Wyrywam sobie rzęsy, jedna za drugą, a oczy mi łzawią; palą jakbym przyłożyła do nich dwa, rozżarzone węgielki. Zęby mam zaciśnięte, usta zasznurowane, suche, obumarłe. Pomięłam je wcześniej zbyt gwałtownie wyrzuconymi słowami, niepotrzebnie i tak brutalnie...
Tak brutalnie, jak zdawało się nie być w moim zwyczaju.
Uprzednio pogryzłam też do krwi swoje palce, aż skóra pod paznokciami zrobiła się sina i poczułam nań pulsujący ból. Zaciskam teraz swe dłonie, końce opuszek wciskam w wewnętrzną stronę ręki i rozmasowuję obolałe miejsca, pocierając nimi, lecz to przynosi ze sobą tylko kolejne zgrzyty w moim umyśle, jakby ktoś sunął paznokciem po szkle, bądź widelcem starał się zedrzeć warstwę porcelany.
Zagryzam język i trzęsę się z bólu, kiedy metaliczny smak rozlewa się wewnątrz mych ust. Rodzi się we mnie pragnienie cierpienia, nieodparta potrzeba, która kieruje moimi ruchami, a ja nie jestem w stanie nad sobą zapanować.
Stałam się masywną twierdzą, obrośniętą kolczastymi, wijącymi się wszędzie pnączami. Delikatność, ta cnota wypatrywana przeze mnie samą, której nie było mi dane posiąść nigdy, a zwłaszcza teraz...jest już tylko ogromnym cierniem, zaczepionym o moje niegdyś bijące z impetem serce.
Trzęsą mi się ręce, trzęsą mi się nogi, a kolana uderzają o siebie, tworząc fioletowe sińce. Kwiaty zakwitły dziś w ogrodzie moich zmartwień, czas więc ruszyć w drogę, łamiąc sobie po drodze żebra, kalecząc policzki i wyrywając włosy z głowy.
Nic tu mnie, nie pasuję tu.
Nie pasuję do własnego wyobrażenia piękna, jestem...
Zrywam się, aż kości strzelają głośno jedna po drugiej, budząc pragnienie połamania ich, powykrzywiania, roztrzaskania. Widzę biel przedzierającą się przez cienką, naprężoną skórę, widzę czerwień, malującą ciało wokół, niczym szron rysujący kwiaty na zmrożonej szybie.
Jestem Bestią.
Pędzę do przodu, ile sił w nogach, ile powietrza w płucach. Trucizna pali moje gardło, połykam igły całymi garściami i rozpalam ogień w swojej krtani. Z każdym kolejnym krokiem, gorycz rośnie i wypełnia moje usta po brzegi, ale nie mogę ich otworzyć, nie mogę rozciąć grubych nici, którymi je zaszyłam. Raz po raz połykam grudkowane kule, dławię się własną szpetotą. Nic mnie jednak nie zatrzyma; wytrwale biegnę i biegnę, choć kaleczę stopy do krwi, choć piach na drodze ściera moją skórę, aż do zszarzałych kości pięt.
Uciekam sama przed sobą, przed sowim lustrzanym odbiciem, które jest moim przekleństwem.
Rzucono na mnie klątwę i nie potrafię zmienić już niczego, co dotyczy mego losu.
Chcę krzyczeć, wrzeszczeć najgłośniej, jak tylko się da, lecz głos utknie tylko za blokadą moich ust, za zszytą granicą, a za każdą kolejną próbą, nasila się ból, naciągam swoje szwy, przypominam sobie, kim jestem, i że nie mogę już zawrócić, że nie mogę zawołać o pomoc...bo nie ma nikogo, kto mógłby...kto zechciałby mi pomóc.
Niebo poczerniało, drzewa wokół zgniły, a z ich gałęzi sypie się piach, liście opadają zbrązowiałe...Bestia nadchodzi; kryjcie się, zabijajcie się nawzajem, bo wszystko jest lepsze, każda śmierć jest przyjemniejsza, niż okrutny dotyk jej pomarszczonych dłoni, niż jej gorzki oddech, niż jej wytrzeszczone, gołe oczy!
Nikt nie rozumie, co się ze mną stało, nikt nie pojmuje, jak się stałam tym potworem. Nie można słuchać mego głosu, grzęznącego w moich płucach, który ogłusza i wypruwa trzewia każdemu, kto usiłuje zrozumieć mój język. Ślepnie ten, który odważy się odczytać z mych oczu moją historię, kto zechce odszukać w nich początek mej tragedii.
Delikatność, piękno, wrażliwość...
Te trzy niedostępne dotąd dla mnie boginie, ubrane w doskonałość i takie lśniące...biegnę ku nim, porywam je i nakazuję im milczeć. Nikt nie będzie do nich dążył nigdy więcej, nikogo już nie wyróżnią, nikomu nie podarują swych cudowności, przeklęte wiedźmy, siejące zamęt!
Łzy cisną mi się do oczu, kiedy szarpię Piękno za włosy, kiedy skóra odrywa się od jej głowy, a ona wrzeszczy, błaga mnie i szarpie się, wymachując rękami. Dopiero gdy się wykrwawia, rzucam ją na bok i uderzam Wrażliwość pięścią, chwytam za szyję i zaciskam dłonie, a jej kości trzaskają pod naciskiem moich palców. Miażdżę jej krtań, aż dławi się własnymi ośćmi, aż poddaje się, a jej siostra nie reaguje, tylko patrzy z przerażeniem i czeka na swą kolej...
A ja własnie dla niej, głodziłam się przez tyle lat, to przez nią nie mogłam się powstrzymać, i zagryzałam własne kończyny, by zająć zęby swoją nienawiścią. Z jej winy zszyłam swoje usta, by oszczędzić kły specjalnie na tę nadchodzącą ucztę...
Cała moja siła skupia się na twarzy, kiedy pokonuję ból i moje wargi rozrywa gruba nić. Skóra pęka, a ja uwalniam z niewoli swój wrzask, który ogłusza, który sprawia, że krwawią jej uszy. Upada, wijąc się z bólu, a ja obserwuję ją, oblizując zakrwawione usta, napotykając językiem wielkie, poszarpane wyrwy we własnym ciele. Czuję jej zapach, czuję krew tętniącą w jej żyłach.
Pożeram ją.
Pożeram tę, która uczyniła mnie Bestią, pomijając mnie w dniu moich narodzin, w dniu, kiedy wszystko to się zaczęło. Wbijam kły w jej szyję, szarpię i zaciskam.
Jestem okrutna, podła i bezlitosna, rozrywam jej skórę i nienawidząc ze wszystkich sił, mszcząc się za te lata, kiedy czekałam, aż dostąpię jej łaski, kiedy zastanawiałam się, dlaczego to właśnie mnie pozostawiły samej sobie, aż moje ciało porosła gruba warstwa czerni, aż moje włosy nastroszyły się, a źrenice zwęziły.
Rozpruwam jej brzuch, a krew wychlapuje się na boki, a szkarłat zalewa moją twarz, wytryskując z wnętrzności tej Delikatności, ubranej w biel, biel, której kolor drastycznie zmieniam. I przytrzymuję jej nogi, kiedy usiłuje mnie odepchnąć, i łamię jej ręce, kiedy usiłuje się bronić przed moim mrokiem.
Jestem okrutna, podła i bezlitosna, nie ma we mnie światła, podobnie jak i w niej nie było nigdy skruchy.
Połykam resztki jej kruchości, aż przechodzą mnie dreszcze, aż cała się trzęsę i nie mogę poruszyć.
Moje nogi kamienieją, jestem przytwierdzona do ziemi, ale nie potrafię ich złamać i wyczołgać się stamtąd jak najszybciej, jak najdalej, tylko płonę wewnętrznie, trzęsę się nieustannie i krzyczę, unosząc ręce do nieba.
Czerwień spływa strumieniem po mojej brodzie, ciągnie się po szyi i gromadzi w dołku obok mego obojczyka, który wykopała tam samotność. Nie czuję już swojego ciała, nie czuję już własnego serca, bo skuwa je lodowaty kamień. Miażdży mnie od wewnątrz i od zewnątrz, dociera do rozdartych ust, kaleczy rozwarte szeroko oczy, sięga aż po końce palców, srogo wyciągając się ku niebu, jakby wołając o zadośćuczynienie...A ja pragnę przecież tylko przebaczenia...
Tylko przebaczenia...
Czy przyjmie mnie jeszcze Ten, którego szukałam? Czy usłyszy mnie On teraz, kiedy skamieniałam, choć nie słyszał przez całe moje życie, gdy wołałam Jego imię...?
Odchodzę w milczeniu, wbita w ziemię jako posąg, Bestia pośrodku trzech swoich znienawidzonych pragnień...
Vuohi