poniedziałek, 25 marca 2013

Tylko Tam

1. Powiedz czemu los rozdzielił nas
wiedząc, że osobno nie mamy szans?
Czemu starannie zatarł po tobie ślad
krzycząc, że wrócić nie mogę tam?

Słowa, ranią wciąż, 
i chociaż idę pod prąd
czuję wciąż za sobą twoją dłoń,
czuję wciąż za sobą twoją dłoń...

Gdziekolwiek nie pójdę,
wciąż widzę twój uśmiech
przez łzy nadal tak piękny jest...
Cokolwiek nie powiem
to nigdy nie zapomnę
o tym, że Ty na pewno czekasz gdzieś...

Ref. Proszę wybacz mi,
że starałam się uciekać przez te wszystkie dni
Teraz wiem już, że 
wszystko czego mogłam chcieć
To przy tobie mam i tylko tam mogę uciec dziś,
To przy tobie mam i tylko tam mogę uciec dziś...

2. Powiedz czemu światu brak wciąż barw,
skoro koloruje je każdy z nas?
Czemu życie dla jednych jest nadzieją,
a inni z niego drwią na głos się śmiejąc?

Słowa, tańczą wciąż
niosąc mnie dalej pod prąd,
a za sobą czuję wyciągniętą dłoń,
a za sobą czuję znowu twoją dłoń...

Gdziekolwiek nie pójdę,
na pewno się zgubię,
bo jesteś jedyną drogą, którą znam...
Cokolwiek nie powiem,
to nigdy się nie dowiem,
ile już straciłeś dla mnie słów, 
czekając tu...

Ref. Proszę wybacz mi,
że starałam się zapomnieć przez te wszystkie dni,
Teraz wiem już, że
wszystko czego chcę...
wszystko czego nadal chcę...
Wszystko czego mogłam chcieć...
Przy Tobie mam (x3)

Tylko tam, w ramionach twych
mogę dyskretnie ocierać swoje łzy
Tylko tam, w ramionach twych
mogę zasnąć śniąc spokojnie swoje sny...
Tylko tam, o tylko tam...

znajdę wszystko...znajdę wszystko, 
to, co mam...


Vuohi

wtorek, 19 marca 2013

Stay

Biegniemy równoległymi drogami, podążając za czymś, co nazywamy głosem serca.
Tyle w tym fałszu, tyle oszustwa... Dlaczego? Dlaczego skoro ta droga jest właściwa, czujemy się źle?
Tyle w tym kłamstwa, tyle milczenia, by ukryć prawdę!
Nie jest dobrze, bo nauczyliśmy serce, by słuchało rozumu.
Nie jest dobrze, bo zapragnęliśmy czegoś, co jest wbrew nam.
Nie jest dobrze, bo dobrze było i jest TYLKO przy Tobie.

Zamknęłam oczy, gdy smutek sznurował mi usta - milcz, on odchodzi. Nie chcę na to patrzeć, nie każ mi na to patrzeć. Bez niego idź dalej, nie myśl o nim, to właściwa droga...
Tyle w tym kłamstwa, tyle fałszu...
Odejdź - wypowiedziałam na głos, czując jak palą mnie łzy, tkwiące gdzieś pod powiekami.
Zostań! Wykrzyczało serce, którego nie mogłeś usłyszeć...

Zostań, bo tylko ty mnie nie skrzywdzisz, tylko ty mnie zrozumiesz, tylko ty mnie tu zatrzymasz. Zatrzymasz w ramionach, nie pozwolisz uciec, upaść, odejść...
A teraz biegniemy równoległymi drogami, jakbyśmy podążali ku szczęściu, dobrze wiedząc, że osobno nam nie dane...
Tyle w tym obłudy i fałszu...

Wybrałam, postanowiłam odejść, wmawiając sobie, że to tego chce serce, że wkrótce to zrozumie...
Jedynym czego chcę teraz, jest powrót do początku, do chwili, w której staliśmy razem na skrzyżowaniu naszych dzisiejszych dróg.

Wiem, że ty też niezupełnie tego chciałeś, że nie jest dobrze teraz. Pozostawiłeś w tyle, za sobą, swą jedyną ostoję, uciekając. Co nas do tego nakłoniło? Blask wszystkich tych świateł wokół, oślepił nas, tak, że nie mogliśmy dostrzec tego, co mieliśmy obok siebie. Hałas tych wszystkich głosów krzyczących, nawołujących do tego, by kierować się tym, co zgodne z zasadami, sprawił, że nie usłyszeliśmy siebie nawzajem. Ból, rozdzierający nas od wewnątrz gdy się rozstaliśmy, nazwaliśmy bólem codzienności. To normalne to zwykłe...
Ale dlaczego tyle w tym fałszu i kłamstwa?

Zostań. Zostań, bo tylko tyle mogę teraz powiedzieć, gdy oboje się zatrzymaliśmy, istniejąc w sąsiednich światach. Tylko o tyle mogę prosić.
Przedzieram się przez osłonę wszystkiego, co mnie otacza, tym razem gdy zamykam oczy, jesteś tam tylko ty. Ty, na końcu mojej drogi, gdziekolwiek nie pójdę, czuję twój zapach, słyszę twój głos...
To nie jest moja droga, to nie jest moje życie.
To ty nim jesteś, jesteś wszystkim!
Jak mogłam odejść, wmawiając sobie, że to słuszne?
Jak mogłeś mnie zostawić, wierząc mi, że to jest dobre?
Zostań!

WRÓĆ!
Wydostań się z tej pułapki kłamstw! Ujrzyj to, co ja widzę teraz!
Osobno nie ma nas, osobno nie ma NIC!

Drogi znów splatają się w jedno, wracamy, wracamy, jesteśmy.
My.
Podążamy razem jedną drogą, szczęśliwi, bo to jest prawdziwy głos naszego serca. Wystarczyło pozwolić mu mówić, by poznać całą prawdę...
Zostań...

Jesteś wszystkim, czego mogę zapragnąć, wszystkim co daje mi nadzieję i szczęście! Osusz moje łzy, zbudź dla mnie nowy dzień, zabierz mnie z tego błędnego miejsca! Jesteś wszystkim, co może mi pomóc, co może mnie uratować. Wyrwij mnie tej sieci kłamstw, plecionej starannie przez moje dotychczasowe życie. Przerwij ten koszmar, w którym istnieję bez ciebie, w którym istnieje coś na zastępstwo ciebie! Daj mi zamiast tego sen, który stanie się prawdą, a gdy się z niego obudzę, będziesz znów obok...!
Jesteś obok...
Więc byliśmy ślepi, przez ten cały czas...
Zostań, nie pozwól powrócić od tego stanu, nie pozwól mi dalej się oszukiwać, wmawiać sobie, że mam wszystko, bo to TY jesteś wszystkim...
Zostań...
Prawdo, wykrzyczana przez moje serce...

Vuohi

wtorek, 12 marca 2013

Śmieć

Uciekaj. Uciekaj, ale i tak nie znajdziesz schronienia.
Możesz ukryć się przed ludźmi, przed hałasem, przed przed ostrymi słowami, ale sumienie znajdzie cię wszędzie.  Błagaj o przebaczenie! Co zrobiłeś?!
Upadłeś. Nie można upaść niżej, niż oddać się w ręce zemsty...

Jakie to uczucie - mieć marzenie, by po prostu odejść? Nie mieć odwagi, by się poddać, nie mieć siły, by walczyć... Poznał je, aż za bardzo dokładnie.
Słony smak łez na ustach, mieszany z krwią. Codzienność.
Zawinił słabością, czuł zbyt wiele, był zbyt wrażliwy. Trzeba go dobić, trzeba wyzywać go, by poczuł, jak szorstkie jest życie. Nikt nie ma prawa widzieć życia pięknym, zwłaszcza on - ofiara losu, szukająca powodu do szczęścia w prostych rzeczach.
Patrzcie, idzie tu, dajmy mu posłuchać o samym sobie, powinien wiedzieć, że jest wart tyle co nic, przecież nas jest przewaga, będzie milczał!
Poda mu ktoś rękę? Pomocną dłoń, gdy ciosy słów uderzają z impetem w jego serce? Gdy przyciskając twarzą do muru, jego własne lęki nie dają mu oddychać?
Nie, nikt nie nadejdzie z pomocą. Nikt się nie odezwie. Wszyscy się boją, wszystkim łatwiej jest powiedzieć, że nie warto, bo to tylko śmieć...
Wdech wydech, spokojnie, strapiona duszo, czeka cię wolność i wynagrodzenie, tylko nie pozwól się zepsuć, nie oddaj się pokusie zemsty, nie poddawaj się!
Wdech, wydech.
Coraz słabiej, coraz mniej siły, ból zewnętrzny stara się prześcignąć ten tkwiący w sercu, raniący jak cierń, ale nie może, bo nic nie jest mu równe. Wdech...
JESTEŚ DO NICZEGO, ROZUMIESZ?!
Tacy jak ty nie powinni żyć. Tacy jak ty...nie powinni istnieć.
Jesteś niczym...
Kto wygrywa? Ci, zadający ciosy pięścią, czy ci, którzy wbijają ostrza w plecy, raniące na wylot, siekające serce na kawałki, urządzając rzeź w jego umyśle...? Wybijający zęby, wyrywający włosy, szarpiący go, czy ci, którzy gdy tylko się odwróci, wyśnią tysiące sposobów na to, jak go zniszczyć...?!
Podnieś się, proszę! Wstań! Och, jak bardzo serce stara się wykrzyczeć...
WSTAWAJ! JESTEŚ FACETEM, CZY DZIECIAKIEM? PRZYJMIJ CIOS JAK NALEŻY!
Nauczyciele? Rodzice?
Ślepi, głusi, nieistniejący, przestraszeni. Kto jest w przewadze?
Bawcie się dalej, kochani. Urządźcie ucztę dla jego strachu i goryczy, patrzcie jak smakują jego ból! Jak wielką przyjemność sprawia im wasze zabieganie o jego koniec...
Kto wygrywa? Ci, nie szczędzący kłamstw i obelg, czy ci, którzy są obojętni? Ci, rzucający się na jego łzy jak na padlinę, czy ci, którzy wierzą w to, że "wszystko jest w porządku"?
Ci, którzy śledzą każdy jego krok, tylko po to, by w odpowiednim momencie podłożyć mu nogę, czy on sam, który stracił szacunek do swego istnienia, który rozdziera skórę na rękach do krwi, tak jak słowa tamtych, które trawią jego serce...Kto wygrywa...?
Dosyć, dosyć tej udręki! Zabierzcie mnie, zabierzcie moją duszę jak najdalej! Zostawcie zmęczone ciało, zostawcie przeszłość za mną! Dajcie odejść!!!
Bezowocne błagania; na nic się nie zdają, otrzymałeś przecież prezent wraz z narodzinami - niekończącą się po grób mękę. Możesz wybrać - poddać się, czy walczyć? Pozostać sobą, czy podporządkować się...?
Wdech, wydech, pamiętaj kim jesteś, nie trać siebie. Bez względu na wszystko, wytrwałeś tyle lat, dasz radę jeszcze. To się skończy, opuścisz mury tej szarej szkoły, opuścisz mury tej szarej codzienności, gnijącej od takich jak oni...
Opuszczę powłokę ludzką!
Codzienność gnije od takich, jak ja. Jestem do niczego. Jestem ofiarą własnego losu, niczym, po prostu oni dali mi tę świadomość. Co chciałem mieć? Kawałek nieba bez chmur na własność? Szczęśliwą chwilę, szansę na to, by kogoś pokochać... Jestem żałosną kopią człowieka, marną fałszywką, dwulicową ofermą! JESTEM ŚMIECIEM!
Zniszczyli go, skazali na bycie ich katem. Zniszczyli go, sprawili, że zabił w sobie całą czułość, całą wiarę. Zniszczyli go, zrzucili w przepaść, otwierając oczy. Zniszczyli go...
Wydając na niego wyrok.
Krew, kilka cięć, co z tego?
Wystarczy wziąć ostrze ze sobą, a resztę ono zrobi samo.
Wróg niszczy wroga, oto jak zemsta barwi szkarłatnym kolorem ich skórę, ich przerażone twarze...
Nie spodziewaliście się tego, co? A jednak ofiara stała się zabójcą. Rozdzieram wasze wnętrza, karmiąc nimi moją boleść, teraz widzę, co sami chcieliście ukryć, niszcząc mnie. Widzę, co chcieliście zachować w tajemnicy, wyżywając się na mnie. Wstyd mi za was, że jesteście moimi braćmi... wyrzekam się was, a z prochu powstaliście i w proch się obrócicie, za jednym moim rozkazem...


Uciekaj. Uciekaj, ale i tak nie znajdziesz schronienia.
Możesz ukryć się przed ludźmi, przed hałasem, przed przed ostrymi słowami, ale sumienie znajdzie cię wszędzie.  Błagaj o przebaczenie! Co zrobiłeś?!
Upadłeś. Nie można upaść niżej, niż oddać się w ręce zemsty...

Patrz co narobiłeś! Przelałeś ich krew, tak jak oni targali tobą na wszystkie strony, jak traktowali cię, jak śmiecia... Ale spójrz, widzisz co się stało?
Upadłeś, bo pozwoliłeś zemście zawładnąć tobą! Teraz masz do wyboru tylko albo się poddać, albo żyć tak, jak żyli oni - żerując na innych...

Palący ból ustaje, linie ciągnące się wzdłuż nadgarstka zdają się zanikać we mgle... Krew rozlana wokół, jakby bestie urządziły tu ucztę z ludzi, a tymczasem każdy z nich, był dotąd potworem.
Poddał się, umierając ostatni, wierząc, że zamykając im wszystkim oczy, sprawił, że nie ujrzą jego upadku. Do ostatniego tchnienia, on będzie na szczycie.
On skończył to, co zaczęli.
Traktowali go jak śmiecia, nie mógł od tego uciec - to była jego ofiara.
Uwierzył im, że jest śmieciem, bo dał sobą pomiatać.
Ale dopiero teraz stał się nim naprawdę, gdy oddał się cały tej nienawiści, jaką starannie budowali każdego dnia, obciążając jego serce...

Vuohi

sobota, 9 marca 2013

Happiness

Spuściła wzrok, czując jak oczy zaczynają ją piec. Po chwili poczuła słony smak na ustach - jedna, druga potem trzecia - łzy spływały po policzkach, jak krople deszczu po szkle. Twarz przybierała kamienny wyraz, blada, jak z porcelany.
- Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
Pytanie zawisło pomiędzy nimi, cisza wydawała się wzmagać z każdą sekundą. Mógłby zrobić dla niej wszystko, dosłownie wszystko czego by zapragnęła... czekał, aż powie dalej. Jednak stała bez ruchu, patrząc w dół, a łzy spływały powoli po twarzy.
- Co takiego? - zapytał w końcu. Czuł, że powinien ją jakoś powstrzymać, dlaczego płakała, kiedy powiedział jej co czuje? Gdy po tylu miesiącach powiedział jej prawdę, o miłości, którą krył w środku cały ten czas...
- Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj.
Odparła, a słowa jak ostrza przedarły się do jego wnętrza. Wbił w nią pytający wzrok.
- Nigdy nie wracaj do mnie, nawet gdybym cię o to błagała, rozumiesz? Odejdź, znienawidź mnie! Proszę!
- Jak mogę odejść... jeśli cię kocham i mimowolnie wszystko przypomina mi o tobie? - był gotów rozpłakać się tu i teraz, jak ona, jak dziecko. Dlaczego właśnie tego chciała, skoro sprawiało jej to ból, doprowadzało do łez? Przyjaźnili się tyle lat...Ma to stracić, zniszczyć? Żałował tego, co jej powiedział...
- Nie umiem odwzajemnić tego, co czujesz... Nie pierwszy raz. Ja nie chce tego popsuć jeszcze bardziej... Nie chcę żebyś czekał, nie chcę byś przeze mnie cierpiał. Dlatego odejdź...
- Nie mogę.
- Zapomnij o mnie!  - wykrzyknęła.
Słowa cięły jak noże, coraz silniej, jakby chciały rozedrzeć mu serce. Zawinił, to on zniszczył wszystko, mógł dalej się ukrywać... nie zasługiwała na to, by poznać prawdę?
- To tylko może dać ci szczęście. - dodała po chwili.
- Dałem radę do tej pory, po prostu teraz o tym wiesz, ale nic się nie zmienia, nie musi zmieniać. - szepnął - Chcę być przy tobie, rozumiesz? Jak ma być szczęściem nienawiść do ciebie? - Chwycił ją za ręce - te lata nie były na marne; nauczyły mnie rozumieć ciebie. Tylko jeśli naprawdę byś chciała, żebym odszedł, zrobiłbym to. Ale widzę co czujesz i jestem gotów zostać i wbrew memu sercu pozostać tylko wsparciem dla ciebie.
- Przy mnie nie znajdziesz szczęścia, na które zasługujesz!
- Twój uśmiech...Twój głos. Twoja obecność. To, nazywam szczęściem, wiesz? I nic nigdy tego nie zmieni. Nie będę czekał, aż zmienisz zdanie, po prostu będę obok. Będzie tak, jak zawsze. Twój oddech, twoje życie - to jest moje szczęście. Chciałem być tylko dla ciebie szczery, bo na to zasługujesz.
Objęła go, zaciskając oczy. Gdzie chciała szukać szczęścia?
Bezpieczeństwo, miłość, wsparcie...
Wszystko miała w jego ramionach...
- TY jesteś moim szczęściem. - szepnął. - Wszystkim, co trzyma mnie przy życiu...

Vuohi

piątek, 8 marca 2013

Łowca

Po raz kolejny zanurzył nos w jej gęstych włosach, dotykając szyi. Wciągał resztki zapachu, który jako jedyny zdawał się pozostać...
Wdech za wdechem, następne głębsze od poprzednich. Za chwilę się ulotni, ulotni jak jej dusza, musi więc go nabrać jak najwięcej...Tyle czasu na to czekał, tak pragnął tej chwili, by mieć ją tylko dla siebie, na własność.
Parę chwil temu żyła, dusząc się, szarpiąc, starając wyrwać...lecz nie dał jej uciec, nie pozwolił odejść żywej z tego miejsca. Ostatni dech w jego ramionach, zgaszone oczy i lekko uchylone usta, jakby odchodząca jej dusza uciekła z wnętrza właśnie tędy...
Krok w krok, zawsze za nią, przy niej, ale jednak w tyle, w jej cieniu...
Tyle godzin, tyle dni, tyle miesięcy czekał na tę jedną chwilę, na jedno jej spojrzenie, utkwione w jego oczach...Niczego tak nie pragnął.
Nie chciała go, stale uciekała, wymykała się mu choć chciał ją zwabić, jak drapieżnik swą ofiarę. Snuł swą sieć wokół niej, stale ją zacieśniając, tak bardzo, aż zaczynała się dusić, szukać pomocy z zewnątrz.
Własny jej cień, który starała się odepchnąć, odrzucić, stawał się jej oprawcą i największym lękiem.
Tak bardzo niewinna z pozoru, zwykła postać człowieka, którego poznała kilka lat temu... Uzależnił się od niej, chciał w końcu móc jej dotknąć, móc poczuć jej zapach, jej gorący oddech na skórze....
Tak bardzo tego pragnął, a pragnienie stało się obsesją, śmiertelną chorobą niszczącą go od wewnątrz.
Nie, nie było to możliwe, gdy wciąż uciekała, od samego początku...aż do teraz.
Na własność, chciał mieć ją na własność, zamknąć ją w klatce, ukryć w cieniu przed całym światem, by nikt poza nim nie mógł jej oglądać, by był jedynym, którego mogłaby pokochać...
Podążał za nią nieustannie, chcąc zatopić się w jej oczach, czuł jej słodką, kuszącą woń, na odległość, jakby za szybą, za mgłą; na wyciągnięcie ręki, a jednak wciąż za daleko... Chciał być jej wsparciem, być tymi ramionami, w które mogłaby się wypłakać, i na których mogłaby się oprzeć... Śnił o niej, marzył o niej, pragnął jej, a ból pustoszył jego umysł i całe ciało, tak bardzo wielka była ta pustka wewnątrz, zżerająca każdy centymetr po kawałku, coraz bardziej... Głosy tłukły się w jego głowie, to one, one mu rozkazywały, rządziły nim.
Zabij ją, idź za nią, weź ją i ukryj, zabierz...
Szept, który tak potrafił manipulować.
Chciał poczuć jej smak, jej dotyk, zetknąć swe usta z jej własnymi, móc czuć przepływające ciepło między ich dłońmi, ich ciałami, bijącymi sercami...
Była coraz dalej, coraz większa pustka, coraz cięższy kamień spoczywający na jego sercu...
Ukryj ją, zabierz, porwij, schwytaj... Szeptały, mówiły coraz głośniej, krzyczały...
