Koty wracają do miasta;
wszystkie bramy stanęły otworem, nie ma Stróża
w białym garniturze, w maleńkiej kapsule.
Ulicami powraca ciemność;
wszystkie bramy stanęły otworem, nie ma Stróża
w białym garniturze, w maleńkiej kapsule.
Ulicami powraca ciemność;
rozlewa się, wnika w szczeliny, przechodzi przez szyby,
smolista i ciężka grzęźnie w gardle.
Jak dziwnie uporczywie i mocno potrafi się pustka rozpychać,
jak bardzo uciskać może ciężar niebytu...!
Na moje życzenie, z tęsknoty za stworzeniem
jeszcze jednego, choćby wijącego się w spazmach, jeszcze jednego
boleśnie osobistego wiersza, tylko o mnie,
o tym, co mi było...
Przybywają dwadzieścia cztery łapy;
chcą zagrabić dla siebie coś jeszcze,
kolejny fragment oderwać pazurami i zagryźć,
ale nie znajdują już wolnego miejsca,
żadnego wspomnienia bez znamion deszczu, sińców burz,
nie mamy niczego więcej, co można byłoby oddać.
Dawno daliśmy odkroić sobie palce, potem dłonie całe,
z ukrycia wyrzucając odłamki istnienia, ochłapy przeszłości,
by wykarmić te koty, przegonić,
z ukrycia wyrzucając odłamki istnienia, ochłapy przeszłości,
by wykarmić te koty, przegonić,
zamknąć białym kluczem wrota naszych miast,
gdzie wszystkie moje ciała trwają w pamiętaniu
każdej z małych-wielkich krzywd, gdzie tysiąc szeptów
składa się na jeden krzyk...
Vuohi, 26.01.21
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz