niedziela, 29 czerwca 2014

Jaskółka

Jaskółko, która krążysz nad moją głową
Niczym zapowiedź melancholii
Przybrana w ciemne barwy
Zleć na dół, nim burzę sprowadzisz
Zbierz moje łzy, nim spłyną po twarzy

Jaka jesteś, jaka chcesz być
Skoro dla jednych jesteś łez zapowiedzią
Dla drugich, jako wiosna dla zimy zmartwień
Przybywasz, i na twarze cień swój rzucasz
By zmienić każdą na swój sposób

Jaskółko, która dzieci swoje uczysz
Jak pruć chmury i jak wiatr przepędzać
Czemu i nas, tak niskich, nie nauczysz
Sposobu zmieniania każdej pogody
Czynienia przykrości radością

Mało jest w tobie ludzkiej litości
Choć miewasz w sobie więcej ludzkości
Niż niejeden człowiek
Z lodem w oczach niszczący drugiego
Z zatkanymi uszami i zapchanym sercem

Zleć na dół, nim burzę sprowadzisz
Zbierz moje łzy, nim spłyną po twarzy
Dlaczego dla mnie zawsze tak samo się jawisz
Przeciwna jesteś temu, o czym marzę
Ale nie można cię nigdy o to winić

Wiosenny deszczu, radosna nostalgio
Piękne pąki wydaje na świat twoja łaska
Jesteś tu, mimo że domu brakuje ci zawsze
Będę od dziś wierzyć w twój powrót
I że jako tęcza, pojawisz się następnym razem


Vuohi

sobota, 21 czerwca 2014

Bez końca

Wydrapuję sobie oczy każdego dnia
A one ciągle patrzą, patrzą i krwawią
I nic nie poradzę na to, że odradzają się
Tak samo jak myśli, martwe i gnijące
Które wciąż szepczą swoje zaklęcia

Rozgrzebuję swoje rany do dna
Rozpruwam zabliźnioną warstwę skóry
Kruchość zgrzyta pod scyzorykiem
Wbijam w nią igłę i połykam łzy,
A woda zbiera się w moich pustych oczodołach

Dwie studnie, które niegdyś były spojrzeniem
Na niebo, a na nim rozrzucone były gwiazdy
Dziś woda wydrążyła w nich tunele,
A potem wyschła, pozostawiając puste
Nie mają dna, i całe moje wnętrze tonie w mroku

Usiłujesz powiedzieć mi, że nie muszę tego sobie robić,
Że ból nie jest mi do niczego potrzebny,
Ale tak naprawdę bez niego jestem pusta
I ta pustka ciągnie się we mnie bez końca...

A więc to ciche cierpienie będzie również trwało bez końca.

Nie jestem sobie do niczego potrzebna.



Vuohi

czwartek, 19 czerwca 2014

Don't go

Tracę Twoje oczy pośród setek świateł
Powoli przestaję już widzieć Cię w tłumie
Choć stykamy się dłońmi raz po raz,
Wciąż nie możemy siebie naprawdę poczuć
Dziś jesteśmy dla siebie obcy,
Ale nasze ukryte spojrzenia dobrze wiedzą,
Że przeszłość zlepiła nas w jedność

Jesteśmy od siebie tacy różni...
Tak różni, że nie moglibyśmy żyć ze sobą
Dlaczego więc los uparcie plącze nasze drogi,
Dlaczego łączy z powrotem nasze istnienia?

Mimo wszystko nie odchodź!
Nie odchodź, bo gorszym od Twego odejścia teraz,
Nic nie może być dla tej chwili,
Gdy na nowo zauważyłam Twe znaczenie

Wiatr wspomnień zabrał nas w to miejsce,
Wszystko zawirowało na nowo i opadło,
Tworząc zamęt, a ja nie mogę się otrząsnąć
I patrzę, usiłując znaleźć w Twojej twarzy choć rysę tego,
Kim byłeś kiedyś, gdy tak dobrze Cię znałam,
Gdy rozumiałam...

Nic już nie widzę, tracę wzrok od migoczących świateł
Wiem, że nie mogę Cię stracić, ale nieustannie Cię tracę
Jednej chwili widzę Cię takim, o jakim Tobie marzyłam
Takim, jakim byłeś i starałeś się od tego uciec...
A po chwili znów znikasz za maską, którą stworzyłeś niegdyś z mej winy

Ogarnia mnie poczucie winy, panika i strach przed tym co nastąpi
Bo wiem, że będę cierpieć tak samo,
A ta jedna chwila zniknie wraz ze wszystkim, co zrodziła,
Każde z nas pójdzie w swoją stronę i znów będziemy
Pozornie nieznajomi, choć ja będę pewna, że Ty też...
Czasem choć trochę się martwisz....

Nie odchodź więc teraz.
Nie odchodź, tej nocy nie poradzę sobie bez Ciebie
Będą ścigać mnie cienie, próbując odwrócić twarz od Ciebie
Ale wiem, że i tak nie zapomnę,
Nawet gdy zabiorą Cię mi na kolejne lata.

Nie odchodź, mój śnie, jeszcze nie pora;
Stoisz już prawie za rogiem mojego umysłu,
Ale czy nie warto jest czasem zawracać?

Tym razem jednak nie oglądniesz się za siebie
Widzę, że maska przenikła i do Twego wnętrza
Wszystkie moje zmysły krzyczą, że to dla naszego dobra
Na moje szczęście, możesz zniknąć po raz kolejny...
Ale coś jednak szepcze we mnie, coś rozpala płomień nadziei,
Że może mimo wszystko...pamiętasz...i nie zapomnisz...
Tym razem ja, będę stać z ręką wyciągniętą w Twoją stronę.

Póki co, ta chwila jeszcze trwa, jeszcze nie odchodź!
Dopiero jutro, gdy się obudzę, pozwolę Ci zadać mi ból
Teraz tylko daj mi złudzenie, że jednak znam Cię choć trochę!

Powiedz, że mnie kochasz,
Choć wiem, że gdy skosztuję smaku tych słów, to nigdy nie dam sobie rady sama
Powiedz, że mnie potrzebujesz,
Choć wiem, że gdy zrozumiem jak bardzo, to nigdy nie powrócę w pełni do życia

Nie wiem już nic,
Nie wiem czego chcę,
Tracę Cię ponownie wśród tysiąca świateł
Nie czuję Twej dłoni zaczepionej o moją
Nie umiem już znaleźć Twych oczu...!

Czy to jest ten moment, w którym wiem, że nie powinnam się już nigdy więcej obudzić?

Powiedz, że mnie kochasz,
Bo tego potrzebuję!
Powiedz, że pragniesz mnie tak,
Jak ja Cię potrzebuję!
Zostań tak długo, dopóki cienie tej nocy nie opuszczą mego serca!

Inaczej mogę dziś zasnąć na zawsze.
Bo stracona jestem w Twych oczach.
I zgasło już w nich całe światło...


Vuohi

sobota, 7 czerwca 2014

Turning into dust

Patrzysz na mnie kątem lewego oka
A połowa twojej twarzy płonie, czyniąc je czerwonym
Druga tkwi uśpiona w półmroku,
Trzyma swoje zwierciadło zamknięte
I nie prosi, nie żebrze jak tamta, o moją uwagę

Ze spokojem pochłaniam ten obraz
Nie czynię nic, co mogłoby przerwać Twoje milczenie
Nad naszymi głowami unoszą się pyłki białe i ciche,
Skradają się teraz po Twych potarganych włosach
Stąpają delikatnie po Twym spoconym czole

Szepczą mi do ucha, że znają smak Twoich ust
Tych zimnych i twardych ostrzy,
Którymi kroisz nieraz mój policzek
Kuszą mnie, ciągle mnie kuszą, bym znów
Rzuciła się w Twoją stronę, nabijając się na nie

Bym ugasiła ten płomień, po Twej lewej stronie
Bym uczyniła Cię mniej rozbitym,
Poprzez wpojenie w Ciebie odtrutki z mojej krwi
Świat wiruje wokół nas, jakbym mogła zatrzymać wzrok
Tylko i wyłącznie na Twym utkwionym we mnie spojrzeniu

Pyłki spadają z naszych ramion i głów, zamieniając się w popiół
Zapaliłeś swym istnieniem cały mój wewnętrzny świat
A teraz opada on powoli, ociężale, i zaczepia się na mych rzęsach
Lecz nie mrugam by go zrzucić, ale patrzę wytrwale
Mimo, że oczy moje już zmęczył ten znajomy widok

Niszczysz mnie.
Rozbierasz na drobne kawałki i mieszasz, bym sama nie mogła się poukładać
A ja Ci na to wszystko pozwalam, bo...Cię kocham
I zamieniam się w popiół dla Ciebie, zamieniam się w proch
Będę czekać, aż znów mnie posklejasz
A potem sprawisz, że wszystko...spłonie doszczętnie...


Vuohi

piątek, 6 czerwca 2014

Bestia

Wyrywam sobie rzęsy, jedna za drugą, a oczy mi łzawią; palą jakbym przyłożyła do nich dwa, rozżarzone węgielki. Zęby mam zaciśnięte, usta zasznurowane, suche, obumarłe. Pomięłam je wcześniej zbyt gwałtownie wyrzuconymi słowami, niepotrzebnie i tak brutalnie...
Tak brutalnie, jak zdawało się nie być w moim zwyczaju.
Uprzednio pogryzłam też do krwi swoje palce, aż skóra pod paznokciami zrobiła się sina i poczułam nań pulsujący ból. Zaciskam teraz swe dłonie, końce opuszek wciskam w wewnętrzną stronę ręki i rozmasowuję obolałe miejsca, pocierając nimi, lecz to przynosi ze sobą tylko kolejne zgrzyty w moim umyśle, jakby ktoś sunął paznokciem po szkle, bądź widelcem starał się zedrzeć warstwę porcelany.
Zagryzam język i trzęsę się z bólu, kiedy metaliczny smak rozlewa się wewnątrz mych ust. Rodzi się we mnie pragnienie cierpienia, nieodparta potrzeba, która kieruje moimi ruchami, a ja nie jestem w stanie nad sobą zapanować.
Stałam się masywną twierdzą, obrośniętą kolczastymi, wijącymi się wszędzie pnączami. Delikatność, ta cnota wypatrywana przeze mnie samą, której nie było mi dane posiąść nigdy, a zwłaszcza teraz...jest już tylko ogromnym cierniem, zaczepionym o moje niegdyś bijące z impetem serce.
Trzęsą mi się ręce, trzęsą mi się nogi, a kolana uderzają o siebie, tworząc fioletowe sińce. Kwiaty zakwitły dziś w ogrodzie moich zmartwień, czas więc ruszyć w drogę, łamiąc sobie po drodze żebra, kalecząc policzki i wyrywając włosy z głowy.
Nic tu mnie, nie pasuję tu.
Nie pasuję do własnego wyobrażenia piękna, jestem...
Zrywam się, aż kości strzelają głośno jedna po drugiej, budząc pragnienie połamania ich, powykrzywiania, roztrzaskania. Widzę biel przedzierającą się przez cienką, naprężoną skórę, widzę czerwień, malującą ciało wokół, niczym szron rysujący kwiaty na zmrożonej szybie.
Jestem Bestią.
Pędzę do przodu, ile sił w nogach, ile powietrza w płucach. Trucizna pali moje gardło, połykam igły całymi garściami i rozpalam ogień w swojej krtani. Z każdym kolejnym krokiem, gorycz rośnie i wypełnia moje usta po brzegi, ale nie mogę ich otworzyć, nie mogę rozciąć grubych nici, którymi je zaszyłam. Raz po raz połykam grudkowane kule, dławię się własną szpetotą. Nic mnie jednak nie zatrzyma; wytrwale biegnę i biegnę, choć kaleczę stopy do krwi, choć piach na drodze ściera moją skórę, aż do zszarzałych kości pięt.
Uciekam sama przed sobą, przed sowim lustrzanym odbiciem, które jest moim przekleństwem.
Rzucono na mnie klątwę i nie potrafię zmienić już niczego, co dotyczy mego losu.
Chcę krzyczeć, wrzeszczeć najgłośniej, jak tylko się da, lecz głos utknie tylko za blokadą moich ust, za zszytą granicą, a za każdą kolejną próbą, nasila się ból, naciągam swoje szwy, przypominam sobie, kim jestem, i że nie mogę już zawrócić, że nie mogę zawołać o pomoc...bo nie ma nikogo, kto mógłby...kto zechciałby mi pomóc.
Niebo poczerniało, drzewa wokół zgniły, a z ich gałęzi sypie się piach, liście opadają zbrązowiałe...Bestia nadchodzi; kryjcie się, zabijajcie się nawzajem, bo wszystko jest lepsze, każda śmierć jest przyjemniejsza, niż okrutny dotyk jej pomarszczonych dłoni, niż jej gorzki oddech, niż jej wytrzeszczone, gołe oczy!
Nikt nie rozumie, co się ze mną stało, nikt nie pojmuje, jak się stałam tym potworem. Nie można słuchać mego głosu, grzęznącego w moich płucach, który ogłusza i wypruwa trzewia każdemu, kto usiłuje zrozumieć mój język. Ślepnie ten, który odważy się odczytać z mych oczu moją historię, kto zechce odszukać w nich początek mej tragedii.
Delikatność, piękno, wrażliwość...
Te trzy niedostępne dotąd dla mnie boginie, ubrane w doskonałość i takie lśniące...biegnę ku nim, porywam je i nakazuję im milczeć. Nikt nie będzie do nich dążył nigdy więcej, nikogo już nie wyróżnią, nikomu nie podarują swych cudowności, przeklęte wiedźmy, siejące zamęt!
Łzy cisną mi się do oczu, kiedy szarpię Piękno za włosy, kiedy skóra odrywa się od jej głowy, a ona wrzeszczy, błaga mnie i szarpie się, wymachując rękami. Dopiero gdy się wykrwawia, rzucam ją na bok i uderzam Wrażliwość pięścią, chwytam za szyję i zaciskam dłonie, a jej kości trzaskają pod naciskiem moich palców. Miażdżę jej krtań, aż dławi się własnymi ośćmi, aż poddaje się, a jej siostra nie reaguje, tylko patrzy z przerażeniem i czeka na swą kolej...
A ja własnie dla niej, głodziłam się przez tyle lat, to przez nią nie mogłam się powstrzymać, i zagryzałam własne kończyny, by zająć zęby swoją nienawiścią. Z jej winy zszyłam swoje usta, by oszczędzić kły specjalnie na tę nadchodzącą ucztę...
Cała moja siła skupia się na twarzy, kiedy pokonuję ból i moje wargi rozrywa gruba nić. Skóra pęka, a ja uwalniam z niewoli swój wrzask, który ogłusza, który sprawia, że krwawią jej uszy. Upada, wijąc się z bólu, a ja obserwuję ją, oblizując zakrwawione usta, napotykając językiem wielkie, poszarpane wyrwy we własnym ciele. Czuję jej zapach, czuję krew tętniącą w jej żyłach.
Pożeram ją.
Pożeram tę, która uczyniła mnie Bestią, pomijając mnie w dniu moich narodzin, w dniu, kiedy wszystko to się zaczęło. Wbijam kły w jej szyję, szarpię i zaciskam.
Jestem okrutna, podła i bezlitosna, rozrywam jej skórę i nienawidząc ze wszystkich sił, mszcząc się za te lata, kiedy czekałam, aż dostąpię jej łaski, kiedy zastanawiałam się, dlaczego to właśnie mnie pozostawiły samej sobie, aż moje ciało porosła gruba warstwa czerni, aż moje włosy nastroszyły się, a źrenice zwęziły.
Rozpruwam jej brzuch, a krew wychlapuje się na boki, a szkarłat zalewa moją twarz, wytryskując z wnętrzności tej Delikatności, ubranej w biel, biel, której kolor drastycznie zmieniam. I przytrzymuję jej nogi, kiedy usiłuje mnie odepchnąć, i łamię jej ręce, kiedy usiłuje się bronić przed moim mrokiem.
Jestem okrutna, podła i bezlitosna, nie ma we mnie światła, podobnie jak i w niej nie było nigdy skruchy.
Połykam resztki jej kruchości, aż przechodzą mnie dreszcze, aż cała się trzęsę i nie mogę poruszyć.
Moje nogi kamienieją, jestem przytwierdzona do ziemi, ale nie potrafię ich złamać i wyczołgać się stamtąd jak najszybciej, jak najdalej, tylko płonę wewnętrznie, trzęsę się nieustannie i krzyczę, unosząc ręce do nieba.
Czerwień spływa strumieniem po mojej brodzie, ciągnie się po szyi i gromadzi w dołku obok mego obojczyka, który wykopała tam samotność. Nie czuję już swojego ciała, nie czuję już własnego serca, bo skuwa je lodowaty kamień. Miażdży mnie od wewnątrz i od zewnątrz, dociera do rozdartych ust, kaleczy rozwarte szeroko oczy, sięga aż po końce palców, srogo wyciągając się ku niebu, jakby wołając o zadośćuczynienie...A ja pragnę przecież tylko przebaczenia...
Tylko przebaczenia...
Czy przyjmie mnie jeszcze Ten, którego szukałam? Czy usłyszy mnie On teraz, kiedy skamieniałam, choć nie słyszał przez całe moje życie, gdy wołałam Jego imię...?
Odchodzę w milczeniu, wbita w ziemię jako posąg, Bestia pośrodku trzech swoich znienawidzonych pragnień...


Vuohi