niedziela, 11 sierpnia 2013

Nigdy cię nie zapomnę

       Śnieg opadał powoli na ziemię, kryjąc wszystko, niczym biała osłona. Każdy płatek zdawał się być delikatny, jak maleńkie piórko. Mimo zimy wokół, ludzie wychodzili na dwór, by przespacerować się po okolicy i nie było im wcale aż tak zimno. W tym śnieżnobiałym krajobrazie, tkwiło bowiem coś tajemniczego, magicznego…
Siedziała przy oknie, dotykając dłonią lodowatej, lekko zamglonej szyby. Minęło tyle czasu,  a ona nie potrafiła się poruszyć, nie umiała iść dalej. To zupełnie tak, jakby strata odebrała jej zdolność chodzenia, mówienia, uśmiechania się… Tyle czasu, tyle godzin i dni, a jednak serce nadal czuło to samo, w myślach ta sama osoba, ten sam obraz i wciąż nasilająca się tęsknota. Jedynym, co mogła jeszcze stracić było jej własne życie. Jej tchnienie, resztka tego, co pozostało po nim. Bo wraz z jego odejściem, zniknęło wszystko wewnątrz niej.
Została cisza, głucha i nasilająca się cisza, trzymająca jej zmęczoną duszę na dnie…
Pozostała miłość, silna i nieśmiertelna, stojąca po jej stronie w każdej walce toczonej z codziennością.
Spojrzała na ludzi przechadzających się w dole, po parku – szczęśliwych i uśmiechniętych, mimo mrozu. Nie była sama, wokół pełno było innych. Mogła mieć wszystko, ale nic nie było zdolne zastąpić jej tej pustki w sercu; ogromnej dziury, po brutalnie wyrwanym skrawku świata, który starannie budowała z Nim każdego dnia…
Skoro czuła się, jakby straciła wszystko… co trzymało ją nadal na tym świecie?
Łza spłynęła powoli po policzku, a chwilę potem opadła cicho na parapet, na którym opierała się dziewczyna.
Jego uśmiech, jego głos… Jak promienie słońca, rzucające się na ziemię spomiędzy burzowych chmur, rozganiając je. Jak nadzieja, której zbrakło w ostatnim czasie, a jednak to wszystko nadal dawało jej wiarę.
- Nigdy cię nie zapomnę… - szepnęła, kierując wzrok ku niebu, za szklaną osłoną.

          Rok temu była pewna, że wszelkie nieszczęścia ich omijają i to nigdy się nie zmieni… Ludzie wokół nich sądzili, że w tak młodym wieku prawdziwa miłość nie istnieje. Mówili, że tak zwykli uczniowie, tak zwyczajnej szkoły, nie potrafiliby kochać nad życie… „Dorośnijcie, by poznać smak szczęścia i bólu. Dorośnijcie, zanim przysięgniecie sobie wszystko, bo nic z tego nie będzie. Dorośnijcie, bo wasze słowa nic nie są jeszcze warte…”
To nie wiek kieruje uczuciami – to czyny, słowa, marzenia i myśli. Młodość składa się           z pojedynczych chwil i nie od przeżytych lat, ale od każdego człowieka z osobna zależy to, jak te chwile zostaną wykorzystane.
Tak łatwo się zakochać, tak łatwo poczuć w jednym momencie, że to właśnie z tą osobą chce się spędzić resztę życia. Trudniej jest to wszystko utrzymać, trudniej jest dbać o to, co się ma i pielęgnować zaistniałe uczucie…
Dlaczego szczera miłość jest tak delikatna i krucha?!
       Mogłaby poświęcić dla Niego wszystko, teraz zostały jej tylko wspomnienia. Odległe sny o nieskończenie trwającym uczuciu, co do którego oboje byli pewni. Chciałaby odejść razem z nim, poszłaby za nim nawet w ogień, na stracenie, naprzeciw całemu światu…!
Dlaczego los bawi się młodą miłością tak brutalnie i okrutnie…?

      Jechali samochodem z jego rodzicami na kolację, w restauracji za miastem. Była tak szczęśliwa, że nareszcie ich pozna. Siedzieli oboje z tyłu i  w milczeniu patrzyli przed siebie na drogę, znikającą pod rozpędzonym autem. Myślała, co będzie dalej; czy z jego rodziną też się dobrze dogada, czy im się spodoba…? Tak cudownie byłoby być z Nim na zawsze, nigdy się nie rozstawać…
Okolice przez jakie przejeżdżali były jeszcze suche, pokryte resztkami jesiennych barw. Zima tego roku spóźniała się już trzeci tydzień. Odwróciła głowę lekko w prawo – siedział równie zamyślony jak ona.
Serce biło mu szybciej z każdą myślą o niej, o tym ile jeszcze życia mają przed sobą; wszystko dla siebie, by być razem… To nie mogło być przelotne uczucie, to nie były motyle unoszące się radośnie gdzieś w brzuchu przez miesiąc czy dwa…To wszystko trwało już ponad rok, a cały ten czas się w nim nasilało.
Obejrzał się w lewo, napotykając jej wzrok na sobie i uśmiech jakoś sam się pojawił. Chwycił ją za dłoń, spoczywającą obok na siedzeniu. Oczy zdawały się tonąć w sobie nawzajem, obiecując, że już nigdy się nie rozłączą…
      Samochód skręcił w stronę stojącego wśród drzew piętrowego domu, w którym znajdowała się owa restauracja. Żwir na drodze powodował hałas i kurz, unoszący się wokół auta. Zatrzymali się przed wejściem, a po chwili wysiedli, trzaskając drzwiami. Wiatr uderzył w ich ciała z impetem, targając ubraniami i rozpuszczonymi włosami. Obiegła samochód         i chwyciła go z powrotem za rękę, uśmiechając się szeroko.
Wnętrze lokalu było zadbane i przytulne, warto było się tam wybrać. Zajęli stolik naprzeciwko okna po czym złożyli zamówienie.
Rodzicie byli naprawdę mili; tacy, jak jej opowiadał. Miał do nich wielkie zaufanie, mógł powiedzieć im o wszystkim, co do Niej czuł.
- Nasz syn na pewno opowiadał ci, że po studiach chciałby wyruszyć, by zwiedzić obce kraje, zawsze o tym marzył. – zwróciła się do niej matka. – Jeszcze tyle czasu do tego… wszystko przed wami, a już prawie podjęliście swoje najważniejsze życiowe decyzje…
- Tak, wspominał coś… Chcę, by spełniał swoje marzenia, bez względu na wszystko – odparła, sięgając po łyk pomarańczowego soku ze szklanki stojącej na stole. Cieszyła się, podobnie jak i On, że rodzice traktują ich związek poważnie, że nie mówią tego co inni; że to za wcześnie, że to nie ma sensu. ONI byli pewni, więc nic innego nie wchodziło w grę.
- Chciałbym zabrać cię ze sobą wszędzie. Nie mógłbym być tysiące kilometrów od ciebie przez tyle czasu… - wtrącił, unosząc głowę.
Ojciec westchnął i po chwili oparł się na krześle, zakładając ręce.
- Wspaniale jest być tak młodym i pełnym nadziei…Kiedy cały świat stoi przed wami otworem, możecie wszystko – odezwał się w kierunku młodych. – Niektórzy ludzie kosztując wolności, krztuszą się nią, bo nie potrafią jej wykorzystać jak należy, z umiarem. Przecież nie miałaby ona żadnej wartości, jeśli nie istniałby cel, do którego człowiek dąży… Jeśli wy jesteście dla siebie tym przeznaczeniem, naprawdę miło mi na was patrzeć. Zasługujecie na siebie  – uśmiechnął się.
      Nie było w tym ani trochę fałszu. Wierzyli z całej siły, że przejdą razem przez wszystko. Ona odwdzięczy mu się za to, co do tej pory dla niej zrobił. Wspierał ją w każdej trudnej chwili, w każdej kłótni ze światem. Chronił ją przed przeszłością, dobijającą się do niej na co dzień, a o której chciała zapomnieć. Życie nie jest łatwe dla nikogo, każdy przekonuje się      o tym w odpowiednim momencie… Mając przed sobą jego wyciągniętą, pomocną dłoń, czuła się bezpieczna i nic nie mogło jej w tym przeszkodzić. Kiedyś była sama, ale on obudził ją      z tego trwającego przez lata koszmaru – wystarczyło jedno spojrzenie…
Jedno słowo… Nie każdy ma szczęście doświadczyć miłości, trwającej od pierwszego wejrzenia, aż do końca. A czuli, że jej kres nigdy nie nastąpi.
      Na dworze zrobiło się już ciemno, a wiatr nasilał się. Ruszyli przed siebie na parking, gdy nagle w połowie drogi zatrzymała się, czując silne ukłucie w sercu, zupełnie takie jak wtedy, kiedy mają się rozstać na dłużej… Odwrócił się w jej stronę i objął, lekko popychając ją do przodu w stronę auta. Ścisnęła mocno jego rękę, wdychając zapach jego ubrania.
Nic nie pachniało równie pięknie…
Usiedli w aucie zapinając pasy. Gdy zahałasował silnik, pochyliła się w jego stronę i szepnęła:
- Kocham Cię. Boję się o jutro, o przyszłość. Boję się o nas. Ale jestem pewna tego, że nigdy nie przestanę cię kochać.
Pojazd ruszył przed siebie w ciemność, zostawiając w tyle światła restauracji i zakurzoną drogę. Każdy oddał się znów swoim myślom, jechali więc w ciszy. Na ulicach poza miastem panował mrok, gdzieniegdzie tylko pojawiały się latarnie lub stacje benzynowe.
Po pięciu minutach na szybach samochodu pojawiły się krople deszczu. Uderzały ze wszystkich stron, stukając. Widać było już tylko przód auta, przed którym szosa jaśniała       w świetle reflektorów. Koła szumiały, trąc o zniszczony asfalt.
Przedzierali się przez ścianę deszczu, którą tworzyła nasilająca się ulewa. Wjechali na teren sosnowego lasu, rosnącego tuż za granicami miasta.
Czuła, że musi coś powiedzieć. Jakiś lęk i obawa narastały wewnątrz niej, pchając się do ust, by w końcu mogła je uwolnić, wykrzyczeć…ale co to było? Czego się bała?
Oderwała twarz od okna i spojrzała na niego, próbując zwrócić na siebie uwagę wzrokiem. Jednak zdawał się nie widzieć jej oczu, prawdopodobnie zasnął parę minut temu…
Nagle uderzyło w nią oślepiające światło z przodu, skuliła się na siedzeniu i usłyszała pisk opon. Matka wrzasnęła, gdy coś szarpnęło nimi na bok. Upadła na Niego, a pas wbił się w jej tułów.
- Zbudź się! – Wrzasnęła, przerażona, a on otworzył oczy. Jedynym, co w nich ujrzała, było to samo oślepiające światło…
Uderzenie.
Tir nadjeżdżający z naprzeciwka zmiażdżył przód samochodu.
Jeszcze chwilę rozpędzone koła niosły ich na bok, wbijając auto w drzewa od Jego strony.
Krzyczała starając się wydostać spod przygniatających ją przednich siedzeń.
Noga zaklinowała się pomiędzy nimi, ból wdzierał się do środka. Dostrzegła krew na szybie, przy jego głowie. Przednia była zupełnie roztrzaskana.
Z całej siły szarpnęła za pas, wypinając go, po czym wyciągnęła się w jego kierunku. Zawiesiła ręce na jego szyi.
- Odezwij się! Odezwij się, proszę!
Milczał. Zatrzęsła się, zaciskając dłonie na jego ramionach.
- OBUDŹ SIĘ! – Brak reakcji.
Pochyliła do przodu bezradnie głowę, zerkając na wgniecione w fotele ciała jego rodziców.
Zapłakała na głos i opadła na siedzenie obok Niego, obejmując go w pasie.
Usłyszała w oddali wyjącą syrenę, a ból nogi ją wykańczał.
Zaciągnęła się ostatni raz jego zapachem, który tracił powoli, z każdą sekundą.
Słone łzy zmoczyły jej usta.

          Miała złamaną nogę.
Wolałaby umrzeć, niż ocknąć się w szpitalu bez Niego. Wolałaby, by to On miał złamaną nogę, rękę, lub cokolwiek…ale żeby żył!
Dlaczego właśnie ona?
Dlaczego akurat ich to spotkało?!
Tyle wypadków na drodze, tyle okazji…oskarżyłaby każdego! Dlaczego nie zginął ktoś, kto nie szanował życia? ON był dla niej całym światem! Dlaczego nie mógł odejść ktoś, kto nie chce miłości? ON był wszystkim czego mogła zapragnąć!
Bez Niego nie ma nic.
Nic nie istnieje…

Jednak właśnie on.
Właśnie wtedy. To nie przypadek, że to on umarł? Wolałaby być na jego miejscu, chciałaby cofnąć czas, by choć zamienić się z nim siedzeniem w samochodzie, by to jej głowa uderzyła o drzewo za szybą…!
Myślała o tym, by odejść, bo nie umiała znaleźć sensu swojego istnienia… Ale skoro żyła… to nie mógł być przypadek.

          Zima w końcu nadeszła, pokrywając całe miasto białym puchem.
Minął miesiąc. Dopiero miesiąc, choć wydawało się jej, że minęły lata. Każda minuta dłużyła się w nieskończoność, jakby czekała na jego powrót…który nigdy nie nadejdzie. Usiadła przy oknie, opierając się o parapet. Przyglądała się ludziom, spacerującym po parku...
Przysięgi są przecież na wieczność.
Przysięgała mu miłość…więc ta miłość pozostanie. Serce nadal biło tak samo, z myślą o nim, a nawet mocniej, bo przepełniała je tęsknota.
Nadal czuła wokół jego zapach… W głowie dźwięczał jego głos.
Nie umarł na marne… ani nie odszedł. Pozostał przy niej, a dzięki temu wypadkowi, mógł zostać na zawsze, do ostatniego jej tchnienia…
Całe szczęście, jakie jej ofiarował, zamknęła w sobie…
Życie jest próbą – pozostawia nas samych sobie, nieraz w najgorszych momentach…Jednak tylko wytrwali smakują wygranej, jaka czeka ich w zamian za przebyte cierpienie.
A miłość to jest to, co pozostaje gdy zabrane zostało już wszystko. Nawet nadzieja.
 „On już nie żyje.”
Ale istnieje miłość, jaką jej podarował i jaką ona oddała jemu.
       Otarła łzę, jaka spływała powoli po jej policzku i powtórzyła w myślach:
       „Nigdy Cię nie zapomnę.”


Vuohi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz