Chyba zastygła.
Galaretowata przestrzeń pomiędzy kiedyś a teraz, jeszcze tak niedawno rzadka, będąca niegdyś wartkim, słonym potokiem.
Utworzyłam małą tamę z kamieni, uszczelniając ją mchem i zasypianiem jak najprędzej, byleby nie zdążyć zapłakać. Dlatego chyba zastygła, zgęstniały woda i muł na samej górze drobnego wodospadu...na szczycie pamięci mojej tam, gdzie wzrok już nie sięga, a gdyby podnieść oczy w tamtą stronę - biel nieba rzuca się ostro i gwałtownie, prosto w serce spojrzenia, i rani na wylot.
Pobrudziłam się wtedy błotem i pod paznokcie mi wszedł rok poprzedni, i choć wyczyścić się starałam dokładnie, domyć resztki wciąż pulsujących niedopowiedzeń...wciąż, do teraz, widać po mnie wszystko, co starałam się ukryć. Zupełnie jakby brud lśnił na mnie jaśniej, niż jakikolwiek uśmiech...
Poprzednie lata...skamieliny spękanego dzieciństwa, odsłania wycofujący się z mych myśli lodowiec, a morze wyrzuca na plaże bursztyny, z zastygłymi w nich życzonkami...których drobne kosteczki i pajęcze nóżki, nie dorosły nigdy do tego, by stać się marzeniami, a tym bardziej do tego, by zostać spełnione...
I zdają się teraz ożywać we mnie.
Mamo i Tato...dlaczego tak się stało...?
Jestem cieniem; wlokę się za własnym życiem.
Jestem cieniem; patrzę z boku na czyjeś życie.
Jestem cieniem; nasłuchuję w ciszy...a nuż, może ktoś wypowie moje imię...a może ktoś będzie...może ktoś...przygarnie.
Dlaczego to jest dzisiaj takie trudne?
Zdawało się takie nie być tych parę lat temu. Odrzuciłam to i zniosłam - miałam siebie przecież, miałam aż siebie przecież, a więc i przyjaciół, i Was ciągle przy sobie miałam.
Cząstkę, ale jednak.
Odrobinę, ale jednak...
Chyba zastygła.
Myślałam, że na dobre...i że zabliźniła się ta rana, pozornie nieistniejąca, stłamszona, wytłumiona, wygaszona...ale płonie teraz jaskrawą czerwienią i choć ją zakrywam i głaszczę, starając się uspokoić, ona nigdy nie śpi, ciągle wyje...
I słyszę jej głos każdej nocy, codziennie, kiedy śnią mi się te dziwne...błękitne zadrapania...
Wciąż to samo:
Obce pomieszczenia, niekończące się korytarze i drogi, zakręt za zakrętem, a od ścian echem odbija się bicie serca i oddech - tak się boję, że nie zdążę, tak się boję, że się zgubię, lub że zapomnę...
...a na końcu rany, tylko rany sączące się na niebiesko...skąd się wzięły i dlaczego najpierw wszyscy, a potem ja...?
Szukam wytłumaczenia, analizuję...ale widzę tylko resztki przeszłości - wszystkie wytarte już i zużyte, z wyjątkiem tych kilku, najodleglejszych.
Te fragmenty, w których jednak widzę prawdę.
Gdy dostrzegam istotę moich nieskończonych tęsknot.
Te miejsca w mej pamięci, które tkwią na samym szczycie...
...gdzie jestem sama.
Zupełnie.
Vuohi, 27.04.16
21:56
materiał na monodramę... bo na śpiewankę za długi
OdpowiedzUsuńPisz takich trochę więcej
Szczerze bardzo bym chciała częściej tak pisać. Ale kosztuje mnie to wiele wysiłku. Pisząc to co chwila płakałam, nie wspominając o tym, że nie mogłam zasnąć do 2 w nocy. To jest za duża...fala emocji naraz, a powstrzymywałam ją tak długo...nie jestem pewna, czy uchyliłam choćby jej rąbek powyżej.
UsuńPisząc, przeżywasz emocje, które same w sobie są częścią prawie wpisaną w tekst. Łzy są kropkami i przecinkami a myśli kłębią się tłem, purpurą jak krew..
Usuń♡