Śnieg opadał powoli na ziemię, kryjąc wszystko, niczym biała osłona.
Każdy płatek zdawał się być delikatny, jak maleńkie piórko. Mimo zimy wokół,
ludzie wychodzili na dwór, by przespacerować się po okolicy i nie było im wcale
aż tak zimno. W tym śnieżnobiałym krajobrazie, tkwiło bowiem coś tajemniczego,
magicznego…
Siedziała przy oknie, dotykając dłonią
lodowatej, lekko zamglonej szyby. Minęło tyle czasu, a ona nie potrafiła się poruszyć, nie umiała
iść dalej. To zupełnie tak, jakby strata odebrała jej zdolność chodzenia,
mówienia, uśmiechania się… Tyle czasu, tyle godzin i dni, a jednak serce nadal
czuło to samo, w myślach ta sama osoba, ten sam obraz i wciąż nasilająca się
tęsknota. Jedynym, co mogła jeszcze stracić było jej własne życie. Jej
tchnienie, resztka tego, co pozostało po nim. Bo wraz z jego odejściem,
zniknęło wszystko wewnątrz niej.
Została cisza, głucha i nasilająca się
cisza, trzymająca jej zmęczoną duszę na dnie…
Pozostała miłość, silna i nieśmiertelna,
stojąca po jej stronie w każdej walce toczonej z codziennością.
Spojrzała na ludzi przechadzających się
w dole, po parku – szczęśliwych i uśmiechniętych, mimo mrozu. Nie była sama,
wokół pełno było innych. Mogła mieć wszystko, ale nic nie było zdolne zastąpić
jej tej pustki w sercu; ogromnej dziury, po brutalnie wyrwanym skrawku świata,
który starannie budowała z Nim każdego dnia…
Skoro czuła się, jakby straciła
wszystko… co trzymało ją nadal na tym świecie?
Łza spłynęła powoli po policzku, a
chwilę potem opadła cicho na parapet, na którym opierała się dziewczyna.
Jego uśmiech, jego głos… Jak promienie
słońca, rzucające się na ziemię spomiędzy burzowych chmur, rozganiając je. Jak
nadzieja, której zbrakło w ostatnim czasie, a jednak to wszystko nadal dawało
jej wiarę.
- Nigdy cię nie zapomnę… - szepnęła,
kierując wzrok ku niebu, za szklaną osłoną.
Rok temu była pewna, że wszelkie
nieszczęścia ich omijają i to nigdy się nie zmieni… Ludzie wokół nich sądzili,
że w tak młodym wieku prawdziwa miłość nie istnieje. Mówili, że tak zwykli
uczniowie, tak zwyczajnej szkoły, nie potrafiliby kochać nad życie…
„Dorośnijcie, by poznać smak szczęścia i bólu. Dorośnijcie, zanim
przysięgniecie sobie wszystko, bo nic z tego nie będzie. Dorośnijcie, bo wasze
słowa nic nie są jeszcze warte…”
To nie wiek kieruje uczuciami – to
czyny, słowa, marzenia i myśli. Młodość składa się z pojedynczych chwil i nie od
przeżytych lat, ale od każdego człowieka z osobna zależy to, jak te chwile
zostaną wykorzystane.
Tak łatwo się zakochać, tak łatwo poczuć
w jednym momencie, że to właśnie z tą osobą chce się spędzić resztę życia.
Trudniej jest to wszystko utrzymać, trudniej jest dbać o to, co się ma i
pielęgnować zaistniałe uczucie…
Dlaczego szczera miłość jest tak
delikatna i krucha?!
Mogłaby poświęcić dla Niego wszystko, teraz zostały jej tylko
wspomnienia. Odległe sny o nieskończenie trwającym uczuciu, co do którego oboje
byli pewni. Chciałaby odejść razem z nim, poszłaby za nim nawet w ogień, na
stracenie, naprzeciw całemu światu…!
Dlaczego los bawi się młodą miłością tak
brutalnie i okrutnie…?
Jechali samochodem z jego rodzicami na kolację, w restauracji za
miastem. Była tak szczęśliwa, że nareszcie ich pozna. Siedzieli oboje z tyłu
i w milczeniu patrzyli przed siebie na
drogę, znikającą pod rozpędzonym autem. Myślała, co będzie dalej; czy z jego
rodziną też się dobrze dogada, czy im się spodoba…? Tak cudownie byłoby być z
Nim na zawsze, nigdy się nie rozstawać…
Okolice przez jakie przejeżdżali były
jeszcze suche, pokryte resztkami jesiennych barw. Zima tego roku spóźniała się
już trzeci tydzień. Odwróciła głowę lekko w prawo – siedział równie zamyślony
jak ona.
Serce biło mu szybciej z każdą myślą o
niej, o tym ile jeszcze życia mają przed sobą; wszystko dla siebie, by być
razem… To nie mogło być przelotne uczucie, to nie były motyle unoszące się
radośnie gdzieś w brzuchu przez miesiąc czy dwa…To wszystko trwało już ponad
rok, a cały ten czas się w nim nasilało.
Obejrzał się w lewo, napotykając jej
wzrok na sobie i uśmiech jakoś sam się pojawił. Chwycił ją za dłoń,
spoczywającą obok na siedzeniu. Oczy zdawały się tonąć w sobie nawzajem, obiecując,
że już nigdy się nie rozłączą…
Samochód skręcił w stronę stojącego wśród drzew piętrowego domu, w
którym znajdowała się owa restauracja. Żwir na drodze powodował hałas i kurz,
unoszący się wokół auta. Zatrzymali się przed wejściem, a po chwili wysiedli,
trzaskając drzwiami. Wiatr uderzył w ich ciała z impetem, targając ubraniami i
rozpuszczonymi włosami. Obiegła samochód
i chwyciła go z powrotem za rękę,
uśmiechając się szeroko.
Wnętrze lokalu było zadbane i przytulne,
warto było się tam wybrać. Zajęli stolik naprzeciwko okna po czym złożyli
zamówienie.
Rodzicie byli naprawdę mili; tacy, jak
jej opowiadał. Miał do nich wielkie zaufanie, mógł powiedzieć im o wszystkim,
co do Niej czuł.
- Nasz syn na pewno opowiadał ci, że po
studiach chciałby wyruszyć, by zwiedzić obce kraje, zawsze o tym marzył. – zwróciła
się do niej matka. – Jeszcze tyle czasu do tego… wszystko przed wami, a już
prawie podjęliście swoje najważniejsze życiowe decyzje…
- Tak, wspominał coś… Chcę, by spełniał
swoje marzenia, bez względu na wszystko – odparła, sięgając po łyk
pomarańczowego soku ze szklanki stojącej na stole. Cieszyła się, podobnie jak i
On, że rodzice traktują ich związek poważnie, że nie mówią tego co inni; że to
za wcześnie, że to nie ma sensu. ONI byli pewni, więc nic innego nie wchodziło
w grę.
- Chciałbym zabrać cię ze sobą wszędzie.
Nie mógłbym być tysiące kilometrów od ciebie przez tyle czasu… - wtrącił,
unosząc głowę.
Ojciec westchnął i po chwili oparł się
na krześle, zakładając ręce.
- Wspaniale jest być tak młodym i pełnym
nadziei…Kiedy cały świat stoi przed wami otworem, możecie wszystko – odezwał
się w kierunku młodych. – Niektórzy ludzie kosztując wolności, krztuszą się
nią, bo nie potrafią jej wykorzystać jak należy, z umiarem. Przecież nie
miałaby ona żadnej wartości, jeśli nie istniałby cel, do którego człowiek dąży…
Jeśli wy jesteście dla siebie tym przeznaczeniem, naprawdę miło mi na was patrzeć.
Zasługujecie na siebie – uśmiechnął się.
Nie było w tym ani trochę fałszu. Wierzyli z całej siły, że przejdą
razem przez wszystko. Ona odwdzięczy mu się za to, co do tej pory dla niej
zrobił. Wspierał ją w każdej trudnej chwili, w każdej kłótni ze światem.
Chronił ją przed przeszłością, dobijającą się do niej na co dzień, a o której
chciała zapomnieć. Życie nie jest łatwe dla nikogo, każdy przekonuje się o tym w odpowiednim momencie… Mając przed
sobą jego wyciągniętą, pomocną dłoń, czuła się bezpieczna i nic nie mogło jej w
tym przeszkodzić. Kiedyś była sama, ale on obudził ją z tego trwającego przez lata koszmaru –
wystarczyło jedno spojrzenie…
Jedno słowo… Nie każdy ma szczęście
doświadczyć miłości, trwającej od pierwszego wejrzenia, aż do końca. A czuli,
że jej kres nigdy nie nastąpi.
Na dworze zrobiło się już ciemno, a wiatr nasilał się. Ruszyli przed
siebie na parking, gdy nagle w połowie drogi zatrzymała się, czując silne
ukłucie w sercu, zupełnie takie jak wtedy, kiedy mają się rozstać na dłużej…
Odwrócił się w jej stronę i objął, lekko popychając ją do przodu w stronę auta.
Ścisnęła mocno jego rękę, wdychając zapach jego ubrania.
Nic nie pachniało równie pięknie…
Usiedli w aucie zapinając pasy. Gdy
zahałasował silnik, pochyliła się w jego stronę i szepnęła:
- Kocham Cię. Boję się o jutro, o
przyszłość. Boję się o nas. Ale jestem pewna tego, że nigdy nie przestanę cię
kochać.
Pojazd ruszył przed siebie w ciemność,
zostawiając w tyle światła restauracji i zakurzoną drogę. Każdy oddał się znów
swoim myślom, jechali więc w ciszy. Na ulicach poza miastem panował mrok,
gdzieniegdzie tylko pojawiały się latarnie lub stacje benzynowe.
Po pięciu minutach na szybach samochodu
pojawiły się krople deszczu. Uderzały ze wszystkich stron, stukając. Widać było
już tylko przód auta, przed którym szosa jaśniała w świetle reflektorów. Koła szumiały,
trąc o zniszczony asfalt.
Przedzierali się przez ścianę deszczu,
którą tworzyła nasilająca się ulewa. Wjechali na teren sosnowego lasu,
rosnącego tuż za granicami miasta.
Czuła, że musi coś powiedzieć. Jakiś lęk
i obawa narastały wewnątrz niej, pchając się do ust, by w końcu mogła je
uwolnić, wykrzyczeć…ale co to było? Czego się bała?
Oderwała twarz od okna i spojrzała na
niego, próbując zwrócić na siebie uwagę wzrokiem. Jednak zdawał się nie widzieć
jej oczu, prawdopodobnie zasnął parę minut temu…
Nagle uderzyło w nią oślepiające światło
z przodu, skuliła się na siedzeniu i usłyszała pisk opon. Matka wrzasnęła, gdy
coś szarpnęło nimi na bok. Upadła na Niego, a pas wbił się w jej tułów.
- Zbudź się! – Wrzasnęła, przerażona, a
on otworzył oczy. Jedynym, co w nich ujrzała, było to samo oślepiające światło…
Uderzenie.
Tir nadjeżdżający z naprzeciwka
zmiażdżył przód samochodu.
Jeszcze chwilę rozpędzone koła niosły
ich na bok, wbijając auto w drzewa od Jego strony.
Krzyczała starając się wydostać spod
przygniatających ją przednich siedzeń.
Noga zaklinowała się pomiędzy nimi, ból
wdzierał się do środka. Dostrzegła krew na szybie, przy jego głowie. Przednia
była zupełnie roztrzaskana.
Z całej siły szarpnęła za pas, wypinając
go, po czym wyciągnęła się w jego kierunku. Zawiesiła ręce na jego szyi.
- Odezwij się! Odezwij się, proszę!
Milczał. Zatrzęsła się, zaciskając
dłonie na jego ramionach.
- OBUDŹ SIĘ! – Brak reakcji.
Pochyliła do przodu bezradnie głowę,
zerkając na wgniecione w fotele ciała jego rodziców.
Zapłakała na głos i opadła na siedzenie
obok Niego, obejmując go w pasie.
Usłyszała w oddali wyjącą syrenę, a ból
nogi ją wykańczał.
Zaciągnęła się ostatni raz jego
zapachem, który tracił powoli, z każdą sekundą.
Słone łzy zmoczyły jej usta.
Miała złamaną nogę.
Wolałaby umrzeć, niż ocknąć się w szpitalu
bez Niego. Wolałaby, by to On miał złamaną nogę, rękę, lub cokolwiek…ale żeby
żył!
Dlaczego właśnie ona?
Dlaczego akurat ich to spotkało?!
Tyle wypadków na drodze, tyle
okazji…oskarżyłaby każdego! Dlaczego nie zginął ktoś, kto nie szanował życia?
ON był dla niej całym światem! Dlaczego nie mógł odejść ktoś, kto nie chce
miłości? ON był wszystkim czego mogła zapragnąć!
Bez Niego nie ma nic.
Nic nie istnieje…
Jednak właśnie on.
Właśnie wtedy. To nie przypadek, że to
on umarł? Wolałaby być na jego miejscu, chciałaby cofnąć czas, by choć zamienić
się z nim siedzeniem w samochodzie, by to jej głowa uderzyła o drzewo za
szybą…!
Myślała o tym, by odejść, bo nie umiała
znaleźć sensu swojego istnienia… Ale skoro żyła… to nie mógł być przypadek.
Zima w końcu nadeszła, pokrywając całe
miasto białym puchem.
Minął miesiąc. Dopiero miesiąc, choć
wydawało się jej, że minęły lata. Każda minuta dłużyła się w nieskończoność,
jakby czekała na jego powrót…który nigdy nie nadejdzie. Usiadła przy oknie,
opierając się o parapet. Przyglądała się ludziom, spacerującym po parku...
Przysięgi są przecież na wieczność.
Przysięgała mu miłość…więc ta miłość
pozostanie. Serce nadal biło tak samo, z myślą o nim, a nawet mocniej, bo
przepełniała je tęsknota.
Nadal czuła wokół jego zapach… W głowie
dźwięczał jego głos.
Nie umarł na marne… ani nie odszedł.
Pozostał przy niej, a dzięki temu wypadkowi, mógł zostać na zawsze, do
ostatniego jej tchnienia…
Całe szczęście, jakie jej ofiarował,
zamknęła w sobie…
Życie jest próbą – pozostawia nas samych
sobie, nieraz w najgorszych momentach…Jednak tylko wytrwali smakują wygranej,
jaka czeka ich w zamian za przebyte cierpienie.
A miłość to jest to, co pozostaje gdy
zabrane zostało już wszystko. Nawet nadzieja.
„On już nie żyje.”
Ale istnieje miłość, jaką jej podarował
i jaką ona oddała jemu.
Otarła łzę, jaka spływała powoli po jej policzku i powtórzyła w myślach:
„Nigdy Cię nie zapomnę.”
Vuohi