środa, 30 grudnia 2015

Zanikanie

Boleśnie powoli tracę kształt, tak wiernie podtrzymywany przez ostatnie lata, tak długo formowany i doskonalony; na początku zdawało mi się, iż tracę rozum, ale teraz widzę, że to on jedynie przy mnie pozostaje - suchy, zdystansowany, choć także zmętniały i zanieczyszczony obrazami, które staram się usunąć z pamięci. Mam głowę pełną śmieci wyciągniętych z ukochanych ust...
Natomiast serce...to właśnie mnie opuszcza. Pewnie nawet ono nie mogło dłużej ze mną wytrzymać; wpychałam je wszędzie na siłę, roztapiałam, rozgrzewałam, rozpalałam, chłodziłam, wyciszałam, usiłowałam zamienić je w kamień...za dużo, wszystkiego za dużo.
"Dotyk to nie wszystko...on nie wystarczy." - rzuca mi na pożegnanie i...odchodzi w cień.

Rozpadało się, więc i ja się rozpadłam;
Brak mi ust
Brak mi rzęs
I paznokci

Chwiejąc się z dnia na dzień wciąż czas odliczałam...
Brak mi sił
Brak mi snu
I bliskości

Zawiał wiatr niosąc z sobą zapach wrześniowy
Brak mi łez...
Brak mi trosk...
Brak mej twarzy...!

Z miną obojętną wpadam w stan zimowy...
Brak mi Cię
Brak mi Cię...
Brak mi Ciebie!

I milcząc usilnie, i dusząc w sobie gniew...
Zanikam
Zanikam...
Oddalam się.

[01.12.15]

"Zanikanie", 13.10.2015
Vuohi

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ćma

Około czwartej nad ranem obudził mnie atak suchego kaszlu.
Spocona, uklękłam na łóżku, nadal trzęsąc się i krztusząc; żar wypełniał moje płuca. Sięgnęłam przed siebie po szklankę wody, choć nie widziałam zupełnie nic - po zaciągnięciu żaluzji w mym pokoju jest absolutnie ciemno, jedynie przez oszklone drzwi wpada czasami światło księżyca widocznego przez dachowe okno w przedpokoju. Zawsze stawiam napój na szafce nocnej, na wyciągnięcie ręki, ale tym razem wysuwając dłoń do przodu, nie napotkałam szklanki. Po omacku włączyłam lampkę i jednocześnie opuściłam nogi na podłogę, a wówczas poczułam rozlaną tam wodę. Skręciłam kaloryfer i wstałam, pokasłując jeszcze, po czym wdepnęłam w potłuczone szkło - na szczęście nie zdążyłam stanąć na nim całym ciężarem ciała i pokaleczyć stopy, ale małe, błyszczące drobinki przyczepiły mi się do skóry, niczym biało-złoty brokat. Strzepnęłam je, obróciłam się przodem do łóżka i zamarłam. Pościel, spod której się wyczołgałam, leżała teraz gładko na materacu, którego środek uginał się pod wpływem wielkiego ciężaru:
Ogromne, czarne skrzydła połyskiwały w świetle żółtej żarówki. Zacisnęłam powieki na chwilę, przejęta lodowatym dreszczem, jaki wywołał ów obraz, jednak gdy znów otworzyłam oczy, olbrzymia ćma nadal spoczywała na mym posłaniu. Jej tułów pokrywały krótkie włoski, niby mech. Odnóża trzymała rozłożone, a głowę opierała na poduszce. Długie czułki stykały się ze ścianą, rzucając nań podłużne cienie, a mi coraz głośniej piszczało w uszach i nie byłam w stanie drgnąć. Po chwili zorientowałam się, że wstrzymuję oddech i prędko wypuściłam powietrze.
Powinnam była wybiec z pokoju? Krzyczeć?
Byłabym skłonna uznać to za sen, ale wyraźnie odczuwałam tę rzeczywistość - robiło mi się coraz zimniej, począwszy od lodowatych, mokrych stóp po spocone czoło. Wpatrywałam się w gigantycznych rozmiarów stworzenie zajmujące moje miejsce, nie mogąc oderwać wzroku, gdy wtem - poruszyło się.
Dźwigając się na krótkich, patykowatych kończynach, ćma powoli obracała się w moją stronę. Cofnęłam się o krok i przywarłam tyłem do krawędzi komody, szukając jakiegoś oparcia. Wiedziałam, że za mną wisi lustro, ale miałam wrażenie, że tkwi w jego miejscu otwarte okno, a wpadający przez nie wiatr porusza mi włosami. Dotkliwie odczuwałam pragnienie i suchość w ustach zupełnie, jakby ktoś przesypywał piach przez moje gardło.
Ziejący czernią motyl usadowił się naprzeciwko i wbił we mnie wielkie, wypukłe, mieniące się oczy. Jego twarz odrobinę przypominała ludzką; choć nie widziałam na niej nosa, udało mi się dostrzec kontury wąskich, bladych ust. Patrzyłam, jak powoli wargi rozchylają się, a spomiędzy nich wysuwa się długi, cienki języczek.
Nim się zorientowałam, rozciągnął się do przodu, i stojąc nadal jak sparaliżowana, obserwowałam, jak wpełza mi pod koszulkę, unosząc ją do góry. Materiał podwijał się coraz wyżej, a mnie ogarnęło drżenie. Ćma zatrzymała język na lewej piersi, tuż nad sercem, a wtedy nagle z jego końca wysunął się kolec, który gwałtownie wbiła w moje ciało. Krzyk ugrzęzł mi w zaschniętym gardle i opadłam na kolana.
Wpełzała we mnie coraz głębiej, ryjąc dziurę między żebrami. Przecisnęła się językiem do pompującego krew mięśnia i owijała go coraz ciaśniej; czułam, że niebawem pęknie. Traciłam oddech, a drżenie wzmagało się. Całe ciało zlane miałam lodowatym potem, w uszach piszczało nie do wytrzymania. Uniosłam rękę do piersi dopiero teraz, chcąc wyciągnąć uwierający mnie długi cierń, a wówczas spostrzegłam, że moja skóra staje się czarna.
Dziwne, połyskujące łuski pokryły moje dłonie, obraz rozmywał się przed oczyma. W jednej sekundzie ćma wyrwała język z mego tułowia, pozwalając mi upaść do przodu. Nastała ciemność, bez choćby odrobiny światła, a wokół rozległo się łopotanie skrzydeł. Słyszałam, jak wzbijając się w powietrze, stworzenie strąca ze ścian obrazki, drobinki szkła suną po podłodze, a materac skrzypi powracając do swego kształtu.
Rankiem, ocknęłam się zdrętwiała . Leżąc na podłodze, otworzyłam oczy, a światło dzienne wpadało przez drzwi przede mną. Ściany pokoju wciąż trwały w ciemności. Rzęsy kleiły się, a skóra na policzkach była napięta. W ustach czułam słony smak, a wokół mnie leżały zmięte chusteczki.
Uniosłam się na łokciach i zakręciło mi się w głowie.
Na łóżku leżała zwinięta kołdra i wymięty sweter. Wstałam i podeszłam do szafki nocnej; wypiłam całą wodę ze szklanki i wysunęłam jedną z szuflad. Wyjęłam naraz niemal całą zawartość; kilkanaście kopert i kartek, notatek i ulotek. Rzuciłam je na podłogę i spojrzałam nań z wyrzutem.
Pośliniłam palec i starłam zaschniętą krew ze skóry, po czym z powrotem schowałam wszystko do szuflady.
Podwinęłam żaluzje i uchyliłam okno.
Powietrze na zewnątrz nie było jednak o wiele lepsze, niż wewnątrz - ciężkie i osmolone; zupełnie jakbym wpuściła do środka kawałek zszarzałego nieba i usiłowała odetchnąć jego rozpaczą.
Jego wołaniem o pomoc...





Vuohi

niedziela, 27 grudnia 2015

Serce

Głupi, wytarty kawałek plastiku,
Przekłuty, zawisły i milczący
Zmięta, powykręcana ulotka,
Niby kwiatek, a jednak...

Śmieć.

I te listy i liściki;
Poplątane litery i malutkie ilustracje...
Pocałunek, pierścionek, pożegnanie
Odległość niewymierna i...

Słowa Niewypowiedziane.

Bilet, pieniążek, obrazek i obraz,
Drucik i książka, dwie książki, trzy...
Odcisk na skórze, zapach w pościeli uwięziony i...

Łzy.

I jak tu pożegnać Cię, Serce,
Jeśli wszędzie, wszędzie Ty jesteś?!




Vuohi, 29.11.15

Trucizna

Rozpływasz mi się po kościach...
Odchodzisz, Kształcie Nieznany,
W różnych bladościach odległości,
By powrócić kiedyś i...rozbić coś. Znowu.

Pozostaje niesmak i wstyd,
Żal topnieje i zalewa zgrzytem myśl,
Ale ja pozwalam, wciąż pozwalam
Na burzenie mi zamków z piasku...

Zawsze żyć będzie, niestety,
Dźwięk zrastających się ruin
I choćbym się tchnienia wyparła,
On, echem niesiony, pozostanie.

Rozpływasz mi się po kościach...
Ale uwielbiam ten ból goździkowy,
Co namiętnie pusty zostawia posmak
I brnąć w jego głębię tak kocham...

Wpasuj się we mnie ponownie;
Trucizną rozpalaj łagodnie,
Zabandażuj w czułe ramiona,
Bym znów została, głupia, stęskniona...

Stęskniona...?

Stracona.



Vuohi, 19.11.15

piątek, 25 grudnia 2015

Szklana

porowate naczynka osiadłe wiankiem na czole
w skupieniu trzymają dniami i nocami
więc zastanawiam się mimowolnie
czym w ogóle jestem gdy niczym jestem
dla tego dla którego wszystkim być chciałam
i czy to NIC zupełnie nic nie oznacza

zamglone pocałunki okradzione z przyszłości
w beznadziei trzymają dniami i nocami
więc płaczę nad stogiem słów
w którym igiełki prawdy znaleźć nie umiem
może więc nie ma i nie było NICZEGO nigdy
nawet gdy zapewniał, że to NIC pokochał

zardzewiałe płuca zapadłe do wnętrza trumny
nagiego zziębniętego ciała
w pajęczynę rozpaczy obrosły gęstą
a wrony obsiadły koronę drzewa mych snów
i dziobać zaczęły każde słówko zaplątane
w parafinowe pukle pragnień zbyt kruchych by przetrwać

bez miłości jego szklanej




Vuohi, 19/20.11.15

Sen Nocy Letniej

Ostatnie lato przyniosło mi
Zapach słodki i rześki smak
W lekkości dojrzewało cicho,
By jesienią wybuchnąć na cały głos:

"Chodź...chodź do mnie;
Pocałuję cię pogodnie
Nie bój się i zamknij oczy
Pozwól ciepłu serce roztopić..."

Na usta więc wpuściłam
Strumień babiego lata
Ramiona w pióra mi obrosły,
Gdy bosą myślą dotknęłam rosy

I chociaż jesień kwitła wokół,
Już nie mogłam się zatrzymać
Rozkochała mnie w sobie do szaleństwa
Słodka, letnia piosenka;

"Chodź...chodź do mnie;
Pocałuję cię pogodnie
Nie bój się i zamknij oczy
Pozwól ciepłu serce roztopić..."

Och, nigdy nie czułam się piękniej,
Niż gdy w poranną ubrana sukienkę,
Obudziłam się przy Jego sercu
I uwierzyłam w sen o Szczęściu...

Niestety chłód szorstki, zimowy
Przyszedł tak nagle, gwałtowny,
By boleśnie otworzyć oczy mi
I szepnąć, że...

...mnie nie kochał nikt.


"Chodź...chodź do mnie;
Pocałuję cię pogodnie
Nie bój się i spuść powieki,
I zaśnij na zawsze w sen swój letni..."



Vuohi, 20.12.15

środa, 23 grudnia 2015

Ogień i Lód

Myślałam, że pokonać potrafię
Drżenie rąk i szybki oddech...
Myślałam, że opanuję i zamknę
W sobie każdą jasną barwę

Ale dziś, tkwię pośrodku;
Pomiędzy Ogniem a Lodem
Lawina słów spada na żar uczuć,
A ja myślałam, że pokonać potrafię...

Nie umiem inaczej
Kochać nie potrafię
Rozpadam się całkiem
Ogień i Lód pękają na pół

Czuję, że umrę przed pierwszą zmarszczką
Przed siwym włosem, nim usta zamarzną
Poblednę, zsinieję, zbieleję przedwcześnie,
Jak zerwany kwiat...krwistoczerwony mak

Nie umiem inaczej
Kochać nie potrafię
Rozpadam się całkiem
Ogień i Lód pękają na pół

Nie umiem inaczej kochać...
Nie potrafię!
Rozpadam się całkiem;
Ogień i Lód...pękają na pół.

...

Tracę czucie w palcach
Smak umarł mi na wargach
Oczy zastygają mi
Wołać Cię...już nie mam sił.



Vuohi, 22.12.15