środa, 30 lipca 2014

Przemijanie

Potrzebowałam Cię.

Potrzebowałam Cię przez bardzo długi czas, tak bardzo, że nie byłbyś teraz w stanie tego sobie nawet wyobrazić. I wiem, że Ty także kiedyś czułeś prawie to samo, ale...ja to przeoczyłam.
Ze wszystkich moich wspomnień, najbardziej rzeczywistymi są...kącik Twych ust, na który zwróciłam uwagę, kiedy pewnego razu się uśmiechnąłeś, opowiadając coś. Czerwień, biel i czerń, skupione w jednym punkcie, towarzyszące mi przez długi czas, bo wierzyłam, że pochodząc od Ciebie, muszą być magiczne. Jak talizman, odganiający czarne chmury w mojej głowie.
Zapach, którego nigdy nie umiałam nazwać, ani do niczego porównać...wiedziałam, że rozpoznam go na pewno następnym razem, ale...on zniknął. Możliwe, że to nie Ty tak słodko pachniałeś, a jedynie moja głupia miłość, naniosła wówczas na Twoje zimne ciało tę woń, dodała blasku twoim oczom...I teraz, gdy już mnie opuściła, pozostawiając w moim wnętrzu czarną jaskinię, jakby była wodą, która latami rzeźbi przylegające do niej skały...zwyczajnie nie mogłam ponownie odnaleźć w Tobie tych samych cech.
Ukochanych zalet, za którymi tęskniłam. Ukochanych wad, na które chciałam móc narzekać każdego dnia...
I pamiętam też huśtawkę, która nigdy nie zawisła na drzewie w naszym ogrodzie. Do dziś pozostała jedynie obrazem, który stworzyłeś swoimi obietnicami, podobnie jak nasz ogród, nasz dom, jak nasze wspólne śniadania i...jak my sami.
My też nigdy nie zaistnieliśmy.

Potrzebowałam cały czas Ciebie, czy może...potrzebowałam kogokolwiek, kto potrafił mnie naprawić...?
Chyba tylko Ty mogłeś, i chyba tylko Ty możesz.
Bo przecież sam nauczyłeś mnie, jak siebie zniszczyć, a ja widziałam w tym jedyną drogę, by Cię naprawdę zrozumieć. Doprowadzanie siebie samej do upadku, było takie piękne, z Tobą u boku...
Szkoda tylko, że na dnie mi Ciebie zabrakło.

Choć może wcale nie szkoda, nie szkoda mi siebie samotnej. Modliłam się przecież, byś nigdy nie utkwił w kompletnej ciemności, i byłam tym zajęta tak bardzo, że nie zauważyłam, jak daleko zaszłam. W jednej chwili moje płuca wypełniła Twoja nienawiść, bo przecież zostawiłam Cię na brzegu i...
Utonęłam samotnie.
Nie sądziłam, że mogę być taką egoistką, jaką wszyscy, których kochałam, zaczęli mnie nazywać. Ale musieli mieć rację, bo byłam tak zaślepiona własną potrzebą ukojenia strachu przed samotnością, że raniłam każdego, kto się do mnie zbliżył, swoją fałszywą miłością.
Fałszywą. Fałszywa jestem.
Oto przyznaję się do posiadania cech, których nienawidzę i nie rozumiem u ludzi. Widocznie przyszedł czas, by pogodzić się z tym, że i ja jestem człowiekiem. Niestety.
Człowiekiem też jestem.

I jednym z mych ludzkich zachowań, było także nieustanne pragnienie Ciebie.
Zlepiając kącik Twych ust, trzy barwy, huśtawkę, nasze nieistniejące wieczory, noce i poranki...tworzyłam obraz kogoś, kim nigdy nie byłeś. A potem zarzucałam Ci, że nosisz maskę, że się zmieniłeś. Tęskniłam za Tobą, a gdy wracaliśmy na chwilę by porozmawiać...płakałam, bo nie potrafiłam zaakceptować tego, że nie ma w Tobie niczego, co znałam.
Teraz widzę, że wszystko to było tylko wytworem mojej wyobraźni.

Popchnąłeś pierwszą kostkę domina, obiecując coś, czego wiedziałeś, że nie spełnisz, ale chciałeś po prostu bym zasnęła w spokoju, bym nie traciła do Ciebie zaufania. Reszta działa się dalej sama; wszystko burzyło się wewnątrz mnie po kolei.
I jeśli jest coś, o czym nie chcę jeszcze teraz myśleć, bo nie jestem na to gotowa...to jest to pytanie:
"Czy kochaliśmy się w ogóle?"
Czy może każde z nas nie zdążyło się nawet poznać, ale stworzyło swój własny obraz tego drugiego, oczekując czegoś więcej...?

Potrzebowałam Cię...ale pozostało mi tylko patrzeć, jak powoli o mnie zapominasz. Jak odchodzisz i nawet nie spoglądasz za siebie. Może zrobiłeś to...bo Ty też mnie potrzebowałeś. I myślałeś, że za Tobą pobiegnę, złapię Cię za ręce i pociągnę w przeciwną stronę lub...odejdę z Tobą. Tak czy inaczej, odległość między nami rosła, pozwalając wszystkiemu przemijać, jak to zwykle w życiu jest.
Przemijanie.
Czas nigdy nie miał dla nas litości, ale mimo to...ufam mu i mam nadzieję, że dobrze wie, co robi.

Bo właśnie on, uczynił kącik Twoich ust miejscem dla każdej, pełnym fałszywych słów ukrytych gdzieś głębiej, pod językiem. Czerwień, biel i czerń zamienił w kawałek plastiku, wciśniętego w moje stare rzeczy. Sprawił, że Twój wyjątkowy zapach przeminął i stał się czymś równie nierealnym, co huśtawka zawieszona na drzewie w naszym ogrodzie.
Bardzo się postarał, by mnie wyleczyć, i prawie mu się to udało.

Jednak ów Czas, nigdy nie potrafił mieć wpływu na moje sny, w których ciągle do mnie powracasz. I chyba stałeś się dla mnie tylko bólem, zmiętym i porzuconym przeze mnie, choć wbrew mej woli, zalegającym gdzieś na skraju mojego serca. A ponieważ wciąż jeszcze istniejesz...potrafisz nadal sprawiać mi przykrość.
Przykrość.

Jest mi cholernie przykro, że pokazujesz mi, że Cię nie obchodzę i sprawiasz, że mnie obchodzisz. Przykro mi, że muszę się o Ciebie martwić. 
Przykro mi, że wszystko musiało tak po prostu przeminąć, choć wiem, że żadne z nas by tego nie przeżyło...

Dlatego właśnie...
My nigdy nie zaistnieliśmy.



Vuohi

poniedziałek, 21 lipca 2014

"Obecność" - Rozdział 15 [fragment]

Stała na pagórku, gdy było jeszcze wcześnie i wschodziło słońce. Mgła powoli opadała, tańcząc gdzieś na dole, u jej stóp. Czuła się jakby chodziła w chmurach, a wokół rozciągały się puste pola i tylko gdzieniegdzie stały pojedyncze drzewa. Wszystko trwało w milczeniu, osnute białą pierzyną.
Było ciepło, a powietrze robiło się wilgotne. Dostrzegła go w oddali, parę metrów przed sobą. Stał, ubrany w tę samą, poszarpaną koszulkę, ale niczym nie pobrudzoną. Jej sukienka była śnieżnobiała i delikatna, jakby nie miała na sobie nic. Wzięła głęboki wdech, zamykając oczy. Wtem, poczuła lekki podmuch wiatru, który zakołysał jej włosami i ubraniem, muskając łagodnie skórę. Po chwili poczuła jego zapach. Ta słodka woń anioła, była coraz intensywniejsza, choć lekka i nietypowa. Nikt ludzki nie mógłby pachnieć podobnie. Był to bowiem zapach kogoś, kto istniał, ale zupełnie niewidocznie i nienamacalnie.
Docierało do niej słabe drżenie ziemi, z każdym jego krokiem. Był coraz bliżej, prawie tak blisko, że słyszała jego oddech i czuła nieśmiałe bicie serca. Uniosła powoli głowę, nadstawiając nos tak, by móc poczuć tę słodycz jeszcze bardziej. Otworzyła oczy, a on stał naprzeciwko niej.
Wbiła wzrok w jego twarz; patrzył na niebo, na znikające cienie nocy. Pociągnęła nosem, próbując raz jeszcze wychwycić ten zapach, ale musiała być bliżej, by znów mieć taką możliwość. Opuścił głowę i popatrzył prosto w jej oczy. Ciemność skrywała się w jego spojrzeniu. Ciepła, ciemnobrązowa i piękna ciemność, głęboki kolor zamykający w sobie światło i zasłaniający wszystko, co starał się ukryć wewnątrz siebie.
Chciała mieć pewność, że już nigdy nie będzie sama, że nie musi się już więcej bać. Nawet jeśli to tylko sen, chciała poczuć to choć przez chwilę.
- Obiecuję ci, że jak długo te gwiazdy na niebie będą świecić, ja będę przy tobie. Będę cię chronić. – Szepnął, jakby czytając w jej myślach, po czym chwycił ją za ręce. – Cokolwiek cię zaniepokoi, odpędzę to. Co cię ucieszy, uczyni i mnie szczęśliwym. – Jego głos działał kojąco, a każde ze słów, wypowiadał w taki sposób, jakby niosły ze sobą melodię.
Uśmiechnęła się do niego szczerze, zasłuchana w tej pięknej kołysance, jaką nuciły jego usta.
- Będę przy tobie czuwał, patrzył jak śnisz, stał za tobą i osłaniał cię przed tym co złe. I nie opuszczę cię aż do śmierci…i jeszcze dalej. – Pochylił się nad nią, dotykając czołem jej czoła.
Zamknęła oczy. Chciała zapewnić mu to samo; dać mu wszystko, czego zapragnie… [...]

Vuohi

The sadness will never end

Zastanawiam się, ile to ma jeszcze potrwać.
Ile łez muszę wylać, by pozbyć się wypełniającego mnie smutku
Jaki ciężar muszę wznieść na swoje ramiona
By zostało mi wybaczone wszystko to, co zrobiłam nie tak...?

Coraz trudniej jest mi stawiać kolejne kroki
Łzy zalegają gdzieś na dnie moich płuc
Niebawem nie będę mogła już w ogóle się poruszyć...
Niebawem zupełnie skamienieję.

Mówili mi, że wystarczy jedynie wziąć głęboki oddech
I odkrztusić ten piach, zaczepiony gdzieś w gardle, ale...
Dla mnie każdy wdech jest zbyt przesiąknięty bólem
Codziennie połykam całe garści żyletek
I z każdym dniem, już coraz mniej jestem sobą...

Ten smutek nie ma końca.
Obdziera mnie z każdego pogodnego snu
Nie mogę mieć już swych marzeń na własność

Ten smutek nie ma końca.
On pozbawia mnie...ludzkości.


Vuohi

piątek, 11 lipca 2014

Klucz

Wiem.
Chyba już wiem, co jest kluczem, kochanie.
Jednak znalazłam dla nas wyjście, znalazłam drogę, której tyle szukaliśmy.
Wszyscy jesteśmy tacy bezradni, dopóki nie odkryjemy własnego klucza;
Jesteśmy zablokowani, zamknięci, zimni jak lód...
A wystarczy przecież tylko go odszukać, prawda?

Długo błądziłam
Nawet nie wiesz, ile warstw skóry zdarłam celowo, by odnaleźć w sobie to coś, czego było mi brak.
Ale nie mogłam, nawet gdy szukałam bez przerwy, nawet kiedy błagałam, kiedy krzyczałam...
Kiedy zwątpiłam.
A wiesz dlaczego nie potrafiłam znaleźć w sobie ratunku?
Bo go tam nie ma.
I nie było nigdy.

Ale teraz już wiem, co jest kluczem, kochanie.
Uratuję nas, naprawdę nas ocalę! To ta droga, spójrz, jutro nią wyruszymy
To będzie koniec naszej zimy, koniec chłodu i ciemności
Jutro wzejdzie dla nas słońce, jeżeli tylko mi uwierzysz i wysłuchasz mnie, jak szepczę
Nieważne ile będzie znów to nas kosztować
Nie możemy dłużej tu zostać....

Dlaczego patrzysz tak okrutnie
Bez choćby cienia nadziei w oczach...?
Dlaczego jesteś tak podle...zimny, tak twardy i cichy...?
Tyle lat cierpieliśmy oboje, próbowaliśmy pomóc sobie nawzajem, gubiliśmy się
Tyle lat zdzierałam z siebie wszelkie marzenia, wszystkie pamiątki po ludzkości
Próbowałam pozbyć się siebie, aż moje wyniszczenie dosięgło do żył, do kości
I czy nie znaczy to nic dla Ciebie...gdy teraz odnalazłam dla nas klucz?!
Gdy odnalazłam drogę?

Patrzysz na mnie tylko i mrozisz spojrzeniem
Twoje usta są z kamienia, twoja twarz nie potrafi już ani drgnąć
A ja łudzę się, że wewnątrz wciąż jeszcze istniejesz
Że tam, pozostawiłeś choć skrawek prawdziwego Ciebie

Wyciągasz rękę, czuję chłód bijący od otwartej dłoni;
'Chodź', mówisz, 'dziś jeszcze umrzemy razem'
Dziś zakończmy to, co obiecaliśmy sobie kiedyś, zaśniemy razem, ze splecionymi dłońmi
Szukaliśmy klucza, lecz było wiele fałszywych, prowadzących nas do tego miejsca
Dobrze wiesz, że i następna droga, będzie pełna kolców
Bo pąki róż naszych dawno zwiędły
Bo wyschły nasze oczy nazbyt wiele roniąc łez
Chodź, jeszcze dziś umrzemy razem, to jest nasz jedyny klucz.

I ja widzę, że przegraliśmy.
Widzę jedynie ruiny przed nami.
I choć oczy zalewają mi się łzami,
Idę ślepo twoim śladem...Wiem, że Ty mnie nie zawiedziesz.
Wiem, że Ty dotrzymasz słowa
I zaśniemy dzisiaj razem...żeby zacząć móc od nowa

Lecz nie tu, a w innym miejscu
Gdzie drzwi dla nas będą otwarte
Gdzie klucz nie będzie już potrzebny
A nasze troski...
Nic
Nie warte



Vuohi