sobota, 6 lutego 2021

Muszę przestać jeździć tramwajem...

Ulice wyciągają szyje, kamienice łypią z okien,
most potężny stawia krok i wzywa ku sobie
dwa brzegi Wisły, przekłada szyny
przez ramię, brukowa kostka wypada mu z rąk,
a okno schlapane i brudne, oko zachodzi błotem i łzą.

Nie mam na to siły, a jednak znów wpycham w kieszeń
strach, że ludzie, że tłok, że się patrzą i jeszcze
jest szansa że spotkam którąś ze swoich myśli
- wyskoczy mi nagle przed nos, na nogach niby ludzkich...

Tymi chodnikami jak para kotów chodziliśmy,
tworząc zakręty na prostej drodze, a przez tę kładkę
przeskakiwaliśmy jednym susem - to z radości,
uniesienia, więc może jednak jak ptaki - nie koty?

Nie mam na to siły, lecz wyliczam w myślach
spacery upchnięte w dni, w które mieliśmy się nie spotkać,
bo obowiązki, a jednak znajdowaliśmy czas,
pretekst, że zdrowiej i taniej - iść, zamiast jechać tramwajem...

Dłonie nam nigdy nie marzły, dziś więc wolę
otrzeźwiający mróz
między palce wpuszczać, chcąc się ocknąć,
staram się przemierzać te okolice w oderwaniu
od nadanych im znaczeń, lecz za mało i za krótko
gościło na nich szczęście.

Przesadziłam - znów ubrałam się za lekko na tę podróż,
a widok świateł czy słońca obecność nie ogrzeje
martwych tkanek przeszłości...
W tym wagonie robi się duszno, choć dreszcze
szarpią mi mięśnie, życie wydziobują z oczu sroki,
co się zleciały by zebrać łez koraliki, rzęs błyskotki...

Pora wysiadać - zaciskam dłoń na poręczy,
pod stopy podkładają się brzuchy schodków,
skaczę -
po raz piąty z tego samego mostu.

Vuohi, 05.02.21

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz