Żegnaj.
Uderzam się z całych sił pięściami po kościach; echo tępych ciosów osiada na parkiecie i milknie natychmiast. Ostatnie noce są tak rozmyte...czarne niebo rozpada się na kawałki codziennie, dokładnie o dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy, a ja patrzę, otwieram oczy najszerzej, jak potrafię, ale nie widzę nic w tej ciemności, która zdaje się falować wokół od wody sięgającej brzegów powiek.
Wiem, że lustro tkwi martwe, zawieszone przede mną, ale nawet w nim nie odnajduję już swojej twarzy. Nie ma mnie...nie ma Mnie.
Szaleństwo ogarnia mnie coraz wyraźniej. Mam co chwilę wrażenie, że moje dłonie marszczą się od zimna narastającego wewnątrz, czuję, że niedługo zupełnie wyschną, zeschną się, zasuszą, skruszą i odpadną...te moje dłonie...
Te dłonie, co nieśmiało wyciągały się w Twą stronę, a napotykając ciepło, topiły się, jakby wnet miały Ci zalać całe ciało...otwierając je i zamykając na zmianę, mierzyłam odległość między nami. Teraz nie mogłabym nawet dosięgnąć cienia tamtych nocy...wszystko opuszcza mnie powoli, boleśnie powoli...
I mijają dni kolejne.
Jest coraz zimniej na zewnątrz, jest coraz chłodniej wewnątrz...jest lodowato u boku Twej Obojętności. Śmieję się na głos do bólu brzucha, skaczę i opowiadam rzeczy niestworzone, a wszystko to poza domem, poza domem...A tylko cztery ściany moje, odsłaniają zacieki na szybach, i tylko tutaj, gdzie powinnam czuć się...sobą...u siebie...tylko tutaj wyraźnie widzę rysy na szklanej powierzchni myśli.
Wszystko w porządku, dobrze jest ze mną, dobrze...tylko jestem czasami...troszeczkę zmęczona i...rozkojarzona. Tak wspominam, na wszelki wypadek, gdybyś chciał zapytać, choć wiem, że nie zapytasz. Nie z chęci poznania prawdy. Co najwyżej z przykrego obowiązku.
Przykrego obowiązku, wynikającego z przykrej sytuacji, jaką jest każda relacja ze mną, z tą mną zmęczoną, męczoną, męczącą.
Bardzo chciałabym mieć przy sobie choć odrobinę Ciebie, choć odrobinę...! Odrobinę do ściskania, przytulania, wąchania, zapłakiwania, głaskania, trzymania...wyobrażania sobie...że mam całość, całość Ciebie obok...ale wszystko, co mam, jest jakieś ostre, twarde i raniące, gdy tylko zechcę pochwycić to w ramiona, wiedząc, że powinnam podziwiać z daleka.
Bo Twoje wszystko powinno być z daleka.
A najbardziej z daleka, należy Cię kochać.
I mijają tygodnie kolejne.
Uskrzydlone serce moje zestrzeliłeś bez uprzedzenia, choć i tak krążyło już coraz niżej, ze świadomością niepowodzenia swego lotu, ze świadomością nieuniknionego końca.
Drżą mi usta niespokojnie, chwieję się na nogach i zawroty głowy...zawroty głowy pozbawiają mnie zmysłów i kształtów świata. Ogół zlewa się w kolorową maź po czym szarzeje, szarzeje i szarzeje...
Powinnam znaleźć czas dla siebie i jakieś zajęcie, powinnam zacząć zasypiać i spać, zanim niebo zacznie się znów rozpadać na tysiące niezrozumiałych kawałków, zanim noc zacznie bełkotać i burczeć coś pod nosem, zanim ciemność zawoła mnie spod łóżka...
Łóżka, które zdaje się być coraz niżej i niżej; niebawem sięgnę ziemi, ale to nie koniec, bo i ona będzie się zagłębiać, wraz ze mną, ułożoną na jej piersi, z twarzą zwróconą w górę, w tę wolną, niebieską stronę świata. Łóżko, które trzeszczy pod każdym ciężarem, przy każdym ruchu, przypominając mi, gdzie jestem, budząc mnie swym piskiem ze snu niemożliwego, bo z Tobą...choć namacalnego, bo...z Tobą.
Bo z Tobą tylko to się liczy.
To, czego można dotknąć, posiąść, wziąć sobie za własne, choć na chwilę, nie patrząc na to, co się dalej stanie, nie myśląc o tym, co będzie. To, co można dotknąć, uszczypnąć, poślinić i skarcić. To, co można rozdrapać, ogrzać i pogłaskać, w co można uderzyć, wbić się, wykręcić, pobawić się tym i zepsuć, zniszczyć, zgnieść, wyrzucić...!
Tylko to! To własnie się liczy.
Bo pod skórą, ach, pod żebrami, po drugiej stronie powiek i pod językiem...schowane są rzeczy nudne, niezrozumiałe, niewidoczne gołym okiem. Po cóż więc doszukiwać się setnego pojęcia piękna, gdy pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć ma się w objęciach, w silnych rąk własnych objęciach...?!
...a pomimo tego odrzucania i cichej rezygnacji wobec owej najciemniejszej, najważniejszej dla mnie warstwy...najważniejszej, bo prawdziwej, prawdziwie mojej, mojej prawdziwej mnie...pomimo odpychania, pomiatania nią...dotarłeś do środka. Wdarłeś się na drugą stronę, wniknąłeś w każdy z obrazów porozsypywanych wewnątrz, rozłożyłeś się pomiędzy rozpaczą a nieskończonym szczęściem...i nie ruszasz się, choć ciało Twoje zanika, choć ciało moje zanika.
Choć czucie nasze zanika i nie ma już nic, nie ma już nic, na czym mogłabym się oprzeć, o co mogłabym się zaczepić...
I mijają miesiące kolejne.
Cóż, najwyżej umierać będę z powodu choroby, o którą się modląc, straciłam głos niemal zupełnie...więc krzyczeć nie będę mogła, by Cię zawołać. Zresztą...przecież i tak nie chciałbyś mnie usłyszeć.
Boże, gdybym wiedziała, że to ostatni raz, kiedy jestem dość blisko, by odnaleźć utraconą, utęsknioną cząstkę siebie w Twoich oczach...może odważyłabym się rzucić w głębiny tego spojrzenia i utonąć od razu, by nigdy nie musieć dotknąć dna Twojej m i ł o ś c i.
Czułeś przecież...bo czuć potrafisz, choćby na chwilę.
Ale tylko na chwilę.
A ja tylko na zawsze.
Ale ja siebie pokonam, wiesz?
Będę tak silna...tak silna, jak nigdy.
Kiedyś...
Pożegnam kiedyś czucie to moje przesadne, zbyt wielkie, zbyt szerokie na świat ten...
Pożegnam.
Pożegnam siebie...
Żegnam.
Vuohi
Uderzam się z całych sił pięściami po kościach; echo tępych ciosów osiada na parkiecie i milknie natychmiast. Ostatnie noce są tak rozmyte...czarne niebo rozpada się na kawałki codziennie, dokładnie o dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy, a ja patrzę, otwieram oczy najszerzej, jak potrafię, ale nie widzę nic w tej ciemności, która zdaje się falować wokół od wody sięgającej brzegów powiek.
Wiem, że lustro tkwi martwe, zawieszone przede mną, ale nawet w nim nie odnajduję już swojej twarzy. Nie ma mnie...nie ma Mnie.
Szaleństwo ogarnia mnie coraz wyraźniej. Mam co chwilę wrażenie, że moje dłonie marszczą się od zimna narastającego wewnątrz, czuję, że niedługo zupełnie wyschną, zeschną się, zasuszą, skruszą i odpadną...te moje dłonie...
Te dłonie, co nieśmiało wyciągały się w Twą stronę, a napotykając ciepło, topiły się, jakby wnet miały Ci zalać całe ciało...otwierając je i zamykając na zmianę, mierzyłam odległość między nami. Teraz nie mogłabym nawet dosięgnąć cienia tamtych nocy...wszystko opuszcza mnie powoli, boleśnie powoli...
I mijają dni kolejne.
Jest coraz zimniej na zewnątrz, jest coraz chłodniej wewnątrz...jest lodowato u boku Twej Obojętności. Śmieję się na głos do bólu brzucha, skaczę i opowiadam rzeczy niestworzone, a wszystko to poza domem, poza domem...A tylko cztery ściany moje, odsłaniają zacieki na szybach, i tylko tutaj, gdzie powinnam czuć się...sobą...u siebie...tylko tutaj wyraźnie widzę rysy na szklanej powierzchni myśli.
Wszystko w porządku, dobrze jest ze mną, dobrze...tylko jestem czasami...troszeczkę zmęczona i...rozkojarzona. Tak wspominam, na wszelki wypadek, gdybyś chciał zapytać, choć wiem, że nie zapytasz. Nie z chęci poznania prawdy. Co najwyżej z przykrego obowiązku.
Przykrego obowiązku, wynikającego z przykrej sytuacji, jaką jest każda relacja ze mną, z tą mną zmęczoną, męczoną, męczącą.
