Znów zrobiło mi się zimno...
Jednak tym razem chłód przeszył mnie dwa razy mocniej, niż zeszłej jesieni; pożegnałam Cię, Skało nie do rozbicia, lodowata, a Ty...śmiesz teraz pękać na moich oczach, łkania swe rzucając w objęcia mych łez i...jeszcze żądasz ich pojednania.
Zgrabiałymi dłońmi ściskam na przemian swe nadgarstki, jakbym chciała sprawdzić, czy istnieją naprawdę, czy czuję dotyk, czy...czuję cokolwiek, teraz...i uderzam o krawędź, z całej siły, raz po raz, a twardość jej wcina się w moją skórę, nie raniąc mnie widocznie, ale...wyraźnie.
Ach, a więc oto modlitwy moje, szepty nocy nieprzespanych, boleści najgłębiej ukrywane...wysłuchane zostały...za późno.
Obiecałam sobie niczego Ci już nie wypominać, po tym, jak odciąłeś mi skrzydła, a rany po nich zabliźniły się na dobre. Uwierzyłam w Twój chłód nie do pokonania, w Twe otępienie i obojętny wyraz twarzy, nie do zdarcia...ale nigdy nie zabiłam w sobie nadziei na to, że może się jednak mylę, osądzając Cię po Twoich czynach...i oto nadzieje moje spełniają się poniekąd.
I chciałabym Ci nawet pomóc, bo wiem, jak żałośnie się czujesz, wiem...
...jak to boli, kiedy pojmujesz, że nieodwracalne zniszczyłeś wszystko, w co mogłeś wierzyć, co mogłeś kochać, i na czym mógłbyś się oprzeć, gdybyś tylko chciał, ale...ach, rzeczy przyziemne zamgliły Ci oczy, ulotności przysłoniły jasność serca, a to, co naprawdę istotne...odeszło bezpowrotnie, na zawsze.
Tak, na zawsze.
Jest mi przykro, że muszę Ci to uświadomić.
I niestety, jest mi o wiele mniej przykro, niż wtedy, gdy pragnęłam Ci udowodnić, że ja na zawsze zostanę, bo wtedy Ty...zgniatałeś, miąłeś, łamałeś we mnie każde takie postanowienie...aż do skutku.
I teraz czuję pewnego rodzaju ulgę, choć trzęsę się znów zanosząc się od płaczu. Jest to ulga wywodząca się ze świadomości spełnionych nadziei, o których wyżej wspomniałam, i...może nie byłoby w niej nawet nic złego...gdyby nie moje, wciąż zbyt miękkie serce, które wszelkie krzywdy i urazy pragnie porzucić w niepamięć, które przeżywa każdą tragedię z każdym, kto ją przede mną odsłoni...i ono czuje się potwornie winne, jak zawsze.
Odcięłam się.
Odcięłam się od stali, od chłodu, od Ciebie. Uciekłam i odnalazłam szczęście...
Och, przeklęte szczęście, odwiecznie ściągające na mnie poczucie winy...!
Więc proszę...nie utrudniaj mi tego...nie pozwól mi znowu się rozpaść, nie pozwól mi już niczego niszczyć...Ja już nie chcę.
Nie dam rady, nie mogę!
I jeśli tym razem, zależy Ci naprawdę, to...
Odejdź.
Wynoś się, nim za bardzo zapragnę Ci pomóc.
Zabij w sobie żal, pozwól nam zamknąć ten rozdział...
Wybaczyłam Ci i...Ty także mi wybacz.
Tamto Lato już nigdy nie wróci, przenigdy...!
...zbyt srogą Zimę za sobą przywiodło, bym mogła go znów zapragnąć...
Vuohi