Zerwał się z miejsca, wiedział gdzie jest, gdzie się ukrywa. Wiedział, że tego wieczoru ma wyjechać, ma zniknąć i zostawić go w tyle na zawsze, by minął wraz z resztą wydarzeń z przeszłości. Chciała wymazać go z pamięci...
Szła spokojnie, powietrze stawało się wciąż gęstsze i gęstsze, ale niczego się nie spodziewała, przecież nie mógł się dowiedzieć, gdzie teraz jest...a jednak czuł to. I czuł jej obecność.
Była sama, cóż za głupota o tej porze iść samej po przedmieściach... Jego cień się zjawił, jak noc, pochłaniająca wszystko. Wzdrygnęła się, czując za sobą bijący od niego mrok.
Serce drgnęło lekko, jak i ona, z obawy przed najgorszym. Tylko spokojnie, powtarzała sobie w duchu, on nic ci nie zrobi...
Potknęła się.
Dłoń na jej ustach, druga, ściskające jej nadgarstki razem, za jej plecami.
Upadła, czując tępy ból z tyłu głowy.
Ten sam ból, obudził ją kilka godzin później. Uchyliła załzawione oczy, coraz bardziej piekące. Palący ból na skórze, chłód... Mrugające światło żarówki nad jej głową. Wokół ściany starej piwnicy.
Nadgarstki nadal były ściśnięte razem, z tyłu. Oddech przyspieszał się, serce waliło jak oszalałe, jakby chciało się wyrwać z piersi. Dostrzegła jego wzrok na sobie.
Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach; co chce zrobić, co myśli, co zrobi?!
Przełknęła na głos ślinę, czuł satysfakcję - tyle lat uczył się każdego jej zachowania, każdego jej ruchu na pamięć. Niemal znał każdą jej myśl i reakcję.
- Wypuść mnie... - szepnęła błagalnie. Jednak tylko się zbliżył, drżącymi rękami chwytając jej włosy.
To nie była miłość, to już dawno było tylko pragnienie posiadania jej na własność...ale teraz...teraz chciał już tylko by czuła ten sam ból, który i on czuł przez ten cały czas.
Szarpnął za włosy, chciała podkurczyć nogi, zwinąć się w kłębek, ukryć ból w sobie, ale coś trzymało ją prosto, gdziekolwiek właśnie leżała.
Lodowata dłoń zetknęła się z jej ciałem, druga zaś zatykała szczelnie jej usta i żaden krzyk nie był w stanie się z nich wydostać. Metalowe ostrze zetknęło się z jej brzuchem, tworząc lekką rysę na skórze.
Chciała się wyrwać, uciec, cofnąć czas... Nie mogła już nawet błagać go o litość, jego dłoń ją dusiła.
Łzy wymknęły się spod jej powiek.
Metal zagłębiał się coraz bardziej w jej ciele, struga krwi spłynęła po boku, mocząc podwiniętą bluzkę.
Jęknęła cicho, ale cały jej głos ugrzęzł gdzieś w jego ręce, napierającej na jej twarz.
Ciemność.
Była jego, zdobył ją.
Już nikt nigdy nie będzie bliżej, nikt jej nie zabierze...
Wciągnął z utęsknieniem jej zapach, którego resztka nadal trwała w jej ciele.
Ta słodka woń, której pragnął w każdej chwili życia, odkąd ją poznał, teraz cały był nią przesiąknięty.
Zatopił zęby w krwi toczącej się powoli z jej ust, spływającej po skórze.
Jej duch się ulatniał...
Niewinna.
Miał ją tylko, tylko dla siebie...

Vuohi