Och, jak łapczywie, zawzięcie rzuciłam się w ramiona tej zimy!
Skórę strzaskaną mam koronką mrozu, mgła mleczna źrenice przysłania...
Kłamstwo! Kłamstwo okrutne wbrew sobie poczęłam, znów wmawiając coś sobie, znów łańcuchami myśli obwiązując ciasno, między zapomnienia karty pożółkłe się wpychając...i na cóż to wszystko?
Ja nie potrafię...
Posiniało mi serce ze strachu, skronie rosą lęk zbroczył, a w oczach sól zastygła, jakoby stal nierdzewna, nieporuszona i twarda...i gardzę sobą ponownie, porzucam postanowienie żelazne - zbyt ciężkie, bym nabrać powietrza mogła, zatrzymując jego ciężar na piersi.
Już prawie...
Niemal wyrzekłam się ust swych i dłoni,
rozedrgana porzuciłabym pieśń swą w pogoni...
...za tym, co jedynie przez ślepotę mieniłam złotem,
co tymczasem kleistą było smołą...i błotem.
Umieściłam jego oczy wysoko na niebie,
ramiona nazwałam swoim schronieniem...
Zamkiem z papierowej masy się okazały
obietnice i słowa, niby twarde, jak skały...
Już prawie.
Kłamstwo! Kłamstwo paskudne pod skórę wciskałam, motylami gardło wypychając, za śmiechem ostrza i igły ukrywając, pąki obłudy i obłąkania wyrzucił na powierzchnię ocean mój wzburzony i...na cóż to wszystko?
Ja nie potrafię...
Ja tej zimy nigdy bym nie przetrwała.
Nie minął miesiąc, a mi już we znaki dają się pragnienia schowane, zamknięte w ciszy i niby zamaskowane...nie dam rady wywalczyć spokoju duszy, po latach przegranych w wojnie z samą sobą, gdy czułam, że ubywa mnie...
Ale czy ubywa mnie?
Czy jest mnie coraz mniej...?
Coraz więcej, coraz silniej, coraz bardziej i mocniej...nie mogę!
Wyrywam się sobie, po raz kolejny - jak mogłam tak godność swoją porzucić, och, jaki wstyd, że poddać się chciałam przez uczucie oparte na kłamstwach!
Już prawie...!
Wykończyły mnie niemal mrozy upragnione,
wzywane w dręczącej tęsknocie za Domem,
ale Dom mój nie tam tkwił...nie w jego oczach...
Ich błękit na zawsze już kłamstwem pozostał.
Żałośnie się zarzekając, że już nic w sobie nie pozostawię, co poruszyć by mnie mogło nazbyt mocno...wydawało mi się, że to możliwe...; nie czuć.
Jednak nie jestem z kamienia, nie będę z kamienia...!
Wybiegnę naprzeciw bólom tego wspomnienia,
rozerwę niszczącą mnie szarą pokrywę
i doczekam chwili, aż zapłaczę szczęśliwie
Nad kochaniem swoim, co wiecznie się tli
na dnie mojej studni, gdy opadam z sił...
I wiem, że na nim tylko mogę się oprzeć,
chociażbym cierpieć miała samotnie.
Przywoływałam skomleniem te Śniegi,
co topią się dziś w strumieniach Ulewy;
Ja nie zamarznę - zamarznąć nie potrafię,
Płomienie w mym sercu lśnią znowu jaśniej...
I precz, wynoś się zarazo nienawiści! Och, jak mogłam dać się tak łatwo omamić...w czułych kłamstw sieć schwytana, karmiłam ciernie palące, przeciwko sobie i światu...sądząc, że pokonać zdołam ogromy uczuć, wierząc, że źródło ich jest skażone...
Myliłam się bardzo
uważając, że warto
poświęcić wszystko dla tego,
który za śmieci brał me słowa,
który za nic miał oddanie...
Myliłam się bardzo
i ufałam zbyt łatwo...
Ale więcej to się nie stanie;
oto przesyłam mu pożegnanie...:
Życzę Ci, by nikt przenigdy nie oszukał Cię w taki sposób, który by Twe istnienie zaprowadził na skraj przepaści i zmusił, byś zgasił wszelkie swe nadzieje...
Lecz chyba nie muszę się martwić o Twoje uczucie:
Naczynie w Twej piersi od wieków jest puste.
Vuohi
Powiedz mi... czy jest jakiś sposób abyś siebie samą pokochała? A jeśli nie, to żebyś siebie samą polubiła?
OdpowiedzUsuńZobaczysz, to zmieni wszystko.
...och gdyby wszystko było takie proste m.oomin.
OdpowiedzUsuńŻycie samo pisze nam każdego dnia nowe scenariusze...
Jak to się pięknie mówi? -co nas nie zabije, to nas wzmocni!-
Wszystko inne to nieistnienie, pył i popiół...
♡