Ach, gdybyś poznał mnie tamtej Jesieni...
Nieudolnie, na siłę wyrywałam się z ramion niekochających, zakłamanych. Szarpiąc się, porozcinałam skórę tu i ówdzie, sądząc, że warto...że nie da się inaczej...że ja nie potrafię...
Co rano na chwilę zasypiałam, wyczerpana, przypominając zmiętą, papierową kulkę - białą, cienką i skuloną, od wyginania się na wszystkie strony...Gdybyś mnie taką zobaczył, prawdopodobnie byś się przestraszył. Nie w sposób, który nakłania kogoś, do wyciągnięcia pomocnej dłoni, ale w ten, który nakazuje się odsunąć najdalej jak się da.
Lecz...gdybym poznała Cię tamtej Jesieni...
Być może już wtedy pojęłabym, jak bezcelowe i pozbawione sensu są moje drgania niespokojne...Po cóż słałam Światła w stronę Jego Ciemności, nigdy niezdolnej mnie wysłuchać, ogarnąć, pojąć...?
Za to Ty starałbyś się do skutku, tak, jak do tej pory. Do starcia ust i powiek, bez końca usiłujesz wszystko zrozumieć...
Między innymi przez to czasami mam wrażenie, że dosłownie...z nieba wyśnionego mi spadłeś.
Bo tamtej Jesieni...
Przybiłam swój cień do Muru, którego zburzyć nie mogły żadne błagania, uderzenia, ani łkania. Uwierzyłam, że obrastające go wonne, wielobarwne kwiaty, otulą mnie swą delikatnością, że za ich zasłoną, kryje się Ogród, gdzie cząstkę siebie odnajdę...
Lecz tkwiła tam zaledwie gnijąca resztka mego ciała; porozrzucane części, których dotknął, wziął sobie na własność...i popsuł.
Otwierałam sobie rany, zamykałam oczy, zawiązywałam usta, zatykałam uszy...na siłę.
Gapiąc się w sufit, widziałam rzeczy niestworzone, wsłuchiwałam się w szepty łóżka pode mną, czując na sobie dłonie Strachu, dłonie Nocy, i depczące mnie Tęsknoty stopy...
Nie znaczyłam nic a nic.
Nie byłam inna. Nie byłam wyjątkowa, szczególna, ważna, istotna, potrzebna.
I chyba nie byłam w c a l e.
A gdybyśmy poznali się tamtej Jesieni...
Uwierzyłabym już wtedy, że Cuda są na Ziemi.
Lecz teraz już nieważne, nieważne kiedy, bo warto było czekać, wyczekiwać nieznanego. Nie porzucać ostatniego strzępka Nadziei, przylepionego do pleców niczym plaster, na ranie po wyrwanym skrzydle...
Bo wyszłam z domu pewnego styczniowego wieczoru i uderzył mnie chłód wprost otrzeźwiający. Powietrze nieustannie trzymało w sobie metaliczny zapach perfum i papierosów, a świat wokół zdawał się zanikać ilekroć spoglądałam w Twoje oczy.
Czasami śnieg wydawał mi się cieplejszy, odbijając ton Twojego głosu.
I wiesz...wówczas i we mnie coś stopniało.
I dobrze, że nie znałeś mnie tamtej Jesieni.
Vuohi, 20.04.16
Nieudolnie, na siłę wyrywałam się z ramion niekochających, zakłamanych. Szarpiąc się, porozcinałam skórę tu i ówdzie, sądząc, że warto...że nie da się inaczej...że ja nie potrafię...
Co rano na chwilę zasypiałam, wyczerpana, przypominając zmiętą, papierową kulkę - białą, cienką i skuloną, od wyginania się na wszystkie strony...Gdybyś mnie taką zobaczył, prawdopodobnie byś się przestraszył. Nie w sposób, który nakłania kogoś, do wyciągnięcia pomocnej dłoni, ale w ten, który nakazuje się odsunąć najdalej jak się da.
Lecz...gdybym poznała Cię tamtej Jesieni...
Być może już wtedy pojęłabym, jak bezcelowe i pozbawione sensu są moje drgania niespokojne...Po cóż słałam Światła w stronę Jego Ciemności, nigdy niezdolnej mnie wysłuchać, ogarnąć, pojąć...?
Za to Ty starałbyś się do skutku, tak, jak do tej pory. Do starcia ust i powiek, bez końca usiłujesz wszystko zrozumieć...
Między innymi przez to czasami mam wrażenie, że dosłownie...z nieba wyśnionego mi spadłeś.
Bo tamtej Jesieni...
Przybiłam swój cień do Muru, którego zburzyć nie mogły żadne błagania, uderzenia, ani łkania. Uwierzyłam, że obrastające go wonne, wielobarwne kwiaty, otulą mnie swą delikatnością, że za ich zasłoną, kryje się Ogród, gdzie cząstkę siebie odnajdę...
Lecz tkwiła tam zaledwie gnijąca resztka mego ciała; porozrzucane części, których dotknął, wziął sobie na własność...i popsuł.
Otwierałam sobie rany, zamykałam oczy, zawiązywałam usta, zatykałam uszy...na siłę.
Gapiąc się w sufit, widziałam rzeczy niestworzone, wsłuchiwałam się w szepty łóżka pode mną, czując na sobie dłonie Strachu, dłonie Nocy, i depczące mnie Tęsknoty stopy...
Nie znaczyłam nic a nic.
Nie byłam inna. Nie byłam wyjątkowa, szczególna, ważna, istotna, potrzebna.
I chyba nie byłam w c a l e.
A gdybyśmy poznali się tamtej Jesieni...
Uwierzyłabym już wtedy, że Cuda są na Ziemi.
Lecz teraz już nieważne, nieważne kiedy, bo warto było czekać, wyczekiwać nieznanego. Nie porzucać ostatniego strzępka Nadziei, przylepionego do pleców niczym plaster, na ranie po wyrwanym skrzydle...
Bo wyszłam z domu pewnego styczniowego wieczoru i uderzył mnie chłód wprost otrzeźwiający. Powietrze nieustannie trzymało w sobie metaliczny zapach perfum i papierosów, a świat wokół zdawał się zanikać ilekroć spoglądałam w Twoje oczy.
Czasami śnieg wydawał mi się cieplejszy, odbijając ton Twojego głosu.
I wiesz...wówczas i we mnie coś stopniało.
I dobrze, że nie znałeś mnie tamtej Jesieni.
Vuohi, 20.04.16
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz