piątek, 9 maja 2014

Nieznajomi

Siódmy października był dniem, w którym letnie jeszcze promienie słońca ostatecznie opuściły szare miasto, pozostawiając je znacznie bardziej zamkniętym w sobie niż dotychczas. Deszcz lunął z nieba zmywając kurz z pociemniałych okiennic w przedwojennych kamienicach. Zbliżał się wieczór, a dokładnie minęła siedemnasta, kiedy wysoki mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy wyszedł z małej budki, stojącej przy kamienicy w centrum miasta, i zasunął kraty na jej okna, a drzwi zamknął z hukiem na kłódkę. Sklep ze starociami i pamiątkami, w którym pracował od trzech lat, dawno stracił swój urok; jeszcze przed odejściem poprzedniego właściciela.
Spojrzał na zegarek, który w mgnieniu oka pokryła woda, i zaklął cicho pod nosem po czym przyspieszył kroku.
Dotarł na przystanek, gdzie ludzie tłoczyli się pod małym daszkiem, chowając się przed deszczem. Zauważając, że nie ma tam dla niego miejsca, skulił się lekko i pozwolił ulewie zmoczyć doszczętnie jego potargane, ciemne włosy. Wbił wzrok w czarne, sportowe buty na swoich nogach i usłyszał nadjeżdżający tramwaj. Jak za każdym razem od kilku lat, wszedł po schodkach do drugiego wagonu i stanął na swoim miejscu; oparty bokiem o okno za rzędem siedzeń.
Ona już tam była.
Ta sama kobieta, którą widywał od września, jeżdżąc tym samym tramwajem rano i wieczorem. Ona również zawsze zajmowała to samo miejsce za każdym razem. Siedziała po drugiej stronie, z rękami złożonymi na kolanach i ze wzrokiem utkwionym w ozdobnej bransoletce zawieszonej na jej chudym nadgarstku. Ubrana była w beżowy płaszcz, ale wiedział, że ma pod nim na sobie kolorową sukienkę, jak to w jej zwyczaju; jeszcze nigdy nie widział jej w spodniach, ani w ciemnych kolorach.
Rankiem czytała książkę położoną na kolanach, a w lewej ręce trzymała styropianowy kubek z kawą kupioną w automacie na przystanku, na którym wsiadała. Wracając skądś każdego dnia prócz weekendu, jedynym jej zajęciem było obserwowanie otoczenia lub siebie samej.
Nie lubił kobiet.
Miał serdecznie dość próżności, jaką zdawały się być przesiąknięte. Stracił wszelkie zaufanie do nich, kiedy spostrzegł, że wszystko robią tylko dla własnej korzyści.
Była to czysta ciekawość; dokąd i po co ta osoba jeździła każdego dnia, zawsze o tej samej porze, o której on. Prawdopodobnie do pracy, ale gdzie dokładniej…?
Sądząc po kolorowych sukienkach, mogłaby pracować w sklepie z kosmetykami lub odzieżą, być miłą sekretarką, zapatrzoną w siebie recepcjonistką, albo cierpliwą nauczycielką. Wyglądała dość młodo, choć nie był w stanie określić dokładnie jej wieku. Na jej twarzy rysowało się zaledwie parę zmarszczek; w kącikach oczu i ust, które starannie ukrywała każdego dnia pod warstwą kremu rozjaśniającego.
Niespodziewanie spojrzała w górę, napotykając jego spojrzenie, po czym natychmiast odwróciła głowę i wyprostowała się, nie dając mu nawet czasu na zaskoczenie. Przyzwyczaił się do reakcji ludzi na jego świdrujące spojrzenie szarozielonych oczu.
Potarł kciukiem brodę i odwrócił twarz w stronę widoku za oknem. Strugi deszczu spływały po szybie, a chłód ciągnął od starych i nieszczelnych ram. Westchnął i zamknął oczy na chwilę, starając się myśleć o czymkolwiek, byle nie o bólu głowy, narastającym w nim powoli od kilku minut.
            Rozmyślała o związku dwójki bohaterów, w czytanym obecnie romansie, do którego chciała jak najprędzej wrócić, lecz nie opłacało jej się wyciągać książki; za dwa przystanki miała wysiadać. Odkąd spostrzegła jego oczy wbite w swoją twarz, nie mogła pozbyć się wrażenia, że nadal się jej przygląda. Wyrzucała z głowy raz po raz obraz tajemniczych oczu, starając się nie oszaleć, mieszając rzeczywistość z lekturą.
Westchnęła i zerknęła na swoje idealnie pomalowane na niebiesko paznokcie, a potem sięgnęła ku podłodze po leżący nań biały parasol w czarne kropki. Usiłowała nie zwracać głowy w kierunku mężczyzny stojącego nieopodal, do którego widoku wciąż nie mogła się przyzwyczaić odkąd zaczęła jeździć tym tramwajem do pracy.
Wiedziała dokładnie w co jest ubrany, jaką pozę przybiera i jak ułożyły się jego włosy danego dnia, choć nigdy otwarcie mu się nie przyglądała. Pozwalała sobie jedynie na ukradkowe spojrzenia lub obserwowanie go kątem oka, które tłumaczyła tym, że musi kontrolować, czy przypadkiem ktoś się na nią nie gapi.
Bo przecież jest to możliwe i z pewnością niejedna osoba mogłaby podziwiać jej starannie dobrane kreacje każdego dnia.
Założyła za ucho krótszy kosmyk, który nigdy nie dosięgał do reszty włosów spiętych idealnie czarną klamrą w kwiaty, z tyłu jej głowy. Potarła opuszkiem palca usta i spojrzała, czy zabarwił się on od kremowo-różowej szminki. Tramwaj z łoskotem zahamował na kolejnym przystanku, a wówczas zarzuciła brązową torebkę na ramię i wysiadła z wagonu, rozkładając parasol. Pomaszerowała przed siebie, głośno stukając obcasami skórzanych butów i starając się za wszelką cenę nie spojrzeć za siebie. Pojazd odjechał i odetchnęła głęboko, zginając jedną nogę w kolanie.

            O siódmej dwadzieścia rano było jeszcze dosyć ciemno, kiedy marznąc pośród śniegu czekał na pętli tramwajowej, aż motorniczy łaskawie otworzy drzwi. Śnieg spadł tego roku już w pierwszym tygodniu grudnia, zaskakując całe miasto niską temperaturą.
Mężczyzna trzymał w ręku gazetę codzienną, rozdawaną każdego dnia na osiedlu, a jego palce zaciśnięte na papierze były wręcz sine z zimna. Pociągnął nosem i odczytał nagłówek na pierwszej stronie. Tramwaj zadzwonił i drzwi z trzaskiem rozsunęły się na boki, zapraszając do środka, z którego na zewnątrz wypłynęła fala ciepła, tworzona przez małe, metalowe grzejniki pod oknem. Wszedł na górę po schodkach i stanął przy poręczy rozcierając ręce.
Rękawiczki, które dwa lata temu kupiła mu jego żona, jeszcze przed rozwodem, zostawił w domu na kaloryferze. Była to jego jedyna para i chcąc nie chcąc, powinien był pamiętać o ich zabraniu, mimo że źle mu się kojarzyły.
Tramwaj ruszył ociężale i ze zgrzytem objechał całą pętlę. Różowy świt zawidniał za blokami w oddali, dając nadzieję na słoneczny, choć mroźny dzień. Mężczyzna był sam w jednym wagonie, a dopiero na drugim przystanku wsiadła doń grupka ludzi, zajmując miejsca. Pomieszczenie wypełniło naraz kilkanaście różnych zapachów; kawy, perfum, pasty do butów i miętowej gumy do żucia. Czując, jak wraca mu czucie w przemarzniętych palcach, przerzucił kilka stron gazety do przodu, zaginając róg na piątej stronie, gdzie była wzmianka o odnowie kamienic, planowanej na najbliższą wiosnę.
Trzeci przystanek.
Wśród tłumu przecisnęła się do środka drobna postać, w czarnych kozakach na obcasie i szarej, puchowej kurtce, sięgającej połowy ud. Kaptur przyozdobiony był futerkiem, a w pasie kobieta miała zapięty pas ze srebrną klamerką. W lewej ręce trzymała jednorazowy kubek z kawą z automatu, a na drugiej miała zarzuconą torbę i grubą książkę, wciśniętą pod pachę. Rozejrzała się po wagonie, starannie omijając wzrokiem mężczyznę, po czym zajęła wolne jeszcze miejsce siedzące i potarła zaczerwieniony z zimna nos.
Otworzyła książkę w połowie, zasłaniając okładkę, pociągnęła łyk kawy i rozpoczęła lekturę. Widział jednak, że jej oczy po chwili przestały śledzić kolejne linijki. Siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w kartkę i…czekała.
Czekała, aż będzie znów ją obserwował, a wówczas – ku swojej satysfakcji – przyłapie go znowu na gorącym uczynku. Jednak to się nie stało przez najbliższe piętnaście minut, ani nawet później, gdy wychodząc z tramwaju minął ją obojętnie, mnąc w ręce gazetę. Nie obchodziło go, czy zawiódł ją jakoś w ten sposób, ani czy nie dostarczył jej dosyć romantycznych przeżyć, związanych z ich relacją pełną dystansu, jak w tych czytanych codziennie przez nią książkach.
Zaczynała go irytować jej obecność i te oczy, wyczekujące spotkania z jego własnymi na każdym kroku…oraz ta jej dokładność, dbałość o szczegóły w każdym detalu. Zdawała się być taka przewidywalna…Nie mając pojęcia o żadnych konkretach związanych z jej życiem, byłby w stanie opisać jej reakcję na każdy jego ruch.
Ale było też w tym coś interesującego; jakaś jego część pragnęła w życiu spokoju i ładu, jaki ona sobą reprezentowała. Czyż nie byłoby to piękne, nareszcie mieć wszystko ułożone…?

            Święta spędziła u rodziny, gdzie wszyscy wypytywali ją o pracę, starannie unikając tematu jej życia prywatnego. Tydzień mijał powoli i spokojnie; całymi dniami gawędziła z rodzicami pijąc herbatę lub bawiąc się z dziećmi swoich kuzynek.
Dziećmi, których z jej strony nigdy nie doczeka się rodzina.
Bliscy zauważyli jej problem już kilka lat temu, gdy żaden związek nie kończył się ślubem, ani potomstwem. Gdy pochłonęła ją praca w przedszkolu i wciąż się zapierała, że wystarczy jej opieka nad tymi dziećmi, i że kocha je, jak własne. Od tamtej pory nikt więcej nie poruszał tego tematu, a każda opowieść bliskich o ich cudownym życiu rodzinnym, była wynagradzana dodatkowym kawałkiem ciasta, włączeniem ulubionego filmu w wigilijny wieczór, dostaniem najlepszego prezentu i tak dalej.
Przywykła do rutyny swojego istnienia.
Sylwestra urządzały jej przyjaciółki, w domu jednej z nich, gdzie obiecały sobie wybrać się na zabawę w centrum miasta podczas karnawału, w zamian za spędzenie ostatniego dnia grudnia z dala od reszty ludzi. Kobiety były przeświadczone o tym, że wyjdzie jej to na dobre, gdy kogoś wreszcie pozna, bo przecież w jej życiu nie ma żadnej rozrywki. W kółko tylko czyta te romanse, a jedynym mężczyzną, o którym mogłaby im wspomnieć, jest nieznajomy z tramwaju, którego nic z nią nie łączy, oprócz jej chorych domysłów na temat tego, co może o niej sądzić. Tymczasem najlepszym wyjściem dla niej, było nie wkraczanie w czyjekolwiek życie i nie przeżywanie tego samego zawodu po raz kolejny. Jej problemy mogłyby przerosnąć każdego, gdyby się z nimi zetknął, choć z boku wyglądały one na błahostki.
Czuła się zagubiona, będąc nawet w towarzystwie najbliższych. Wiedziała też, że żadna z jej drogich koleżanek nie zaprosiła swojego męża, ani partnera, by nie czynić jej przykrości. Była niczym ich mała, niedorozwinięta siostrzyczka, gąsienica wśród motyli, którą należy się troszczyć z przesadną delikatnością.
Może to właśnie takie traktowanie ubrało ją w kolorowe sukienki, nałożyło delikatne cienie na pogodną twarz i sprawiło, że odechciało jej się cokolwiek w swym życiu zmieniać…

            Odchylił się do tyłu na kuchennym krześle, wciągając zapach mocnej, porannej kawy. Mieszkał w tym miejscu od dwóch lat, kiedy został zmuszony opuścić wspólny dom jego i byłej żony. Kawalerka w cuchnącej kamienicy dostarczała mu tego, co potrzebne do przeżycia; miał dach nad głową i minimalny dochód ze sklepiku w centrum miasta. Mijał właśnie ciężki dla niego okres, kiedy turystów nie ma prawie w ogóle, a staroci szuka u niego jedynie kilku stałych klientów. Dodatkowo wysoko opłacane miejsce w starej dzielnicy…
Westchnął.
Gdyby miał z tego życia choć odrobinę szczęścia, jakąś odskocznię od codzienności… Tymczasem żona nie pozostawiła mu nawet dzieci. Taką samolubność i przebiegłość kojarzył z kobietami…Nie miał siły próbować nigdy więcej; starać się od nowa osiągnąć coś, co prowadzi w końcu do sytuacji bez wyjścia.
A równocześnie nie miałby serca którejkolwiek kobiety wykorzystać.
Mały, wysłużony już telefon komórkowy zabrzęczał na stole. Zerknął zaskoczony na ekran, na którym widniało imię jego starego przyjaciela, którego ostatni raz widział na swoim ślubie. Potarł czoło z roztargnieniem, po czym podniósł do ucha słuchawkę.
- Słucham? – Jego niski, donośny, ale i przyjemny głos, poniósł się po mieszkaniu.
- Witam cię, przyjacielu! – Zabrzmiał pogodnie jego znajomy, po którym słychać było, że denerwuje się tą rozmową i obawia, że spotkają go cierpkie słowa, związane z tym, jak długo się nie odzywał. – Co tam u ciebie słychać? Wiesz, że byłem w Anglii ładnych parę lat…
- Wiem. – Przerwał mu, lecz po chwili złagodniał; - Pamiętam, jak odwoziliśmy cię na lotnisko z… - Urwał na chwilę. Z kimś, kto już dla niego nie istniał.
- A, tak…wiem o…o całej sprawie. – Usłyszał słowa kolegi, oczyma wyobraźni widząc, jak drapie się po głowie, po drugiej stronie słuchawki, a wzrokiem szuka czegoś po pokoju. Znał go bardzo dobrze, jeszcze ze szkolnych czasów. – Tak sobie pomyślałem, że może zechciałbyś się ze mną zobaczyć po tylu latach, co? Wiesz…niedługo będą organizować jakieś zabawy karnawałowe, można iść się rozerwać! – Zarechotał do telefonu głosem przepalonym papierosami i odchrząknął po paru sekundach. – Przepraszam cię, stary, że tak wyszło…ale pogadamy jeszcze o tym, co? Zobaczymy się…
- Czy to wyjście na miasto jest konieczne? – Jak zwykle przeszedł do konkretów, związanych ze spotkaniem. – Wiesz, że nie przepadam za hałasem…
- Och, znam cię jak własną kieszeń! Ale zaufaj mi tym razem i chodźmy gdzieś zaszaleć, póki jeszcze kręgosłup mi nie nawala… - Znów się roześmiał, tym razem wywołując uśmiech także na twarzy swego przyjaciela. – No, dwudziesty luty, zabawa karnawałowa niedaleko rynku, wstęp tylko po założeniu maski. – Odczytał przygotowaną wcześniej ulotkę i zaczekał na odpowiedź mężczyzny. Tamten chrząknął, rozbawiony lekko faktem, że należy zakładać maski, po czym stwierdził, że nie jest to najgorszy pomysł, bo nie będzie zobowiązany do tłumaczenia wyglądu swojej twarzy nikomu.
- Wiesz, maski będą rozdawać prawdopodobnie na miejscu, więc idziemy, co? Za wejście płacimy symboliczną piątkę, a jakieś piwo ja ci postawię, nie?
- Zgoda…W takim razie dwudziesty lutego…Dobrze. – Odparł zerkając na kalendarz. Sobota.
Rozłączył się i uśmiechnął pod nosem. Może nie był to taki zły pomysł?

            Dziewiętnastego wsiadła do tramwaju jak zwykle o siódmej trzydzieści i zajęła swoje miejsce pod oknem. Napiła się kawy ze styropianowego kubka, a odchylając głowę lekko do tyłu, odsłoniła bladą, długą szyję, na którą zapomniała dziś założyć szalika. Włosy spięte czarną klamrą połyskiwały w świetle jarzeniówek w tramwaju, a on przyglądał się jej niemal bez wyrazu twarzy, podczas gdy jego podświadomość szukała odpowiedzi na to, dlaczego dziś nie czyta rozłożonej na kolanach książki.
Założyła niesforny kosmyk włosów za ucho i odchrząknęła subtelnie, a ów odgłos idealnie pasował do całej jej postaci. Był wręcz pewien, że jej delikatny głos brzmi tak, jakby sam był ubrany w kwiecistą sukienkę i buty na obcasie.
Odwróciła się z jego stronę i mimo drżenia powiek, odważyła się spojrzeć prosto w jego oczy, z poważnym wyrazem twarzy. Jej usta pragnęły się wykrzywić w uśmiechu, którym codziennie witała dzieci w przedszkolu, lecz nie pozwoliła im na to. Patrzyła jedynie przez kilka sekund, wbijając w niego spojrzenie swych intensywnie niebieskich oczu, przesiąkniętych jakiegoś rodzaju ciepłem, które nie pozwalało kojarzyć jej z lodem, lecz ze skąpanym w słońcu morzem…
Nie mógłby tego znieść, gdyby w końcu nie odwróciła twarzy w przeciwną stronę. Była zbyt idealna, zbyt wiele wspomnień przywoływała mu na myśl jej osoba. Jej sposób bycia, poruszania się…Tylko te dwa szafiry były zupełnie inne od tych chłodnych, choć czarnych jak węgiel oczu jego żony.
Gdy tramwaj się zatrzymał, wysiadł o jeden przystanek za wcześnie i cisnął gazetę do kosza po drodze. Oglądnęła się za nim, kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem i zmarszczyła brew. Czy powinna była się zastanawiać, dokąd poszedł?

            Po raz pierwszy od kilku lat, ubrała prostą, czerwoną sukienkę, dopasowaną niegdyś do jej ciała, a dziś trochę za dużą w niektórych miejscach. Przyjaciółka klasnęła w dłonie i wstała z miejsca;
- Mówiłam, że będziesz wyglądać przepięknie w odważniejszym kolorze! – Stanęła obok kobiety przed lustrem, zawieszonym na ścianie przy szafie. – Powinnaś też rozpuścić wreszcie te włosy. Chyba od lat nie widziałam cię w innej fryzurze… - I nie zważając na protesty tamtej, pociągnęła za klamrę uwalniając z uścisku długie, pofalowane włosy, sięgające parę centymetrów za odsłonięte łopatki. Jasnobrązowa barwa, bez choćby jednego siwego włosa, opadła na jej ramiona po obu stronach.
Kobieta nawet nie odważyła się pisnąć słowem; stała wpatrzona w swoje odbicie i ledwo oddychała. Nie patrzyła na siebie w rozpuszczonych włosach przez wiele lat, unikała spoglądania w lustro po wyjściu z kąpieli, a na noc zaplatała sobie warkocz. Nie mogła znieść tłoczących się w głowie wspomnień, związanych z tym uczesaniem, kiedy uważała je za jedyne, w którym dobrze wygląda. Uwielbiała swoje życie, uwielbiała gdy mężczyzna wtulał nos w jej gęste włosy, uwielbiała, kiedy szeptał jej do ucha, że jest najpiękniejsza.
Ale nie mogła być piękna, nie mogła być obiektem pragnień dla kogokolwiek, jeżeli nie była w stanie dać temu komuś tego, czego pragnął. To byłoby oszustwo; kusić kogoś po to, by go zawieść. Wiedziała dobrze, jak skończy się jej relacja z każdym mężczyzną w tym wieku.
Stała się niedostępna dla każdego.
- Jesteś piękna, kochanie. – Przyjaciółka musnęła ją palcem po policzku. – Zasługujesz na kogoś, kto to doceni. – Uśmiechnęła się do jej odbicia i sięgnęła w kierunku szafki nocnej, na której postawiła kieliszek taniego wina.
Pół godziny później, gdy wybiła dziewiętnasta, zadzwonił domofon i dwójka pozostałych koleżanek czekała już na dole na przyjaciółki. Wciąż nieprzekonana do swego wyglądu kobieta, włożyła na siebie puchowy, czarny płaszcz i zaciągnęła brązowe kozaki, nie chcąc dłużej tracić czasu na zastanawianie się, czy pasują one do sukienki.
Zamknęła mieszkanie na klucz i zbiegły na dół po schodach, hałasując.

            Wewnątrz lokalu było okropnie duszno, ludzie tłoczyli się w nim już od dwóch godzin, wszyscy ubrani w kolorowe stroje lub garnitury, a na twarzach nosili proste, choć pomalowane na różne barwy, maski.
Przyszedł tu ubrany w zwykłe spodnie, białą koszulkę i marynarkę. Zastanawiał się, kto pierwszy zemdleje przez ten zaduch. Jego przyjaciel właśnie udał się w kierunku baru po alkohol, kiedy właściciele klubu zdecydowali się uruchomić wiatraki zawieszone pod sufitem. Na zewnątrz temperatura wciąż wahała się pomiędzy trzema, a pięcioma stopniami Celsjusza, podczas gdy wewnątrz można było czuć się jak w środku lata.
Wsparł się na jednym z wysokich krzeseł i zaczął wodzić wzrokiem po wielopoziomowym pomieszczeniu. Zlokalizował wyjście na dość spory taras na pięterku, niedaleko tylnego wyjścia.
Przyjaciel podszedł do niego i porozmawiali chwilę o jego pobycie w Anglii, starając się przekrzyczeć głośną muzykę z lat dziewięćdziesiątych. Tłum rozwrzeszczanych ludzi bawił się na środku parkietu pod nimi, choć wszyscy wyglądali na mniej więcej dwadzieścia lub trzydzieści parę lat.  
Kolejna butelka chłodnego piwa sprawiła, że poczuł się nieco bardziej rozluźniony i przestał przejmować się hałasem i natłokiem barw wokół. Maska okalała jego oczy, zasłaniając połowę policzków i brwi.
Około godziny dwudziestej, do lokalu weszła kolejna grupa osób, w której znalazły się cztery przyjaciółki od razu wybuchające śmiechem, na widok napotkanej po drodze pijanej pary, opierającej się o drzwi wejściowe.
Jego wzrok padł na czerwoną sukienkę i sposób poruszania się tej kobiety pośrodku, który wydawał mu się skądś znajomy, choć ani jej ubiór, ani długie, ciemne włosy nie przypominały nikogo, kogo znał. Przyglądał się jej w zamyśleniu jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do rozmowy ze swoim przyjacielem.
Odeszli od balustrady schodów przy wejściu i skierowali się w stronę baru, gdzie było odrobinę ciszej i rozmawiało się lepiej. Byli jednymi z niewielu osób, które przyszły tam porozmawiać. Prawie wszyscy szaleli tego wieczoru, podczas ostatniego tygodnia karnawału.
Barman stojący za ladą również miał założoną maskę, ale o wiele bardziej ozdobną, niż goście. Ze znajdującego się obok pomieszczenia dla palących, wydostawała się ostra woń dymu.
- Nie skreślaj każdej po tym jednym błędzie. – Odezwał się nagle przyjaciel. – Wiem, jak to jest, ale może po prostu nie pasowaliście do siebie. Współczuję ci, ale takie jest życie. – Klepnął go po ramieniu. – Trzeba iść dalej.

            Przyjaciółki wciąż spychały ją w tańcu na bok, w stronę samotnie stojących mężczyzn, co wydało jej się już znaczną przesadą i po paru godzinach miała tego serdecznie dość. Dlaczego nie są w stanie zaakceptować jej wyboru? Wystroiła się i poszła na imprezę, co zupełnie nie było w jej stylu. Wypiła nawet dwa drinki, a konkretnie to zostały one w nią wlane przez koleżankę, by ją nieco ‘rozluźnić’.
Gdy spostrzegła, że są w stanie bawić się bez niej i każda zajęła się czymś innym, przecisnęła się przez tłum skaczących w rytm muzyki ludzi i dotarła do holu, prowadzącego w stronę baru. Gdzieś tam powinna być łazienka.
Ruszyła przed siebie trzymając się za głowę, jakby to miało uśmierzyć pulsujący ból wewnątrz niej. Minęła rząd stojących przy ladzie wysokich krzeseł, a o uszy obił jej się niski, męski głos, który wydawał się być brakującym elementem jakiejś układanki, którą tworzyła od pewnego czasu w myślach.
Skierowała się w stronę napisu ‘toaleta’ po drugiej stronie i coś ścisnęło ją od wewnątrz za gardło, gdy kątem oka dostrzegła znajomy kształt szczęki wysokiego mężczyzny, pochylonego nad szklanką. Potrząsnęła głową, a kosmyk włosów opadł jej na czoło i założyła go za ucho, mijając obu panów.
Nim jeszcze zniknęła za drzwiami łazienki, odwrócił się w jej stronę, przerywając rozmowę i zawiesił na chwilę wzrok na jej postaci. Odchrząknął i upił kolejny łyk napoju, po czym zwrócił się ponownie do przyjaciela, mając wciąż przed oczyma kremową opaskę w czerwony wzorek, będącą niczym rama cudownego obrazu, przedstawiającego głębię niebieskiego oceanu lub…błękit jej oczu.

            Lekko po północy dołączyli do nich znajomi ze szkolnych czasów, ale długo z nimi nie zabawił; raczej nudziło go towarzystwo tych gości, którym wszystko się układało i którzy wymieniali się wciąż żartami, których chyba tylko on nie był w stanie zrozumieć albo może nie miał zrozumieć.
Nie chciał jeszcze wychodzić z klubu, gdy nie zaspokoił swojej ciekawości odnośnie tej znajomej-nieznajomej w czerwonej sukience. Przyjemnym wyjściem nie było także tłumaczenie się przyjacielowi, dlaczego już musi stamtąd iść. Ruszył jedynie w stronę tarasu na piętrze, gdzie minął obściskującą się parę wspartą o murek i po chwili zatrzymał się przy donicy położonej na płytkach przy końcu balkonu.
Oparł się na łokciach o balustradę i spojrzał na ubogi widok z tego miejsca; na przeciwległą kamienicę, której parter zajmował nieczynny o tej porze supermarket i na mrugający, stary neon z reklamą sklepu.
Jego wzrok powędrował wyżej, na ciemne okna budynku, w których jedynym światłem, było to, pochodzące z lokalu, które odbijało się od szyb. Zamyślił się i dopiero po chwili zaczął odczuwać niską temperaturę na zewnątrz. Poprawił marynarkę na ramionach i ponownie spojrzał w okna naprzeciwko, a wówczas dostrzegł coś jeszcze.
W jednym z nich odbijała się plama czerwieni, gdzieś za nim, niepochodząca od świateł czy plakatu. Odwrócił się natychmiast i jego oczom ukazała się postać siedząca na metalowym, tarasowym krzesełku.
Na plecy zarzucony miała czarny płaszcz, głowę odchylała do tyłu, a powieki miała opuszczone. Nogi jak zawsze złożone były pod kątem prostym, kolana się stykały. Blada, delikatna skóra na odsłoniętej szyi, odznaczała się na tle ciemności wokół. Czerwona sukienka marszczyła się na brzuchu z nadmiaru materiału, twarz okryta była kremową maską we wzorek, a długie rzęsy rzucały cień na przypudrowane policzki.
Coś w nim drgnęło, coś zaczęło go w jej kierunku przyciągać, lecz stał dalej jak zamurowany, nie będąc w stanie się poruszyć. Nie znał jej. Na pewno.
Niby skąd mógłby pamiętać tę kobietę? Może minął ją kiedyś przypadkiem…ale na pewno wówczas rzuciłaby mu się w oczy jej uroda i piękne, długie włosy, które opadały jej na ramiona.
Drgnęła, czując że ktoś stoi w pobliżu.
Natychmiast skuliła się w miejscu i zasłoniła przód sukienki płaszczem, a po tym spojrzała w górę, zachłystując się powietrzem. Nie była pewna, czy to dzieje się naprawdę, ale dałaby sobie odciąć rękę, że to ten sam mężczyzna, którego widziała jeszcze tego wieczoru przy barze.
- Przepraszam… - Zaczął, czując się wyjątkowo niezręcznie. Przecież to szaleństwo, żeby z powodu własnych domysłów, zakłócać spokój tej kobiecie.
Jednej z tych kobiet, od których miał się trzymać z daleka, a do których miał słabość.
- Nie, nie, nic się nie stało… - Zadźwięczał cichy głos, którego w ogóle się nie spodziewał. Nie było w nim ani odrobiny tego pretensjonalnego, nazbyt doskonałego tonu.
Wstała z miejsca, a jej obcas zaszurał głośno na płytce.
- Proszę się mną nie przejmować, już sobie idę. – Po raz pierwszy tej nocy poczuł się cudownie ze świadomością, że jego twarz osłania maska.
- Tak naprawdę ja też właśnie miałam zamiar stąd iść… - Nie był w stanie zrozumieć, czy to zaproszenie, stwierdzenie czy kłamstwo. Coś jednak zmusiło go do ruszenia za nią, kiedy udała się w stronę wyjścia z tarasu.

            Czuła spojrzenie na swoim karku, ale nie była w stanie się odwrócić. Nie mogła znów poddać się temu uczuciu, nie mogła się dać zwieść pozorom, jakie sprawiały jego zachowanie i znajomy skądś wygląd. Historie, które czytywała od dłuższego czasu, nigdy nie zdarzały się naprawdę, a już na pewno nie w dwudziestym pierwszym wieku!
Minęła rozbawiony tłum i miała wrażenie, że niebawem łzy napłyną jej do oczu, jak za każdym razem, gdy miała okazję kogoś poznać, a marnowała ją przez swój strach. Pobiegła do szatni i odebrała swoją torebkę, starając się nie martwić jeszcze powrotem do domu, o tak późnej porze. Wiedziała, że przyjaciółki będą się nią przejmować dopiero następnego dnia, gdy wytrzeźwieją. Potarła skroń i nie oglądając się za siebie, opuściła lokal i szybkim krokiem ruszyła przed siebie w ciemną ulicę.
Zacisnęła oczy ze strachu, gdy usłyszała kroki za sobą. Niemal nie zemdlała, gdy przed nią wyrósł jak spod ziemi wysoki mężczyzna w masce. Pisnęła i odskoczyła do tyłu, po czym roześmiała się z nerwów i zakłopotania.
- Zdaje sobie pani sprawę, że pcha się prosto w paszczę lwa, idąc samotnie do domu o tej porze? Zrozumiem, jeśli ktoś tam na panią czeka, ale moja godność nie pozwala mi zostawić pani samej pośrodku ciemności w tej okolicy, gdy wiem, że chce pani bezpiecznie trafić do swego mieszkania…
A więc zaryzykował.
Jego słowa zabrzmiały tak niespotykanie, tak idealnie, jak tego pragnęła, że wydawało jej się to niemożliwe i zaczęła winić swoją słabą głowę i dwa wypite wcześniej drinki. Zaśmiała się ponownie i założyła kosmyk włosów za ucho.
- Przepraszam najmocniej, ale nie mogę od pana wymagać sprawowania nade mną opieki. Z pewnością sobie poradzę… - Zabrzmiała zbyt niewinnie, jak na odważną czerwień na swojej sukience, a mimo to prawie jej uwierzył.
- Jeśli jednak nie ma pani nic przeciwko, byłbym spokojniejszy, mogąc panią odprowadzić choć kawałek drogi. Czy muszę nalegać?
Chłodny wiatr wytrącił z powrotem jej włosy zza ucha, gdy skinęła głową i odparła;
- Dobrze, zgodzę się na ten kawałek drogi, skoro jest pan taki uprzejmy. – Przesunęła końcami palców po swojej twarzy i jej usta znów wykrzywiły się w uśmiechu. – Chyba maski nie będą nam już potrzebne poza tym miejscem…
Przytaknął i zatrzymali się przy ścianie kamienicy rozwiązując wstążki od ozdoby, zakrywającej ich twarze. Sięgnęła do torebki, ukazując brzeg grubej książki, którą ciągle ze sobą nosiła i wsunęła maskę obok niej. Zatrzymał oczy na tej rzeczy i zmarszczył brew.
Skierowała twarz w jego stronę i spojrzała na niego z ukosa.
Fala gorąca zalała ich oboje, gdy rozpoznali swoje twarze i nie mogąc się poruszyć, wpatrywali w siebie nawzajem. Usiłował coś odczytać z jej szafirowych oczu, lśniących w świetle latarni stojącej parę metrów obok, ale jedynym, na czym skupiał się teraz jego umysł, były wirujące w głowie wspomnienia.
Rysy jej twarzy znał dobrze, jej gesty i sposób poruszania także. Nie wiedział, jakie uczucie w nim teraz dominuje i ze wszystkich sił starał się oderwać wzrok od jej oblicza, ale nie był w stanie tego zrobić.
Obserwowała jego szarozielone oczy, prostą krawędź szczęki i policzki pokryte ciemnym zarostem. Uchylone lekko usta, z których na zewnątrz wydostawała się para. Oczyma wyobraźni widziała jego dłonie, wyciągnięte ku swojej twarzy, czuła drapanie jego skóry na policzku, ciepło rozchodzące się po ustach.
Narastająca bliskość, chęć zatrzymania tej chwili na zawsze…
Łzy napłynęły jej do oczu, gdy ostatni raz spojrzała na jego twarz. Uniosła dłoń w jego kierunku i już miała przyciągnąć do siebie tę słodycz, już była bliska wsiąknąć w jego ciało, i już dotarła do niej woń jego ostrych perfum, kiedy zerwała się z miejsca i wyminęła go prędko.
Puściła się biegiem przed siebie, potykając co chwila w butach na obcasie. Rzuciła się w kolejną uliczkę i nie zwalniając ani na chwilę, pędziła przed siebie ściskając torebkę w prawej dłoni.
Dlaczego znów to robiła? Dlaczego uciekała przed swoim przeznaczeniem po raz kolejny?
Nie oglądała się za siebie, a głośno bijące serce zagłuszało wszystko wokół. Obraz rozmywał się jej przed oczami, dopadało ją potworne zmęczenie.
Skręciła raz jeszcze, w parkową aleję, gdzie stanęła pod jednym z drzew, z trudem starając się złapać oddech. Ból nóg i głowy chciał doprowadzić ją do szaleństwa, kiedy zrobiła jeszcze parę kroków w stronę pobliskiej ławki. Opadła na nią bez sił, ciężko dysząc.
Skryła twarz w dłoniach, bliska płaczu, gdy usłyszała kroki dobiegające z lewej strony.
- Dlaczego pani przede mną ucieka? – On także głośno oddychał. – Jestem aż tak przerażający, gdy zdejmę maskę…? – Starał się roześmiać, ale chyba oboje byli już zbyt na to zmęczeni.
- Przepraszam…przepraszam za to. – Wydyszała.
Co ona sobie wyobrażała? Musiała wyjść na kompletną wariatkę w jego oczach. Już nigdy nie będzie mogła się mu pokazać, nie zniesie jego spojrzenia…
Ale jeszcze nikt nigdy dotąd za nią nie pobiegł.
Zawsze, kiedy uciekała, zostawała sama ze sobą. Sama, ze swoją decyzją, której nikt nigdy nie był w stanie pojąć, ani zaakceptować.
Spojrzała na pochylającego się nad nią mężczyznę, spomiędzy palców.
Czy ta chwila była jej przeznaczona, podobnie jak każda ucieczka?

            Minęła druga w nocy, gdy nadal siedzieli na lodowatej ławce i rozmawiali o sobie. Oboje nie otworzyli się tak przed nikim od lat. Aleja tonęła w mroku, a ulice ziajały pustką, ale wszystko to zdawało się tej nocy nie istnieć.
Był to przypadek, że znów się spotkali. Był to taki sam przypadek, jak ich codzienne spotkania w tramwaju. Przecież stale się mijali, każde z nich miało swoje własne, odrębne życie…Gdy ta noc się skończy, wrócą do swoich codziennych spraw, zapomną o wszystkim, co się wydarzyło i nie będzie łączyło ich już zupełnie nic, prócz ukradkowych spojrzeń każdego ranka czy wymienionych uśmiechów każdego popołudnia.
Około trzeciej nad ranem, zrobiło się jeszcze chłodniej, a mróz zaczął tworzyć wzroki na pomalowanej warstwą lakieru ławce.
- Wciąż jeszcze pani nie odprowadziłem, a jest już naprawdę późno…
- Pani… - Szepnęła, przypominając sobie, że nawet nie zna jego imienia, a wie niemal wszystko o jego dotychczasowym życiu. Wstała z miejsca i stanęła naprzeciwko niego, kiedy ujął w dłonie jej twarz i przyciągnął ku sobie.
Założyła mu ręce za szyję i wcisnęła swoje usta w jego, z takim utęsknieniem i rozpaczą wręcz, że nie był w stanie jej od siebie odsunąć. Wplótł palce w jej włosy, chłonąc jej słodki zapach, smakując jej delikatność,  upragnioną od tak dawna…
Wspierała się na jego ciele, starając się być najbliżej, jak się da. Czuła, jak się rozpływa, jak powoli przestaje istnieć, wraz z kolejnym poruszeniem się jego ust. Pragnęła ze wszystkich sił, by ją zrozumiał, pragnęła by ją pokochał, pragnęła by przy niej został.
Pragnęła go, jak nikogo nigdy wcześniej.

            Szli równym krokiem przez park, nie odzywając się do siebie. Każde z nich zastanawiało się, jak od tej pory będzie wyglądało ich życie. Jedna chwila zmieni w nim wszystko czy może odejdzie w zapomnienie, jakby to był sen?
Czuła się nadal nieswojo w sukience, którą wybrała jej przyjaciółka, bo zupełnie do niej nie pasowała. Ale rozpuszczone włosy dodały jej swobody i poczuła się wolna jak kiedyś, kiedy strach przed nieznanym nie zakładał więzów na jej dłonie i nie krępował najmniejszego ruchu. Z każdym kolejnym krokiem miała też ochotę ponownie założyć maskę, pozostać nieznajomą i chociaż jemu nie sprawiać bólu, jaki wisiał nad nią i czekał tylko na odpowiednia porę, by zaatakować każdego, który się do niej zbliży.
Wcześniej stykali się dłońmi w marszu, a teraz idąc powoli, byli niczym dwa, zupełnie obce dla siebie światy…
Wtem, coś lodowatego chwyciło ją za szyję i odciągnęło ją do tyłu z taką siłą, że nie zdążyła nawet krzyknąć. Nim się zorientowała, stała przyciśnięta plecami do jakiegoś człowieka, który śmierdział alkoholem i trzymał nóż tuż przy jej krtani.
Ręce odruchowo zacisnęła na ramionach oplatających jej ciało, usiłując je od siebie odciągnąć.
- Chcesz, żeby nic jej się nie stało, to wyskakuj z pieniędzy. – Rzucił szorstko w stronę mężczyzny, stojącego z przerażeniem na twarzy. Przesunął rękoma po kieszeni i nie spuszczając wzroku z ostrza przyłożonego do jej szyi, wyciągnął portfel.
Pijak oddychał tak głośno, że dało się słyszeć charczenie w jego przepalonych płucach, a z jego ust dałoby się wyczuć na kilometr, że pił od kilku dni bez przerwy.
Kobieta zakrztusiła się, czując jak pot zalewa jej czoło ze strachu.
Palce zbielały na kostkach, od zaciskania ich na rękawach kurtki człowieka.
Z trudem łapała powietrze w płuca, w głowie jej się kręciło. Mężczyzna rzucił portfel pod nogi żebraka unosząc ręce w obronnym geście.
- Zostaw ją. – Rzekł stanowczo. – Pieniądze są w środku. Weź je i zostaw nas w spokoju!
- Myślisz, że dam ci zadzwonić na policję? – Zacharczał wprost do jej ucha. Pokusa jednak wydała się mu silniejsza i rozluźnił uścisk, schylając się po własność mężczyzny.
Wykorzystując tę chwilę, wyrwała się natychmiast, głośno nabierając powietrza i odruchowo stanęła za plecami tamtego, spoglądając znad jego ramienia na pijaka.
Ten, czołgał się na kolanach i po chwili dźwignął się na nogi, wymachując w ich stronę scyzorykiem. Wysoki mężczyzna rzucił się w jego stronę, starając się skierować ostrze w stronę napastnika.
- Nie rób tego! – Zawołała w jego stronę. – Musimy uciekać, zostaw go! – Krzyczała, trzęsąc się w miejscu z przerażenia. Jej torebka spadła na ziemię metr dalej, gdy odsunęła się od szarpiącej się dwójki.
Patrzyła, jak żebrak siłuje się z nożem wycelowanym w jego klatkę. Nagle oboje upadli, wytracając narzędzie z rąk, które upadło na bok. Stała jak wryta, nie wiedząc co ma robić, łzy napłynęły jej do oczu.
Pijak był zdecydowanie bliżej noża, w którego kierunku się zatoczył i ledwie drugi mężczyzna zdołał się odsunąć, tamten rzucił się z impetem w jego stronę.
Wrzasnęła, widząc jak jeden z nich kuli się i odsuwa w tył.
Żebrak upadł na ziemię, pchając tamtego w drugą stronę, po czym rozglądnął się z szeroko otwartymi oczami i spostrzegając, co uczynił, sięgnął po portfel i puścił się biegiem w drugą stronę, potykając po drodze.
- Boże, co on ci zrobił?! – Krzyczała pochylając się nad skulonym mężczyzną. Plama krwi brudziła jego koszulkę na brzuchu. Drżącymi rękoma odchyliła go do tyłu by się przyjrzeć. Widząc, jak z trudem może on oddychać lub chociażby się poruszyć, ogarnęła ją fala paniki.
Rzuciła się w stronę torebki, z której wyciągnęła telefon i zadzwoniła na pogotowie.
- Nie odchodź ode mnie, słyszysz? – Uklękła przy nim, kładąc jego głowę na kolanach. Cały się trząsł. – Wyjdziesz z tego, zaraz przyjedzie po ciebie karetka…
- Nie… - Zechciał coś powiedzieć, lecz ta próba wypchnęła tylko stróżki krwi z jego ust. Szkarłat brudził także i jej ubranie, łzy puściły się strumieniem z jej oczu, na ten widok.
Zaczęła kiwać się lekko, z jego ciałem złożonym na swoich nogach.
- Proszę, nie zostawiaj mnie! – Pisnęła i pocałowała jego czoło. Patrzył na nią nieruchomo, jakby chciał coś powiedzieć, lecz krew blokowała mu usta.
Dlaczego każda jej historia zamieniała się w tragedię? Czy była skazana na niesienie innym tylko nieszczęścia?
Och, ile by dała za to, by cofnąć czas, by nigdy nie zamienić z nim słowa, by nie spojrzeć na niego ani raz, by pozostać na zawsze nieznajomą…i ocalić go przed tym!
Płakała na głos, przyciskając do siebie mężczyznę, który dał jej nadzieję na to, że jej wymarzona opowieść o dwojgu ludzi, może być prawdziwa, że może dotyczyć właśnie jej…
Wszystko przepadało wraz z jego ostatnim tchnieniem, którego nie mogła mu przywrócić, wraz z ciepłem, którego nie była w stanie w nim zatrzymać.
Wycie syreny zjawiło się za późno, w chwili gdy zdecydowała się zamknąć mu oczy, ślepe już na każde jej staranie, by ją pokochał. Ślepe na jej doskonałość i na świat wokół.
Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa, nawet gdy zabrali jego ciało, gdy potrząsali nią, usiłując się porozumieć. Pytali, czy ona także jest ranna, szarpali się z nią, kiedy próbowała uciec…
Jednak nie mogła uciec dalej, niż do tego miejsca.
Nic nie mogło już cofnąć czasu, ani zatrzymać go przy życiu. Straciła wszelką nadzieję, jaką dawała jej jego obecność.
- Proszę tu zaczekać, aż zjawi się policja. – Usłyszała polecenie, kiedy ratownicy sadzali ją na ławce pod drzewem i otulali jej ramiona kocem. Czerwień sukienki namokła od znacznie ciemniejszego odcienia, podobnie jak jej nogi, obmyte jego krwią.
Karetka odjechała powoli, bez sygnału, a na jej miejscu pojawił się samochód policyjny. Niebieskie światło padało na jej twarz, na smugę szkarłatu na jej ustach, które musnął palcem, leżąc jeszcze w jej ramionach.
Ją także opuszczało już całe ciepło.
Szafiry w jej oczach gasły powoli, gdy osunęła się do przodu na ziemię, na oczach policjantki, zbliżającej się w jej kierunku.

Cóż mogła jej o nim powiedzieć? Nawet nie znała jego imienia…
Byli sobie przeznaczeni jedynie jako nieznajomi…




Vuohi

1 komentarz:

  1. Wolałbym, żeby myliła się, zamykając mu oczy.
    Wolałbym, żeby karetka odjechała z nim na sygnale.
    Wolałbym, by nie była skazana na swój odwieczny los, na samotność.
    Chciałbym, by znała choć jego imię...

    ... lecz wtedy musiałabyś zmienić tytuł...

    <3 <3

    OdpowiedzUsuń