Przez szczelinę między ramą okna a
żaluzją wkrada się promień słońca. Złote pasmo przecina lewą połowę mojej
twarzy, rażąc mnie w oko. Budzę się. Jest prawie dziesiąta. Poduszka i
otaczająca mnie kołdra są gorące, lecz na policzkach czuję chłód powietrza wypełniającego
pokój. Podnoszę się i mrużąc oczy podciągam żaluzje do samej góry. Nim udaje mi
się zejść z łóżka, podbiega do mnie Kulka – mój mały, grubiutki pies – ma
jasną, prawie białą sierść. Merda ogonem i podskakuje, by oprzeć łapy o moje
nogi, a wówczas ja głaszczę ją po łbie. Towarzyszy mi, kiedy po chwili krzątam
się po kuchni. Nastawiam wodę na herbatę, smaruję chleb masłem, a przy okazji
podrzucam jej kawałek szynki.
Obserwujemy,
jak wrzucona do wrzątku torebka zabarwia wodę na brązowo.
Słońce
prześwietla szklankę czyniąc herbatę prawie złotym napojem.
Nie
wychodziłem z domu od tygodnia, nie licząc krótkich spacerów z psem, bo za
oknem ciągle lało - niebo było dołująco szare i ciemne. Na szczęście moja praca pozwala mi załatwiać
wszystkie sprawy zdalnie, przez komputer.
Rodzice
odwiedzili mnie cztery dni temu, przynosząc zakupy. Mam wrażenie, że nadal nie
potrafią się pogodzić z tym, że chcę mieszkać sam. Że w końcu chciałbym
się usamodzielnić, i że nie można za mnie robić wszystkiego. Choć zawsze ciężko
było mi znaleźć z nimi wspólny język, wiem, że mnie kochają i wszystko co
robią, wynika z troski. Chciałbym jednak, by zrozumieli, że można troszczyć się
o kogoś nawet wtedy, gdy się z nim nie mieszka…
Kulka
wydaje się wyjątkowo radosna – siedzi naprzeciwko mnie z wystawionym językiem.
Może wyczuła, że w związku z lepszą pogodą czeka nas dzisiaj dłuższy spacer.
Nie chcąc jej odebrać tej nadziei, powoli zbieram się do wyjścia.
Termometr
wskazuje szesnaście stopni. Wciągam na siebie czarny płaszcz i poprawiam
kołnierz stojąc przed lustrem. Przez tych parę dni znacznie odrosła mi broda,
a włosy na głowie wydają się sterczeć na wszystkie strony, ale przecież
nie ma co się szykować na zwykły spacer z psem. Zapinam Kulce obrożę i
wypełzamy z mieszkania, schodzimy dwa piętra niżej i wkrótce uderza w nas
chłodny wiatr, napierający na drzwi od klatki.
Jest
pięknie – czerwone, brązowe i pożółkłe liście drzew lśnią w słońcu.
Kierujemy
się prostą drogą do parku, w którym pozwalam Kulce biegać dokąd tylko zechce.
Śmieję się, gdy przynosi mi w pysku obłocony patyk, a sierść na łapach i wokół
jej pyszczka jest upaprana i mokra. Rzucam gałąź raz za razem, idąc asfaltową
alejką pośród drzew. W powietrzu unosi się woń wilgotnych liści i
zgnilizny. Przystaję na moment, gdy przełamuje ją jakiś inny zapach.
Na
ławce po mojej prawej stronie, siedzi młoda kobieta opatulona grubym szalem po
sam nos. Ma na sobie ciemnozielony płaszcz i czarne spodnie pobrudzone błotem.
Rozgląda się wokół, a jej perfumy rozpływają się w przestrzeni pomiędzy
nami za każdym razem, gdy wiatr porusza jej włosy. Po chwili podbiega do niej
niewielki, czarny pies i liże jej piękne, jasne dłonie. Uśmiecha się do niego
szeroko i klaszcze, a wówczas zauważam Kulkę pędzącą w naszą stronę.
Przenoszę wzrok na patyk w jej pysku i już prawie go dosięgam, gdy nagle pies
omija mnie i zanosi go siedzącej kobiecie.
Uderza
we mnie fala gorąca, kiedy nieznajoma podnosi oczy i zauważa mnie.
Uśmiecham
się nerwowo i przykucam cmokając w stronę Kulki, chcąc przywołać ją
z powrotem do siebie. Psina podbiega posłusznie, odbieram jej patyk i
rzucam daleko przed siebie, po czym sam puszczam się biegiem w tamtą stronę.
Po powrocie do domu wracam do
projektu, którego nie skończyłem wczoraj. Światło wpadające przez okno odbija
się od monitora. Staram się skupić na pracy, ale coś rozprasza moje myśli. Wypijam drugą kawę i spoglądam na stertę
naczyń rosnącą na moim biurku. Postanawiam zrobić sobie przerwę i posprzątać
ten bałagan na wypadek, gdyby rodzice znów mieli zamiar mnie odwiedzić i
zasugerować, że ów nieporządek świadczy w jakiś sposób o tym, że nie radzę
sobie z utrzymaniem własnego mieszkania.
Kulka
chodzi za mną krok w krok, kiedy odkurzam i przestawiam rzeczy z kąta w kąt,
obwąchuje stertę ubrań, którą wrzucam do pralki i liże mnie po rękach, gdy
tylko są w zasięgu jej nosa.
Na
moment przed oczami pojawiają mi się dłonie kobiety z parku. Blada skóra
zaróżowiona na knykciach.
Głaszczkę
Kulkę i siadam na podłodze przy drzwiach łazienki. Myślę o ludziach, których
obserwuję zawsze, kiedy dokądś idę. Rzadko zdarza mi się robić zakupy samemu,
bo z reguły rodzice zdążają mnie w tym wyprzedzić. Niejednokrotnie dawałem
im do zrozumienia, że nie muszą tego robić, ale chyba uparli się, by mnie w tym
wyręczać. Przypominam więc sobie tych parę sytuacji, w których jednak wstąpiłem
po coś do sklepu, lub kiedy jechałem tramwajem do centrum miasta czy do
lekarza. Ludzie zawsze mnie fascynowali. Z reguły patrzę na nich bez
słowa, przyglądam się dokładnie rysom twarzy; ustom, które się poruszają,
powiekom, które mrugają. Podziwiam pary, które się przytulają i ich dłonie,
które są złączone i marzę czasem, by zetknąć swoje palce…z palcami kogoś
obok mnie. By dotknąć drugiego człowieka, czując jego ciepło.
I
myślę o smukłych palcach kobiety, którą widziałem w parku.
Kolejny słoneczny dzień zaczynam
niemal tak samo jak poprzedni. Przemywam miski na wodę i karmę dla psa,
wyciągam spod zlewu kosz na śmieci i zawiązuję przepełniony worek. Wypijam
herbatę, idę umyć zęby i przeczesuję włosy palcami. Przystaję przy lustrze by
przyglądnąć się swoim oczom, które czasami wydają mi się zupełnie obce. Nie
potrafię określić ich koloru – raz wydają mi się brązowe, a raz zielone. Mama
uważała, że mam je po dziadku, ale jestem pewien, że on miał szare.
Ociągam
się z wyjściem na spacer, a Kulka niecierpliwie wierci się pod drzwiami
mieszkania. Ubieram płaszcz i wciskam na stopy sportowe buty oblepione błotem.
Po wyjściu z klatki zauważam, że wiatr wieje mocniej, niż wczoraj. Chmury suną
po niebie raz na jakiś czas przysłaniając słońce.
Ze
strony pobliskiego parku bije chłód. Alejki toną w cieniu drzew, a mokre liście
przyklejają mi się do podeszwy. Odnajduję patyk zostawiony wczoraj przez Kulkę
pod koszem na śmieci i rzucam go na trawę. Dwa inne psy krążą wokół ławki
obok obwąchując się nawzajem.
Poprzez
przerzedzoną koronę dębu nade mną, przebija się strumień światła. Patrzę przez
niego, jak przez mgłę, dostrzegając w oddali postać siedzącą na ławce. Nie
odważam się wykroczyć poza linię cienia, kiedy zauważam małego, czarnego psa
pędzącego w tamtą stronę. Zawracam, by odnaleźć Kulkę i bawię się z nią,
aż oboje cali jesteśmy brudni.
Przypominam
sobie czasy sprzed dwóch lat, kiedy jeszcze mieszkałem u rodziców i nie
chcieli zgodzić się na psa między innymi właśnie dlatego, że przynosi do domu
brud. Mama zawsze uwielbiała porządek i codziennie wycierała kurze w każdym
pokoju. Myślę, że chciała, by jej życie było tak idealne, jak rząd książek
ułożonych alfabetycznie na półce. Czasami czułem, że przeze mnie już nigdy
takie nie będzie.
W
dzieciństwie unikałem towarzystwa, zawodząc tym poniekąd rodziców, którzy
koniecznie chcieli mnie otaczać kolegami i koleżankami – dziećmi ich znajomych
ze szkolnych czasów. Jak nietrudno się domyślić, teraz raczej nie mam kontaktu
z żadnym z nich.
Kulka
stała się dla mnie najlepszą przyjaciółką. Zawsze rozumiała mnie bez słów.
Wypełniała tę lukę w moim życiu, która tak bardzo zdawała się uwierać mych
rodziców. Gdy postanowiłem się wyprowadzić, przygarnąłem ją i już nigdy
nie zasugerowali mi, że ciągle spędzam czas samotnie.
Wróciliśmy do domu około południa i
zapragnąłem ugotować coś pysznego na obiad. Jedzenie zawsze sprawiało mi
ogromną przyjemność, tak samo jak gotowanie. Zapachy, kolory i smaki – tym
właśnie chciałem wypełniać swoje życie. Wyciągam z lodówki warzywa przywiezione
przez rodziców, po czym przeszukuję szafki, ale nigdzie nie ma ani śladu
makaronu. Czuję lekki ucisk w żołądku – nie jest to głód, lecz ta mieszanka
strachu i podekscytowania, która towarzyszy mi zawsze, kiedy muszę sam wybrać
się na zakupy.
Uznając
brak makaronu za dostateczny powód, by wyjść ponownie z domu, zamykam Kulkę w
mieszkaniu i biegnę schodami w dół. Samoobsługowy market znajduje się za
rogiem, naprzeciwko parku.
Lubię
okolicę, w której zamieszkałem. Jest tu mnóstwo ludzi i nawet kiedy nie
wychodzę na zewnątrz, mogę oglądać ich z mojego okna na drugim piętrze.
Wszędzie dookoła są przeróżne sklepy – papierniczy, obuwniczy, mięsny,
piekarnia i apteka. W sobotnie popołudnia całe osiedle tętni życiem, gdy jego
mieszkańcy robią większe zakupy, a dzieci wychodzą na podwórko, by się bawić.
Przechodzę
na drugą stronę ulicy i po chwili znajduję się na hali sklepu. Napawam się
ogromną ilością produktów dookoła mnie. Kosze i kartony przepełnione są
warzywami i owocami, a lodówki lśnią czystością. Odnajduję półkę z
makaronami i biorę dwa rodzaje.
Podchodzę
do kas i staję w dość długiej kolejce, co pozwala mi na przyglądanie się
ludziom.
Tuż
przede mną stoi para w podeszłym wieku. Pani w szarym płaszczu wyciąga drżącą
dłoń w stronę koszyka i wyciąga z niego rzeczy, by położyć je na ladzie,
lecz po chwili pan ją wyręcza, a wówczas udaje mi się dostrzec ten jeden drobny,
przepiękny gest; dłoń mężczyzny delikatnie otula dłoń kobiety, na chwilę ściska
ją lekko, jakby przekazując jakąś wiadomość…
Iskierka
uczucia wędruje od dłoni starszej pani poprzez jej ramię, aż do serca, a wtedy
na jej twarzy maluje się uśmiech. Przez moment patrzą sobie w oczy, ich źrenice
błyszczą, a ja czuję, jakby te sekundy trwały wiecznie…
Wtem
mą uwagę odwraca ciemnozielony kolor nieopodal mnie. Ciarki przechodzą mi po
karku, gdy do mych nozdrzy dociera ten sam zapach, który poczułem wczoraj w parku.
Odzywa się we mnie jakaś tęsknota, która przepełnia mnie na tyle wielką odwagą,
by choć na chwileczkę spojrzeć prosto w Jej intensywnie błękitne, wielkie oczy.
I
widzę w nich dobroć i…niepewność.
Żadne
z nas nie wykonuje żadnego ruchu przez niecałą minutę, aż do momentu, gdy
czuję, że ktoś lekko popycha mnie do przodu, bym przesunął się w kolejce.
Wtedy
kobieta w ciemnozielonym płaszczu mija mnie i przechodzi do kasy obok.
Uważam, że jest coś niesamowitego w
dłoniach i oczach. Chyba te części ciała podobają mi się w ludziach
najbardziej. Spojrzenie i drżenie rąk potrafią wyrazić więcej emocji, niż
jakiekolwiek znane mi słowo. Nie wierzę, by ktoś o pięknych dłoniach
i oczach, mógłby być pusty w środku. Nie sądzę, by delikatność ruchu
powiek i palców, podobna do delikatności ruchu skrzydeł motyla, mogła kryć za sobą
cokolwiek złego…
Tego
dnia, gdy się budzę, postanawiam przestać się bać przyglądnąć im z bliska.
Wiatr
z dnia na dzień zdaje się wiać silniej, ale dla Kulki nie istnieje coś takiego,
jak nieodpowiednia pogoda do zabawy w przynoszenie patyka. Tym razem, przed
wyjściem bardziej przykładam się do rozczesania swych włosów. Nie dopijam
herbaty do końca, ale poświęcam parę minut na to, by choć trochę oczyścić moje
ubłocone buty.
Przed
południem jesteśmy już w drodze do parku, a słońce i wiatr zdają się walczyć ze
sobą o przejęcie kontroli nad pogodą. Raz robi mi się gorąco, kiedy się
rozjaśnia, a raz zimno, gdy wieje mi prosto w twarz.
Docieramy
do środka parku, gdzie znajduje się plac zabaw. Kulka przez całą drogę biega jak
szalona i stara się mi przypodobać, przynosząc coraz to lepsze skarby, takie
jak kamienie, patyki i śmieci.
Niedaleko
trawnika widzę już znajomą postać, która trzyma ręce w kieszeniach
ciemnozielonego płaszcza i rozgląda się za niewielkim, czarnym psem. Idę w
tamtą stronę, chcąc po prostu oswoić się z jej obecnością, a wówczas dostrzegam
coś pomiędzy jej włosami.
Biały
kabelek od słuchawek ciągnie się od ucha do kieszeni, w której chowa rękę.
Zastygam
w bezruchu, sparaliżowany strachem.
Jak
mogłem zapomnieć o tym, jak bardzo możemy się od siebie różnić?
Piękno,
jakie mnie do Niej przyciągało, mogło świadczyć o równie pięknej duszy, ale to
nie oznacza przecież, że jesteśmy sobie bliscy…a nie jesteśmy nawet do siebie
podobni.
Muzyka,
która właśnie sprawia, że nieznajoma potupuje nogą, nigdy nie będzie dla mnie
tak samo słyszalna.
Ja
nie słyszę już nic, odkąd tylko pamiętam.
Usiłuję zawrócić, ale wówczas Kulka
podbiega do mnie z patykiem, mijając kobietę naprzeciwko mnie. Odwraca się do
mnie, a ja nie mogę oderwać wzroku od jej twarzy, kiedy jej usta rozciągają się
w uśmiechu.
Czarny
pies podbiega do mnie i obwąchuje mi nogawkę spodni. Odruchowo uśmiecham się
także, po czym otwieram usta, by zaczerpnąć powietrza i oddycham głęboko. Widzę,
że wyciąga z uszu słuchawki i podchodzi do mnie z wyciągniętą ręką,
chcąc się przywitać.
Podaję
jej dłoń i ściskam.
Dotykam
jej pięknej, delikatnej dłoni i odkrywam, że jest ciepła, a ciarki znów
przechodzą mi po plecach.
Zapach,
który tak mnie urzeka, zdaje się zmniejszać dystans pomiędzy nami.
Chcę
móc cokolwiek powiedzieć, lecz wówczas widzę, że to Ona unosi ręce i mówi do
mnie pierwsza, w języku, który znam.
Mówi
do mnie, że nie może używać głosu, a ja odnoszę wrażenie, że cały świat wokół
nas traci ostrość. Teraz istnieje dla mnie tylko ta chwila, w której nasze oczy
odnajdują w sobie zrozumienie.
I
w końcu wyjaśniam jej, że ja nie potrzebuję, aby używała swego głosu, bo
potrafię ją zrozumieć.
Więc
przemawia znowu do mnie, swymi delikatnymi dłońmi.
Vuohi, 11.10.17
Niespodziewana puenta.👌👌
OdpowiedzUsuńDziękuję za przeczytanie <3
Usuń