Jesteś naprawdę...i to mnie podtrzymuje.
Pewność, że możesz być na wyciągnięcie ręki, pozwala mi pokonać momenty, w których dotkliwiej, niż zwykle, dzielą nas góry codzienności i lasy problemów, o których nie umiemy sobie opowiedzieć.
Nieustannie coś się dzieje.
Nigdy nie wiem, czy to Ty, czy to ja wciąż czekam na Ciebie...
Jesteś naprawdę...i co jakiś czas stajesz się mniej lub bardziej wyraźny...
Namacalny. Rzeczywisty.
Do bólu mięśni i kości być potrafisz.
Nie umiem tego określić i nie wiem...
Czy robisz to wszystko świadomie, czy może jesteś równie zagubiony i przerażony...gdy to wszystko znów nabiera kolorów...?
Dziś przychodzę w nocy, bo...mam Ci coś do powiedzenia.
Światło dziennie spaliłoby doszczętnie znaczenie tych słów...
Wypłukuję z pamięci wspomnienia; spuszczają się pojedynczo po ścianie mego policzka, suną w dół po śliskiej linie, skrzącej się w ciemności.
Nie wiem czy jesteśmy od siebie tak różni, czy aż tak podobni, że...nie umiemy rozmawiać, czy nie musimy rozmawiać, by do siebie dotrzeć...
Dziś przychodzę w ciszy, bo...mam Ci coś do pokazania.
Nawet szept mógłby wybić szyby stojące w ramach mych powiek...
Chciałabym do Ciebie pasować.
Chciałabym Ci odpowiadać.
Być fotografią, na którą spoglądałbyś każdego wieczoru z tęsknotą w sercu, i ożywać nagle, wraz z Twoim zaśnięciem. Odlepiać się od papieru tylko po to, by wylądować obok Ciebie i patrzeć jak śpisz spokojnie...
Chciałabym, żebyś chciał równie mocno.
A co jeśli jestem tak zaślepiona przez własne pragnienia i sprawy, przez samą chęć dotarcia do Ciebie, przez narastające wizje w mym umyśle, że...przegapiam raz po raz Twoje wołanie, przeoczam Twoją dłoń wyciągniętą w moją stronę...?
Nie wiem, czy odważę się kiedykolwiek zapytać...
Nie wiem, czy odważę się kiedykolwiek powiedzieć coś naprawdę istotnego...
Nie wiem, czy gdybym wyznała to wszystko...zechciałbyś w ogóle jeszcze na mnie spojrzeć.
Łudzę się na siłę, że wszystko jest tak, jak być powinno, a nawet lepiej.
Wszystko wokół każe mi myśleć, że to takie proste, że nie mam się czego bać...a ja komplikuję całość i wciąż doszukuję się drugiego dna.
Przepraszam, ale naprawdę nie potrafię inaczej...
Gdy widzę, jak patrzysz...
Gdy czuję Twoje serce tuż przy swoim...
Gdy słyszę spokojny, miarowy oddech, wraz z którym wszystko unosi się i opada, unosi i opada cicho, delikatnie...a ja kołyszę się wraz z Tobą, niesiona przez fale własnych zaspanych uczuć i sennych, zmęczonych wyobrażeń...
...nie potrafię nie odczuwać tego tysiąc razy mocniej.
I może wydaje Ci się, że ja tylko udaję.
Może myślisz, że mówię wszystko, co przychodzi mi na myśl...
Może myślisz nawet, że umiem kontrolować to, co się dzieje...
Nie wiem.
W tym nagłym, ogromnym przypływie szczęścia, jakie czułam przez cały czas spędzony przy Tobie...zawieruszyły się w gdzieś moja świadomość i rzeczywistość...
Przestało dla mnie istnieć pragnienie bólu, tak istotne dotychczas...
Ucichły we mnie wstyd i zmartwienia, niewypowiedziane smutki i lęki...
To mnie od Ciebie uzależniło.
I nie wiem, czy dam sobie radę bez tego uczucia.
Nie wiem, jak długo wytrzymam tę niepewność...
Bo nie wiem, czy Ty w ogóle masz jeszcze siły...i czas....
By chcieć.
A nie chcę, żebyś padł wyczerpany, nieszczęśliwy...albo najgorzej - obojętny...
Tylko dlatego, że usiłowałam Cię zrozumieć.
Chciałabym, żebyś...
Został.
Na zawsze.
Tylko, że nie wiem...
Czy Ty też chcesz.
Vuohi
Tak prosto powiedziane...Zwyczajnie. Ale tak jakby slowa odbijaly sie w niezliczonych lustrach i za kazdym odbiciem nabieraly nowych znaczen.
OdpowiedzUsuń