Wciągam gwałtownie powietrze.
Biorę ten głęboki wdech, smakując chwilę. Tkwi w niej jakaś minimalna cząstka życia, jakiś ślad pozostawiony po innych, którzy podążali tą drogą, ale to było tak dawno temu...
Gdzieś na wysokości moich kostek, tańczy mgła. Snuje się smętnie, pokrywa ziemię tego lasu białą osłoną i choć stoję boso, nie czuję zimna; jedynie drobne ukłucia świerkowych igieł pod stopami, kiedy tylko się poruszę. Jest tak cicho, że powietrze wydaje się gęste i ciężkie, słyszę bicie własnego serca, szept każdej drobnej cząstki mojego ciała.
Moje oczy są jakieś uśpione...patrzę przed siebie, w przestrzeń, ale niewidzącym wzrokiem. I nawet jakbym starała się ze wszystkich sił, nie potrafię sobie przypomnieć, jak długo tu jestem i po co, i dlaczego nie zjawił się dotąd nikt, kto chciałby mnie odnaleźć...Kto choć próbowałby mnie szukać.
Postanawiam się obudzić, wyrwać z tego stanu i poruszyć chociaż o kilka kroków. Jednak stoję jak przytwierdzona do tej ziemi, czuję jak moje stopy w niej grzęzną. Moje uczucia, emocje i wszystko to, co ludzkie, śpi. Pozostały jedynie zmysły, odbierające wszelkie bodźce z otoczenia, wstrząsające mną, przy każdym szeleście, pochodzącym gdzieś z głębi lasu.
Biorę więc kolejny wdech i tym razem coś czuję...jakąś słodką, duszącą woń.
Jest ledwie wyczuwalna, staram się ją wychwycić, ale muszę czekać, aż sama znów się pojawi...
Stoję dalej w niepewności, oczekując.
Jest.
Nasila się, drażni mój nos, wwierca się do mojego wnętrza wręcz boleśnie; tak bardzo jest intensywna.
Krztuszę się, zaczyna mnie dusić, jednak to tylko słodka tortura, bo nie daje mi umrzeć, nie daje mi odejść...tylko stale gnębi i męczy...
Zwiędłe kwiaty...róże. To ich zapach.
Jak za sprawą magii, wraz z rozpoznaniem źródła tej woni, jej siła maleje, a przed sobą w oddali, dostrzegam gnijący bukiet róż, owinięty kremową wstęgą.
Więc oto mój cel. Powód, dla którego w końcu muszę się poruszyć.
Ziemia rozluźnia swój uścisk, uwalniając moje stopy. Czuję jak mokry piach przesypuje się między moimi palcami, przepływa strumieniami, brudząc moje ciało.
Czuję, jakbym unosiła się parę centymetrów nad wszystkim. Nogi cieszą się wolnością, są słabe, lecz niemal nie dotykają podłoża, niosąc mnie dalej naprzód.
Kwiaty już dawno przekwitły, ich głęboka czerwień, zamieniła się w bordowy kolor. Opuściło je życie, zwiędły i jedyne co w nich pozostało, to ich cierpka woń.
Głowa zaczyna mnie boleć od tego zapachu, czuję, że utkwi on tam na zawsze, że nie dam rady się go już pozbyć.
Spoglądam na wstęgę, którą owinięty jest bukiet. Coś jest na niej napisane, ale mój umysł nie potrafi rozpoznać tego pisma, nie umiem sobie przypomnieć, jak się czyta...
Przez ile czasu mnie nie było, że oduczyłam się żyć...?
Nagle coś we mnie uderza, tak gwałtownie, że aż opadam na plecy.
Uderzyła mnie ta myśl, wbiła się prosto w moje serce, jak ostrze.
Uświadamiam sobie, że to moje imię napisane jest na materiale. Moje własne imię, którego jeszcze parę sekund temu, nie byłam w stanie sobie przypomnieć.
Dlaczego...?
Kto je tam napisał...
Strach zamyka mi oczy, nie mam odwagi czytać dalej. Podnoszę się i klękam, a igiełki z drzew drapią moje kolana, wbijając się w nie. Ciekawość zdaje się zwyciężać, wciągam gwałtownie powietrze, gdy odczytuję ciąg dalszy napisu.
"Żegnamy..."
"Rodzina i przyjaciele."
Co...?!
Coś ściska mój żołądek, wykręca go na wszystkie strony. Jak...kiedy...?
Przełykam na głos ślinę, a w głowie tłuką się setki pytań, krew dudni mi w uszach. Ogarnia mnie panika, nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć gdzie teraz jestem. To zbyt straszne, zbyt straszne...
Przed odczytaniem napisu na wstędze, wszystko zdawało się trwać w bezruchu, teraz jakby otoczenie się zmieniało. Mgła opadła, odsłaniając liczne kamienne krzyże, płyty, porośnięte mchem i bluszczem, zniszczone przez czas.
Tylko jeden nagrobek wydaje się świeży i nowy. Ten, który jest najbliżej, a jego znaczną część zasłaniają kwiaty... Nie chcę, nie mogę obrócić głowy w tamtą stronę... Nie mogę, nie mogę!
Serce bije mi coraz szybciej, uderza o żebra, chcąc przebić się na zewnątrz i uciec. Zaciskam powieki, ale obracam twarz w stronę grobu.
Cmentarz jest wręcz ogłuszająco cichy, niewyobrażalnie spokojny. Niebezpiecznie pusty...
Wciągam powietrze, które zdaje się zatruwać moje płuca, drażni moje gardło.
Uchylam powieki.
Widzę niewyraźnie swoje imię i nazwisko, wyryte na kamiennej płycie.
Jak do tego doszło...?
Wtem nasuwają się kolejne pytania - kto przyniósł ten jedyny bukiet...Kiedy i jak to się stało...?!
Nie chciałam odejść, nie chciałam, przepraszam!
Nie przepraszaj mnie, pozwalam Ci odejść. Idź, bądź wolna, śnij przez wieki swój sen, nie budź się, nie myśl...
Głosy w mojej głowie, wszędzie głosy...
Czuję słonawy, metaliczny smak życia...uśmierca mnie.
Wstaję.
Biegnę, co sił w nogach, potykam się o wystające kamienne nagrobki i krzyże. Chcę stąd uciec, błagam w duchu, by ktoś mnie ocalił...By mnie wybawił, obudził z tego koszmaru, przerwał mą udrękę...lub zabił.
Tu i teraz.
Zachłystuję się, wciągając powietrze raz za razem, pędzę przed siebie, już brak mi sił, brak mi odwagi...
Zaczepiam nogą o korzeń, potykam się, upadam na twarz.
Cała energia mnie opuszcza. Czuję jak serce uderza z impetem o podłoże, krzycząc.
Uwolnij mnie.
Biorę głęboki wdech, a wraz z nim, drobinki ziemi dostają się do moich płuc. Kaszlę, chcąc je stamtąd wyrzucić, ale nie mogę już nic zrobić. Wszystko zdaje się mnie zatruwać, łzawią mi oczy.
Drżę, całe moje ciało się trzęsie, gdy nie mogę już oddychać.
Och, gdyby tylko był ktoś, kto mnie ocali...
Przerwij mą mękę.
Samotność, samotność, nie ma nikogo... Kogo mogę oczekiwać, jeśli odeszłam? To ja wszystkich zostawiłam, to ja umarłam...lecz nie tego chciałam!
DLACZEGO POZWALASZ MI ZGINĄĆ W TAKI SPOSÓB?!
Wypluwam te słowa wraz z ostatnim tchnieniem.
Zamykam oczy...
Przecież ty już umarłaś, nie pamiętasz...?
Vuohi
Biorę ten głęboki wdech, smakując chwilę. Tkwi w niej jakaś minimalna cząstka życia, jakiś ślad pozostawiony po innych, którzy podążali tą drogą, ale to było tak dawno temu...
Gdzieś na wysokości moich kostek, tańczy mgła. Snuje się smętnie, pokrywa ziemię tego lasu białą osłoną i choć stoję boso, nie czuję zimna; jedynie drobne ukłucia świerkowych igieł pod stopami, kiedy tylko się poruszę. Jest tak cicho, że powietrze wydaje się gęste i ciężkie, słyszę bicie własnego serca, szept każdej drobnej cząstki mojego ciała.
Moje oczy są jakieś uśpione...patrzę przed siebie, w przestrzeń, ale niewidzącym wzrokiem. I nawet jakbym starała się ze wszystkich sił, nie potrafię sobie przypomnieć, jak długo tu jestem i po co, i dlaczego nie zjawił się dotąd nikt, kto chciałby mnie odnaleźć...Kto choć próbowałby mnie szukać.
Postanawiam się obudzić, wyrwać z tego stanu i poruszyć chociaż o kilka kroków. Jednak stoję jak przytwierdzona do tej ziemi, czuję jak moje stopy w niej grzęzną. Moje uczucia, emocje i wszystko to, co ludzkie, śpi. Pozostały jedynie zmysły, odbierające wszelkie bodźce z otoczenia, wstrząsające mną, przy każdym szeleście, pochodzącym gdzieś z głębi lasu.
Biorę więc kolejny wdech i tym razem coś czuję...jakąś słodką, duszącą woń.
Jest ledwie wyczuwalna, staram się ją wychwycić, ale muszę czekać, aż sama znów się pojawi...
Stoję dalej w niepewności, oczekując.
Jest.
Nasila się, drażni mój nos, wwierca się do mojego wnętrza wręcz boleśnie; tak bardzo jest intensywna.
Krztuszę się, zaczyna mnie dusić, jednak to tylko słodka tortura, bo nie daje mi umrzeć, nie daje mi odejść...tylko stale gnębi i męczy...
Zwiędłe kwiaty...róże. To ich zapach.
Jak za sprawą magii, wraz z rozpoznaniem źródła tej woni, jej siła maleje, a przed sobą w oddali, dostrzegam gnijący bukiet róż, owinięty kremową wstęgą.
Więc oto mój cel. Powód, dla którego w końcu muszę się poruszyć.
Ziemia rozluźnia swój uścisk, uwalniając moje stopy. Czuję jak mokry piach przesypuje się między moimi palcami, przepływa strumieniami, brudząc moje ciało.
Czuję, jakbym unosiła się parę centymetrów nad wszystkim. Nogi cieszą się wolnością, są słabe, lecz niemal nie dotykają podłoża, niosąc mnie dalej naprzód.
Kwiaty już dawno przekwitły, ich głęboka czerwień, zamieniła się w bordowy kolor. Opuściło je życie, zwiędły i jedyne co w nich pozostało, to ich cierpka woń.
Głowa zaczyna mnie boleć od tego zapachu, czuję, że utkwi on tam na zawsze, że nie dam rady się go już pozbyć.
Spoglądam na wstęgę, którą owinięty jest bukiet. Coś jest na niej napisane, ale mój umysł nie potrafi rozpoznać tego pisma, nie umiem sobie przypomnieć, jak się czyta...
Przez ile czasu mnie nie było, że oduczyłam się żyć...?
Nagle coś we mnie uderza, tak gwałtownie, że aż opadam na plecy.
Uderzyła mnie ta myśl, wbiła się prosto w moje serce, jak ostrze.
Uświadamiam sobie, że to moje imię napisane jest na materiale. Moje własne imię, którego jeszcze parę sekund temu, nie byłam w stanie sobie przypomnieć.
Dlaczego...?
Kto je tam napisał...
Strach zamyka mi oczy, nie mam odwagi czytać dalej. Podnoszę się i klękam, a igiełki z drzew drapią moje kolana, wbijając się w nie. Ciekawość zdaje się zwyciężać, wciągam gwałtownie powietrze, gdy odczytuję ciąg dalszy napisu.
"Żegnamy..."
"Rodzina i przyjaciele."
Co...?!
Coś ściska mój żołądek, wykręca go na wszystkie strony. Jak...kiedy...?
Przełykam na głos ślinę, a w głowie tłuką się setki pytań, krew dudni mi w uszach. Ogarnia mnie panika, nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć gdzie teraz jestem. To zbyt straszne, zbyt straszne...
Przed odczytaniem napisu na wstędze, wszystko zdawało się trwać w bezruchu, teraz jakby otoczenie się zmieniało. Mgła opadła, odsłaniając liczne kamienne krzyże, płyty, porośnięte mchem i bluszczem, zniszczone przez czas.
Tylko jeden nagrobek wydaje się świeży i nowy. Ten, który jest najbliżej, a jego znaczną część zasłaniają kwiaty... Nie chcę, nie mogę obrócić głowy w tamtą stronę... Nie mogę, nie mogę!
Serce bije mi coraz szybciej, uderza o żebra, chcąc przebić się na zewnątrz i uciec. Zaciskam powieki, ale obracam twarz w stronę grobu.
Cmentarz jest wręcz ogłuszająco cichy, niewyobrażalnie spokojny. Niebezpiecznie pusty...
Wciągam powietrze, które zdaje się zatruwać moje płuca, drażni moje gardło.
Uchylam powieki.
Widzę niewyraźnie swoje imię i nazwisko, wyryte na kamiennej płycie.
Jak do tego doszło...?
Wtem nasuwają się kolejne pytania - kto przyniósł ten jedyny bukiet...Kiedy i jak to się stało...?!
Nie chciałam odejść, nie chciałam, przepraszam!
Nie przepraszaj mnie, pozwalam Ci odejść. Idź, bądź wolna, śnij przez wieki swój sen, nie budź się, nie myśl...
Głosy w mojej głowie, wszędzie głosy...
Czuję słonawy, metaliczny smak życia...uśmierca mnie.
Wstaję.
Biegnę, co sił w nogach, potykam się o wystające kamienne nagrobki i krzyże. Chcę stąd uciec, błagam w duchu, by ktoś mnie ocalił...By mnie wybawił, obudził z tego koszmaru, przerwał mą udrękę...lub zabił.
Tu i teraz.
Zachłystuję się, wciągając powietrze raz za razem, pędzę przed siebie, już brak mi sił, brak mi odwagi...
Zaczepiam nogą o korzeń, potykam się, upadam na twarz.
Cała energia mnie opuszcza. Czuję jak serce uderza z impetem o podłoże, krzycząc.
Uwolnij mnie.
Biorę głęboki wdech, a wraz z nim, drobinki ziemi dostają się do moich płuc. Kaszlę, chcąc je stamtąd wyrzucić, ale nie mogę już nic zrobić. Wszystko zdaje się mnie zatruwać, łzawią mi oczy.
Drżę, całe moje ciało się trzęsie, gdy nie mogę już oddychać.
Och, gdyby tylko był ktoś, kto mnie ocali...
Przerwij mą mękę.
Samotność, samotność, nie ma nikogo... Kogo mogę oczekiwać, jeśli odeszłam? To ja wszystkich zostawiłam, to ja umarłam...lecz nie tego chciałam!
DLACZEGO POZWALASZ MI ZGINĄĆ W TAKI SPOSÓB?!
Wypluwam te słowa wraz z ostatnim tchnieniem.
Zamykam oczy...
Przecież ty już umarłaś, nie pamiętasz...?
Vuohi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz