Ten wiersz mógłby być kolejnym listem, którego nie wyślę.
Mógłby być liściem, który spadnie i zginie w gnijącym dywanie,
przemilczy go śnieg, rozdmucha wiosna, lato zastąpi go nowym.
Trzymam w dłoni ten fragment życia, mnę go i gniotę,
skóra przyjmuje ostrość zagnieceń, zmiękcza je potem,
i tak wyświechtany traci swój kształt, przestaje prosić o moją uwagę.
Mógłby być liściem, który spadnie i zginie w gnijącym dywanie,
przemilczy go śnieg, rozdmucha wiosna, lato zastąpi go nowym.
Trzymam w dłoni ten fragment życia, mnę go i gniotę,
skóra przyjmuje ostrość zagnieceń, zmiękcza je potem,
i tak wyświechtany traci swój kształt, przestaje prosić o moją uwagę.
Ten wiersz, podobnie jak inne, wypłynął błękitną smugą
z mojego serca, jak błogosławiony promień, woda,
co nie zdążyła przecisnąć się okiem,
łaska bielejąca na tle atramentowej przeszłości
i nie mnie oceniać, czy dosięgnie i Ciebie,
czy błyśnie w zmatowionej źrenicy.
Ten wiersz mógłby też być sztyletem, albo szpilką wbitą w krtań,
gdybym znała ścieżki, którymi się przechadza każda Twoja myśl,
ale nigdy się nie dowiem, co odczytasz z tych papierowych figur,
słownych konstrukcji, pieczołowicie tłoczonych metafor,
nigdy mi nie powiesz, które z nich zdołało Cię utulić, a które drasnąć...
Rok w rok płatki śniegu i róży, kryształki lodu wirują,
wpadają do głowy przez nozdrza i usta, sieją zamęt.
Rok w rok odciśnięty na mej skórze dotyk, pocałunek
niegdyś lśniący - gaśnie, ustępuje miejsca nowemu,
już nie piecze, łez nie budzi - pozwala głowie wreszcie zasnąć...
Vuohi, styczeń 2021
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz