Pali się wciąż, boleśnie jasno, wspomnienie
Ciebie.
Począwszy od dna moich płuc, od serca,
przeżerając mi gardło, wysuwa się do góry,
sięgając powiek, które rozpruwa po chwili
i toczy się kulami słonymi, obija usta i siniaczy szyję,
a potem zwalnia, pozostawiając otarcia na skórze,
by w końcu osiąść mi na brzuchu, na samym dole...
i wwierca się we mnie, raz po raz...Twój dotyk.
Począwszy od dna moich płuc, od serca,
przeżerając mi gardło, wysuwa się do góry,
sięgając powiek, które rozpruwa po chwili
i toczy się kulami słonymi, obija usta i siniaczy szyję,
a potem zwalnia, pozostawiając otarcia na skórze,
by w końcu osiąść mi na brzuchu, na samym dole...
i wwierca się we mnie, raz po raz...Twój dotyk.
Kulę się z bólu, wykręcam i drżę, lecz nie przestajesz słów swoich ciskać we mnie, w mej pamięci...
Pozwoliłam się zabić.
Prawie.
Niezupełnie, niestety.
Mija dzień za dniem, a ja leżę, gnijąc i krwawiąc,
dusząc się i wijąc, a odejść nie mogę.
Co noc przychodzi mnie odwiedzić Twoje spojrzenie i łamie mi kości, co odrastają bez końca, za każdym razem tak samo powoli.
Czy zamknięte, czy otwarte mam oczy, nie przestaję widzieć obrazów, które pragnę przepędzić.
Czy zamknięte, czy otwarte mam oczy, patrzeć muszę…
Wtulam nos w Twoją woń, chcąc przywołać nasz początek, chcąc zapobiec łzom, ale...coś już we mnie nie działa, tylko boli...
Chcę i nie chcę, chcę i nie chcę...
Nie ma mnie tu – to tylko moje ciało przy Tobie.
Moja miłość, zdechła w środku, resztkami drżeń wylewa się na Twoją pierś...
Odchodzisz.
I pali się wciąż, boleśnie jasno, wspomnienie Ciebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz