środa, 11 listopada 2015

Ściana

Trzydzieści jeden dni po raz kolejny minęło zbyt szybko, gdy patrzę wstecz, lecz jakże powoli i ospale włóczyło te trzydzieści jeden nocy, z dala od smaku kurkumy i zapachu cynamonu; zimowego ciepła, które od dłuższego czasu kojarzę tylko z jednymi, jedynymi ustami.
Lampki migoczą nade mną; ich słabe i chłodne światło skacze po bladoróżowych ścianach, zarumienionych, gasnących i zapalających się raz po raz, zupełnie jak ja, kiedy...
Kąt pomiędzy leżącym, białym ze strachu i zarazem drżącym z radości, zmiętym skrawkiem papieru, na którym zapisana została najpiękniejsza, choć nigdy nie skończona historia, a ścianą, silną i stanowczą, a jednocześnie tak delikatną i czułą na najcichsze pohukiwania ze strony ziemi, na zmianę zwiększał się i zmniejszał, zależnie od punktu widzenia. Oczy tamtych ślicznych nocy i poranków pozwalały patrzeć nań z najlepszego miejsca, w którym ciepło rozlewało się lekką, deszczową pianką wokół dwóch zlepionych ze sobą liści, świata poza sobą nie widzących. Dzięki skurczom serca, jakie były reakcją na ten obraz, powstały na wpół w pamięci, na wpół przed samym nosem, namacalnie i na wyciągnięcie ręki, można było zupełnie oddać się urokowi każdego, najgłupszego, najprostszego, byleby wyszeptanego słowa, i rzucić się w paszczę ciemności, ocierając o jej kły, ale nic nie czuć, nic nie poczuć, poza szczęściem i wewnętrznym uniesieniem.
Mimo chłodu szczypiącego w język, smakującego miejscami miętą, pozwalałam marzeniom własnym odkrywać się, rozbierać, rozkładać na coraz więcej drobnych, nietrwałych i kruchych części, dopóki tylko odczuwalna była stabilność tej ściany obok, bo gdy trwałam przy niej, zdawała się być pokryta miękkim, słodko pachnącym pluszem, którego drobne kłaczki wyraźnie łaskotały mnie w czoło, dając to osobliwe poczucie bezpieczeństwa. Nie zdawałam sobie sprawy z cieni wyrastających spod materaca i wiszących soplami czerni nad moją głową, ani z zamiarów dwóch oplatających mnie gałęzi drzewa, w którego korze zapisałam wszystkie swoje smutki i radości, niewidzialnego używając scyzoryka i niemych słów zgłębiając sens. Gdybym zauważyła i rozpoznała to wszystko...ach, czar, cały czar by prysnął!
Czy żałuję więc, czy nie, to nie ma znaczenia, bo końca jeszcze nie widzę, nie pozwalam mu nadejść, tak jak i wtedy nie chciałam słuchać dobijającego się do drzwi moich żeber serca, chcącego włamać się w tę chwilę, wyważyć kości i wydostać się na zewnątrz, by wrzasnąć, prosto w odbicie swoje lustrzane tak bardzo zbliżone wówczas do mnie, że dosyć już, tak być nie może, to wszystko oszustwo, oszustwo, oszustwo...!
Uciszałam czerwone światełka szumiące przy skroni, rozpuszczając mięśnie swoje, by wlać się mogły w pełni w tamte noce i po brzeg je wypełnić, najlepiej i najmocniej, jak się da...ale brakowało mi wciąż odwagi, by rzucić się przez szkło rozbite do sedna, do centrum, do pieca, gdzie paliły się najsilniejsze, najszczersze i...jedyne prawdziwe, i istotne, jak teraz mogę się domyślać, pragnienia ściany owej, skrzydlatej, będącej schronem i schronieniem, a dziś murem i...ogrodzeniem.

Ramię.
Nadgarstek, dłoń i palce.

Uda.
Kolana, łydki i kostki.

Skóra...zimna i cicha. Jaśniejąca w ciemności jak wyspa; ostoja pośród czarnych fal wszechogarniającego oceanu lęków moich najskrytszych. Chciałam wyciągnąć dłoń w jej stronę...dotknąć, musnąć, pogładzić, dopasować, wyczuć...ale z wrażenia, z podziwu, ze szczęścia czystego i tak pięknego, że aż bolesnego...nie mogłam zrobić nic więcej, jak tylko patrzeć...i chłonąć obraz miłości stygnącej, gasnącej poza moją świadomością, leżącej blisko, bliziutko...przez tę parę chwil...i nigdy więcej.

W obłoku sennym zakopałam się po uszy, odcinając się w połowie tylko od żelaznych drzwi gorących, nie domkniętych. I oddechy biec przestały, i serca w trzepocie skrzydeł ustały, rozcierając, wmasowując w te godziny spójność, jedność jakąś, którą tylko...tylko ja...tylko ja zachowałam w sobie do teraz. I w ręce ją trzymając, cisnąć o tę ścianę usiłuję, rzucam się i klnę, duszę od gniewu i łez...ale nic zrobić nie potrafię, nic więcej nie mogę...
Mur zamarznął, zamarznął, zamarznął.
Wraz z zapisanym w nim wszystkim, wszystkim, moim wszystkim...
Gdy tylko raz tamten jedyny, pozwoliłam sobie uwierzyć w to oszustwo, oszustwo, oszustwo.

Ale tak właściwie...przecież nic mi nie obiecywałeś.
To tylko smaki, zapachy i dźwięki, zrodziły urojenia przeokropnie kolorowe, tak ciepłe i bliskie sercu mojemu, podczas gdy ściana ścianą zawsze była i ścianą pozostanie.
A kąt pomiędzy leżącym, białym ze strachu i zarazem drżącym z radości, zmiętym skrawkiem papieru, na którym zapisana została najpiękniejsza, choć nigdy nie skończona historia, a tą ścianą, silną i stanowczą, a jednocześnie tak delikatną i czułą na najcichsze pohukiwania ze strony ziemi, na zmianę zwiększał się i zmniejszał, zależnie od punktu widzenia.

I tym razem spojrzeć nań muszę z miejsca, w którym pozostawiono mnie samą sobie.
Z miejsca, w którym zamarzałam  i...
Wciąż zamarzam z tęsknoty.

W lodową bryłę powoli się obracam, jak sobie tego życzysz, i tak, jak zapowiedziałam, bo tak właściwie...

To ja Ci coś obiecałam.




Vuohi

2 komentarze:

  1. Jaka piękna proza... szkoda że "kończy się" na smutno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Niestety nic nie poradzę na to, co się dzieje...

      Usuń