
Czy robisz to wszystko świadomie, czy może jesteś równie zagubiony i przerażony...gdy to wszystko znów nabiera kolorów...?

Dziś przychodzę w nocy, bo...mam Ci coś do powiedzenia.
Światło dziennie spaliłoby doszczętnie znaczenie tych słów...

Wypłukuję z pamięci wspomnienia; spuszczają się pojedynczo po ścianie mego policzka, suną w dół po śliskiej linie, skrzącej się w ciemności.

Nie wiem czy jesteśmy od siebie tak różni, czy aż tak podobni, że...nie umiemy rozmawiać, czy nie musimy rozmawiać, by do siebie dotrzeć...

Dziś przychodzę w ciszy, bo...mam Ci coś do pokazania.
Nawet szept mógłby wybić szyby stojące w ramach mych powiek...

Chciałabym do Ciebie pasować.
Chciałabym Ci odpowiadać.
Być fotografią, na którą spoglądałbyś każdego wieczoru z tęsknotą w sercu, i ożywać nagle, wraz z Twoim zaśnięciem. Odlepiać się od papieru tylko po to, by wylądować obok Ciebie i patrzeć jak śpisz spokojnie...

Chciałabym, żebyś chciał równie mocno.

A co jeśli jestem tak zaślepiona przez własne pragnienia i sprawy, przez samą chęć dotarcia do Ciebie, przez narastające wizje w mym umyśle, że...przegapiam raz po raz Twoje wołanie, przeoczam Twoją dłoń wyciągniętą w moją stronę...?

Nie wiem, czy odważę się kiedykolwiek zapytać...
Nie wiem, czy odważę się kiedykolwiek powiedzieć coś naprawdę istotnego...
Nie wiem, czy gdybym wyznała to wszystko...zechciałbyś w ogóle jeszcze na mnie spojrzeć.

Łudzę się na siłę, że wszystko jest tak, jak być powinno, a nawet lepiej.
Wszystko wokół każe mi myśleć, że to takie proste, że nie mam się czego bać...a ja komplikuję całość i wciąż doszukuję się drugiego dna.

Przepraszam, ale naprawdę nie potrafię inaczej...
Gdy widzę, jak patrzysz...
Gdy czuję Twoje serce tuż przy swoim...
Gdy słyszę spokojny, miarowy oddech, wraz z którym wszystko unosi się i opada, unosi i opada cicho, delikatnie...a ja kołyszę się wraz z Tobą, niesiona przez fale własnych zaspanych uczuć i sennych, zmęczonych wyobrażeń...
...nie potrafię nie odczuwać tego tysiąc razy mocniej.

I może wydaje Ci się, że ja tylko udaję.
Może myślisz, że mówię wszystko, co przychodzi mi na myśl...
Może myślisz nawet, że umiem kontrolować to, co się dzieje...
Nie wiem.

W tym nagłym, ogromnym przypływie szczęścia, jakie czułam przez cały czas spędzony przy Tobie...zawieruszyły się w gdzieś moja świadomość i rzeczywistość...
Przestało dla mnie istnieć pragnienie bólu, tak istotne dotychczas...
Ucichły we mnie wstyd i zmartwienia, niewypowiedziane smutki i lęki...

To mnie od Ciebie uzależniło.
I nie wiem, czy dam sobie radę bez tego uczucia.
Nie wiem, jak długo wytrzymam tę niepewność...

Bo nie wiem, czy Ty w ogóle masz jeszcze siły...i czas....
By chcieć.

A nie chcę, żebyś padł wyczerpany, nieszczęśliwy...albo najgorzej - obojętny...
Tylko dlatego, że usiłowałam Cię zrozumieć.

Chciałabym, żebyś...

Został.
Na zawsze.

Tylko, że nie wiem...

Czy Ty też chcesz.






Vuohi

wtorek, 8 września 2015

Tysiąc Obrazów

Tysiąc obrazów naraz mi podarowałeś
W serce i pamięć kolorów fale wpisałeś
I co dzień, gdy się budzę, rzucam nań spojrzenie
I wnet tysiąc uczuć wypełnia mnie natchnieniem

Tysiąc obrazów naraz mi podarowałeś,
A wraz z nimi doszczętnie ze słów mnie okradłeś
I nie mam już głosu i sił, by rzec coś więcej,
Prócz tych dwóch słów najcichszych, choć brzmiących najpiękniej

Boże, czy na takie szaleństwo mnie skazałeś
W odpowiedzi na modlitwy w łzach pogrzebane...?
Serce mi pękło...a dziś - czuje się kochane...

Odkąd tysiąc obrazów mi podarowałeś,
Myśli moje ku tej jednej są skierowane
I nagie, bo tylko do dwóch słów rozebrane...


Vuohi

poniedziałek, 7 września 2015

Och, Wielkie Nieba...

Przywykłam do tego, że wciąż pożera mnie strach,
I że każdej iskrze szczęścia sypie w oczy piach
Kiedy zdaję się topnieć i mróz mnie opuszcza,
On wraca, by śniegiem zakleić mi usta...

Jednak Ty, gdy swą dłoń ku mnie śmiało wyciągasz,
Przepędzić potrafisz wszystkie łzy lodowate
Oceanem i Niebem odważnie spoglądasz
I wnet całe zło we mnie jest nic nie warte...

Och, Wielkie Nieba, czuję, że czuć znów potrafię,
A ogień w mym sercu pali się coraz jaśniej...
Mam wrażenie, że muszę się rozpaść dla Ciebie,
Abyś pośród swych ramion zbudował mi twierdzę

Byś w mych murach zapisał coś trwalszego, niż ból
Uciszył ostre wrzaski i wytarł z serca kurz...
Och, Wielkie Nieba, czuję, że czuć znów potrafię,
A ogień w mym sercu pali się coraz jaśniej.

Chciałabym, żebyś mógł zrozumieć, co czuję,
Ale te słowa ważą więcej, niż dotychczas
I boję się, bo nie chcę, by ten płomień wygasł,
Lecz chciałabym, być wiedział, jak mnie to ujmuje...

Bo przywykłam do tego, że strach mnie pożera,
A pomimo tego, odwaga już się wzbiera
I znów mam chęci, by co dnia oczy otwierać,
Bo dopóki jesteś, tli się we mnie nadzieja...

Choć to takie szaleństwo; chyba rozum tracę...
Targają mną tak bardzo rozbieżne uczucia...
Gdy jesteś blisko, nagle wszystko jest inaczej...
Och, Wielkie Nieba...

...czuję, że czuć znów potrafię.


Vuohi