Bardzo chciałabym mieć przy sobie choć odrobinę Ciebie, choć odrobinę...! Odrobinę do ściskania, przytulania, wąchania, zapłakiwania, głaskania, trzymania...wyobrażania sobie...że mam całość, całość Ciebie obok...ale wszystko, co mam, jest jakieś ostre, twarde i raniące, gdy tylko zechcę pochwycić to w ramiona, wiedząc, że powinnam podziwiać z daleka.
Bo Twoje wszystko powinno być z daleka.
A najbardziej z daleka, należy Cię kochać.
I mijają tygodnie kolejne.
Uskrzydlone serce moje zestrzeliłeś bez uprzedzenia, choć i tak krążyło już coraz niżej, ze świadomością niepowodzenia swego lotu, ze świadomością nieuniknionego końca.
Drżą mi usta niespokojnie, chwieję się na nogach i zawroty głowy...zawroty głowy pozbawiają mnie zmysłów i kształtów świata. Ogół zlewa się w kolorową maź po czym szarzeje, szarzeje i szarzeje...
Powinnam znaleźć czas dla siebie i jakieś zajęcie, powinnam zacząć zasypiać i spać, zanim niebo zacznie się znów rozpadać na tysiące niezrozumiałych kawałków, zanim noc zacznie bełkotać i burczeć coś pod nosem, zanim ciemność zawoła mnie spod łóżka...
Łóżka, które zdaje się być coraz niżej i niżej; niebawem sięgnę ziemi, ale to nie koniec, bo i ona będzie się zagłębiać, wraz ze mną, ułożoną na jej piersi, z twarzą zwróconą w górę, w tę wolną, niebieską stronę świata. Łóżko, które trzeszczy pod każdym ciężarem, przy każdym ruchu, przypominając mi, gdzie jestem, budząc mnie swym piskiem ze snu niemożliwego, bo z Tobą...choć namacalnego, bo...z Tobą.
Bo z Tobą tylko to się liczy.
To, czego można dotknąć, posiąść, wziąć sobie za własne, choć na chwilę, nie patrząc na to, co się dalej stanie, nie myśląc o tym, co będzie. To, co można dotknąć, uszczypnąć, poślinić i skarcić. To, co można rozdrapać, ogrzać i pogłaskać, w co można uderzyć, wbić się, wykręcić, pobawić się tym i zepsuć, zniszczyć, zgnieść, wyrzucić...!
Tylko to! To własnie się liczy.
Bo pod skórą, ach, pod żebrami, po drugiej stronie powiek i pod językiem...schowane są rzeczy nudne, niezrozumiałe, niewidoczne gołym okiem. Po cóż więc doszukiwać się setnego pojęcia piękna, gdy pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć ma się w objęciach, w silnych rąk własnych objęciach...?!
...a pomimo tego odrzucania i cichej rezygnacji wobec owej najciemniejszej, najważniejszej dla mnie warstwy...najważniejszej, bo prawdziwej, prawdziwie mojej, mojej prawdziwej mnie...pomimo odpychania, pomiatania nią...dotarłeś do środka. Wdarłeś się na drugą stronę, wniknąłeś w każdy z obrazów porozsypywanych wewnątrz, rozłożyłeś się pomiędzy rozpaczą a nieskończonym szczęściem...i nie ruszasz się, choć ciało Twoje zanika, choć ciało moje zanika.
Choć czucie nasze zanika i nie ma już nic, nie ma już nic, na czym mogłabym się oprzeć, o co mogłabym się zaczepić...
I mijają miesiące kolejne.
Cóż, najwyżej umierać będę z powodu choroby, o którą się modląc, straciłam głos niemal zupełnie...więc krzyczeć nie będę mogła, by Cię zawołać. Zresztą...przecież i tak nie chciałbyś mnie usłyszeć.
Boże, gdybym wiedziała, że to ostatni raz, kiedy jestem dość blisko, by odnaleźć utraconą, utęsknioną cząstkę siebie w Twoich oczach...może odważyłabym się rzucić w głębiny tego spojrzenia i utonąć od razu, by nigdy nie musieć dotknąć dna Twojej m i ł o ś c i.
Czułeś przecież...bo czuć potrafisz, choćby na chwilę.
Ale tylko na chwilę.
A ja tylko na zawsze.
Ale ja siebie pokonam, wiesz?
Będę tak silna...tak silna, jak nigdy.
Kiedyś...
Pożegnam kiedyś czucie to moje przesadne, zbyt wielkie, zbyt szerokie na świat ten...
Pożegnam.
Pożegnam siebie...
Żegnam.
Vuohi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz