Otulam się coraz grubszą
warstwą ubrań. Skóra ledwie muśnięta słońcem - lato zdążyło już przeminąć -
pierwszy dzień jesieni jest mokry i szary, aż mnie wzdryga na samą myśl o
wyjściu z domu.
Obraz zeszłorocznej barwnej jesieni jest
zbyt rozmyty w mej pamięci, by mnie teraz pocieszyć i wmówić mi, że będzie
jeszcze pięknie. Jednak dziś musi być pięknie. I to właśnie wbrew tej
pogodzie. Czekałam na ten wieczór całe wakacje.
Ten rok obfituje w
mnóstwo urodzinowych imprez, gdyż prawie wszyscy moi przyjaciele i znajomi,
łącznie ze mną, kończą osiemnaście lat. Cóż za wyjątkowy okres. Większość
koleżanek i kolegów z liceum wyjechała za granicę, podczas gdy ja tego lata
musiałam już iść do pracy, by w ogóle było mnie stać na jakieś w miarę
przyzwoite prezenty dla najbliższych. W gruncie rzeczy nie jest mi żal - miałam
trzy dni wolnego w każdym tygodniu, w ciągu których nie musiałam robić absolutnie
nic - i tyle wakacji mi wystarczy.
Własne urodziny świętowałam w jeden z dni
pracy - także można powiedzieć, że nie było to najhuczniejsze przyjęcie tego
roku. Owszem, rano znalazłam na stole karteczkę z życzeniami od rodziców i
czekoladki, a wieczorem kuzynka i przyjaciółka odwiedziły mnie przynosząc mini
tort pod postacią babeczki, więc dmuchanie świeczek zaliczone - nawet zdążyłam
pomyśleć życzenie.
A propos życzenia...wszystko to, co działo
się w ciągu ostatnich miesięcy było dla mnie nieistotne, drugoplanowe,
rozmazane jak brud na szybie, przez którą staram się dojrzeć coś innego. Już
w czerwcu bowiem zostałam zaproszona przez mojego przyjaciela na
osiemnastkę jego kolegi - miałam pójść z nim, by nie czuł się samotny. Lub może
po to, by się nie nudził, bo z urodzinami to nigdy nie wiadomo.
Dziś od rana miesza się we mnie ekscytacja
ze stresem. Michał nie miał czasu, by przyjechać do mnie w ciągu wakacji, więc
zobaczymy się po raz pierwszy od dnia, w którym mnie zaprosił. Obiecał, że
przyjedzie samochodem o szesnastej, więc mniej więcej od jedenastej siedziałam
gotowa, od czasu do czasu zagryzając kanapkę.
Dzień, który ostatnio
spędziliśmy razem, zdawał się krótki z perspektywy miesięcy - odwiedził mnie po
lekcjach, w swoje urodziny. On również nie obchodził ich w szczególny sposób -
z tej okazji zrobiłam dla niego tort z frytek i naleśniki z bitą śmietaną, a
także podarowałam mu płytę, którą sobie życzył.
Wieczór ciągnął się leniwie, nikogo nie
było w domu prócz nas. Słuchaliśmy muzyki, którą wybrał, gdyż ja zawsze czułam
się przy nim jak laik w tym temacie - choć dla mnie muzyka również była istotną
częścią życia, to nie obnosiłam się z tym tak jak on. Nie potrafiłam na niczym grać
ani śpiewać, nie znałam imion i nazwisk członków ulubionych zespołów, nie
umiałam wymienić kultowych wykonawców dla danej epoki ubiegłego stulecia. A więc
jak zwykle byłam słuchaczem - z pozoru biernym - wewnątrz zaś przeżywałam każdą
nutę, każde drżenie basu, każde pociągnięcie struny. Najcenniejsze dla mnie
były jednak słowa śpiewane przez artystów - lecz te zdawały się nie przemawiać
do Michała. W ten sposób rozumieliśmy się częściowo, każde z nas świadome mniej
więcej połowy tego, co odczuwa drugie.
Sprzeczaliśmy się żartobliwie o głośność,
kiedy z głośników wypłynął utwór Black Sabbath, aż zaczęliśmy się nieudolnie
łaskotać. Nieudolnie, gdyż po paru sekundach dłonie wsunięte pod ręce, by zrobić
na złość, zamieniły się w dłonie, które wtulały nas w siebie nawzajem…
Nigdy nie potrafiłam tego nazwać nawet w
myślach, a tym bardziej nie śmiałam skomentować tego, co się między nami
działo.
Niezależnie od tego, czy
któreś z nas było aktualnie w związku z kimś innym, to zawsze, gdy się
spotykaliśmy, spędzaliśmy godziny wisząc na sobie, jak dwie zlepione z sobą
muszki w pajęczej sieci. Zwykle walczyłam potem z wyrzutami sumienia,
wmawiając sobie, że przecież z przyjaciółmi tak zawsze jest. Jednak to był mój
jedyny taki przyjaciel.
Odkąd się poznaliśmy, już pięć lat
wcześniej naturalne było dla nas trzymanie się za ręce podczas spacerów,
przytulanie się co chwilę, śmianie się z niczego w tym samym czasie - zwykliśmy
nazywać to wszystko zrozumieniem: tak dobrze się znamy, że nie musimy dużo
rozmawiać, wystarczy, że jesteśmy obok siebie…
Z początku bałam się, że to znaczy dla
niego więcej, niż powinno. I chyba nawet raz tak było, bo gdy tylko się z kimś
związałam, Michał odciął się ode mnie na dobrych kilka miesięcy.
Potem jednak wszystko względnie wróciło do
normy, tyle że...odwykłam od jego zwyczajów. Od naszych zwyczajów. I od tamtej
pory nasze spotkania były dużo rzadsze, raczej nigdy w miejscach publicznych,
prawie nigdy nie trzymaliśmy się już za ręce, a przytulaliśmy się tylko gdy znaleźliśmy
ku temu powód.
Tamtego czerwcowego dnia wszystko zdawało
się wrócić do normy. Choć miało być tak, jak było dawniej, a więc dobrze, to
jednak przez chwilę czułam się nieswojo i obco. Jego ramiona zdawały się jednocześnie
idealnie do mnie pasować, jak i dusić.
Ni stąd ni zowąd zaczął też mówić mi miłe
rzeczy - komplementował moje oczy i bardzo dziękował za prezent i jedzenie,
jakie dla niego przygotowałam. Postanowiłam zrzucić z siebie to paskudne,
niemal wrodzone poczucie winy. Przecież możemy tacy być, możemy być sobie po
prostu bliscy.
Wraz z odejściem tego, co negatywne,
pojawiło się jednak coś jeszcze, na co nie byłam gotowa. A mój przyjaciel
pielęgnował to „coś” we mnie przez całe lato, kiedy nie mieliśmy możliwości się
spotkać.
W jednej z rozmów przez telefon wymsknęło
mu się na pożegnanie krótkie "kocham cię", które zawisło w
przestrzeni pomiędzy nami na kilka okrutnie długich, niemal wiecznie trwających
sekund. Od tamtej pory, sama nie wiedząc czemu, pisałam mu te dwa słowa prawie
codziennie.
"Coś" rosło we mnie,
nabrzmiewało i nabierało barw, dźwięków i zapachów, pełnej kolekcji elementów
zebranych z naszych wspólnych chwil, z jego śmiechu, słów i dotyku. Żyłam z tym
czymś niby krótko, a jednak jakby od zawsze. Niby to akceptując, niby nie
potrafiąc przyjąć.
Całe to uniesienie było na tyle mocne, że
nawet nie spostrzegłam, jak długo nieraz nie odpisywał na moje wiadomości. Nie
zauważyłam, że zapomniał o moich urodzinach, ani że nie mówił o tym
co czuje praktycznie nigdy, odkąd zrobił to…raz.
Tak
więc ten pierwszy dzień jesieni wyczekiwany był przeze mnie po stokroć
bardziej, niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać – nadszedł dzień naszej
konfrontacji ze wszystkim, co sobie powiedzieliśmy i co zasialiśmy sobie
nawzajem w głowach.
W
brzuchu czuję jakąś wielką, zimną kulę, która ciąży coraz bardziej, choć
jeszcze nie tak dawno zdawało się, że unoszą mnie motyle.
Godziny
dłużą się niemiłosiernie, a ja przerabiam w głowie tysiące scenariuszy naszych
powitań.
Czy
rzucić się mu na szyję, czy też stanąć nieśmiało w bezpiecznej odległości, czy
śmiać się i skakać z radości, czy może zachować się z dystansem,
dojrzalej...?
W domu jest pusto, rodzice wracają dopiero wieczorem, a moje gardło
ściska się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu nie jestem w stanie nic
przełknąć, mimo uczucia rozpychającej się pustki w żołądku.
Telefon brzęczy - dostaję wiadomość od Michała: "Będę za pół
godziny". Litery rosną w moich oczach, nabierając strzelistości mrocznych gotyckich budowli, i zrywam się w mgnieniu oka, biegnę do
łazienki, by poprawić włosy i przypudrować twarz. Dłonie mam lodowate i
wilgotne.
Cóż mi się dzieje? Po prostu zobaczę swojego przyjaciela po prawie
trzech miesiącach...
Nie, nie po prostu - to pierwszy raz od tamtych słów. Czy to w
ogóle jeszcze mój przyjaciel? Może jest kimś więcej...a może kimś mniej?
Nagle zaczynam siebie postrzegać przez pryzmat jego oczu - biorę
pod uwagę to, jak wyglądam, choć nigdy wcześniej nie czułam takiej potrzeby.
Nie podoba mi się ten stan i postanawiam się uspokoić, nadal wiercąc się przed
lustrem w przedpokoju, gdy nagle rozbrzmiewa dźwięk domofonu. Błyskawicznie
odbieram i wciskam przycisk, wsłuchuję się w kroki na klatce schodowej.
Trzy, dwa, jeden - serce tłucze się tak głośno, że aż dudni mi w
uszach, gdy naciskam klamkę i - zapominam o wszystkim, co sobie zaplanowałam:
Przed otwartymi drzwiami stoi wysoki chłopak o rozczochranych
włosach, a na jego twarzy widnieje szeroki uśmiech. Rozkłada ramiona na mój
widok, a ja wpadam w nie wydychając gwałtownie powietrze, wraz z którym zdaje
się opuszczać mnie całe napięcie tego dnia.
Michał zagarnia mnie do siebie i czuję pod policzkiem jego pierś –
nasłuchuję, licząc na to, że jego serce równie głośno wali.
- Gotowa? - pyta odciągając mnie na odległość ramion. Kiwam głową
i zamykam drzwi, po czym schodzimy na dół. Wsiadamy do samochodu i czuję się
już lepiej, wręcz zupełnie normalnie.
Patrzę na ruchy jego dłoni, gdy wkłada kluczyki do stacyjki, wsuwa
kasetę do radia, wyciąga okulary ze schowka i zakłada je na nos. Gdy ruszamy z
miejsca, muzyka już dudni - pewien stary, hip-hopowy kawałek, o który bym go
nie posądzała, ale siedzę cicho i wsłuchuję się w znany utwór z nowym, innym
nastawieniem.
Dlaczego nie rozmawiamy? Uśmiech nie schodzi mu z twarzy, a humor
wyraźnie dopisuje, gdyż palce wybijają na kierownicy rytm, a usta od czasu do
czasu nucą fragmenty piosenek.
Czy aby na pewno dobrze się ubrałam? Spoglądam na swój sprany
sweterek wsunięty w spódnicę sięgającą połowy uda. Nie mam pojęcia jak
będą wyglądać inni goście, ale to chyba normalna, najzwyklejsza impreza,
prawda?
Nieświadomie opieram rękę na boku siedzenia i nagle odczuwam na
niej ciepło. Patrzę w dół i widzę jego dużą dłoń oplatającą moje palce -
to wystarcza mi na teraz, by czuć się pewnie.
Po jakichś
czterdziestu minutach drogi, podczas której o mało nie wyzionęłam ducha ze
strachu (bo jechaliśmy tak prędko, że miałam wrażenie, iż przelatujemy z
pagórka na pagórek, nie dotykając w ogóle niższych partii drogi),
zaparkowaliśmy przed niepozorną szopą lub stodołą, z zewnątrz otoczoną
nastroszonymi krzakami. Zastanawiam się, czy nie pomyliśmy miejsca, ale po
chwili dostrzegam baloniki zawieszone na jednym z drzew i naklejoną strzałkę,
kierującą nas za budynek. Im bliżej podchodzimy, tym głośniej słychać muzykę i
czuć zapach dymu z ogniska. Dziwaczna szopa okazuje się wewnątrz całkiem
przytulnym miejscem, pełnym ludzi w naszym przedziale wiekowym, których
spora część chyba już od południa nie oszczędza sobie alkoholu.
- Nie wspominałeś, że będzie aż tyle osób… - mówię półgłosem,
ciągnąć Michała ku sobie za łokieć.
- Podejrzewałem, że tak będzie, bo Paweł zapraszał znajomych z
osobami towarzyszącymi, więc…chyba mu na tym zależało. – Wzrusza ramionami i
przekłada podłużną torebkę na prezent z lewej ręki do prawej, którą trzymam.
Zaglądam ukradkiem do środka i dostrzegam litrową wódkę i czekoladę z
orzechami.
Po chwili podchodzi do nas gospodarz i składamy mu życzenia,
przekazując podarunek, a on wręcza nam dwa plastikowe kubki, drżące od coraz
głośniejszej rockowej muzyki. Wyglądają na wypełnione colą, jednak czuć od nich
spirytus.
- Tak właściwie to…jak wracamy? – Pytam od razu.
- Podobno wszyscy tu śpią na jakichś kocach czy sianie, także
raczej jutro przed południem. Trzeba trochę wytrzeźwieć. – Śmieje się, a ja
przełykam nerwowo ślinę przypominając sobie, że ani nie lubię imprez, ani
alkoholu, ani zostawania na noc w obcych miejscach zwłaszcza, gdy nie mam przy
sobie absolutnie nic na przebranie. Przez moment mam Michałowi za złe, że o
niczym mnie nie poinformował i nagle przypominam sobie, że tak właściwie to nie
rozmawialiśmy już od bardzo dawna o niczym.
- No, już nie bądź taka drętwa – znów się śmieje i szczypie mnie w
bok, a potem przyciąga do siebie.
Przez kolejne
godziny poznajemy coraz więcej ludzi, wszyscy się przekrzykują i rozlewają
lepkie napoje. Na ognisku rozłożona jest krata, na której pieką się szaszłyki i
kilka pieczarek, na których zjedzenie bardzo liczę, gdyż dopiero teraz odzywa
się we mnie głód, a otaczające nas zewsząd przekąski przyprawiają mnie już o
mdłości.
Około dwudziestej drugiej wszyscy gromadzimy się wokół Pawła i
jego dziewczyny, która wnosi wielki, ozdobiony tort jaśniejący ogromem
świeczek. Odśpiewujemy sto lat i część chłopaków zaczyna przepychać się z
solenizantem, chcąc prawdopodobnie sprać go pasem, jak nakazuje wspaniała
tradycja, której nigdy nie zrozumiem.
W tym całym zamieszaniu nawet nie zauważam kiedy Michał odciąga
mnie do tyłu i wyprowadza za drewnianą furtkę. Na zewnątrz ciągle mży i jest
nieprzyjemnie, czuję jak wszystkie mięśnie spinają się mi od zimna. Świeże
powietrze dobrze mi robi, bo w zaduchu, jaki panuje po drugiej stronie tej
wielkiej szopy, zaczynało mi się już kręcić w głowie.
- Co tam? – Michał staje naprzeciwko mnie z zadziornym uśmiechem i
głową lekko odchyloną w tył. To pytanie wydaje mi się nagle tak
niedorzeczne, że aż mnie zatyka. Patrzę na niego z osłupieniem, a przez
moją głowę przelatuje naraz cała chmara myśli, jakby ktoś puścił odtwarzanie
filmu wstecz. Wracam do dzisiejszego poranka, do wieczornej kąpieli
poprzedniego dnia, do czwartkowej lekcji matematyki, na której dostałam kolejną
pałę…do tych kilku ostatnich tygodni pracy i do wakacji, w które dopiero co
rozmawialiśmy, a zaraz potem – wcale.
- Nie oddzwoniłeś do mnie. – Wypalam, jakby to było podsumowaniem
wszystkiego, co u mnie.
- Kiedy? – spogląda na mnie z zakłopotaniem.
- W sumie to nie wiem…kilka razy. Jakoś w okolicy moich urodzin. –
Mam wrażenie, że mój głos jest nienaturalnie dziecięcy, słaby i nijaki. Im
więcej wypowiadam słów, tym więcej tracę pewności siebie.
- Jezu, przepraszam, rzeczywiście… - Wygląda na szczerze
zmartwionego. Rozciera palcami twarz, po czym przyciąga mnie do siebie. –
Wszystkiego najlepszego, Ola. Przepraszam, ale byłem zarobiony. – Szepcze mi we
włosy, po czym czuję jak delikatnie składa pocałunek na mojej szyi, prawie na
karku. Zamykam oczy i mam wrażenie, że w miejscu zetknięcia się jego ust z moją
skórą, siada motyl. Jego maleńkie nóżki dają niewiele ciepła, ale przekazują mi
coś w rodzaju energii, jakby cienka, drżąca nić ruszyła z mej szyi wprost za
ucho, wsunęła się we włosy, a zarazem spłynęła w dół, opierając się na
obojczyku. Ciepło rozlewa się po moim ciele, sącząc się z pięciu niewielkich
wgnieceń, jakie tworzą jego palce zaciśnięte na moim ramieniu.
Moje dłonie bezwiednie wędrują przed siebie, napotykając jego
żebra, a potem suną powoli coraz wyżej, aż do jego szyi, na której ledwo da się
czuć chropowate ślady zarostu. Palce nachodzą na linię żuchwy i nagle wszystko
zaczyna przyspieszać. Nie wiedząc, co mną kieruje, przytrzymuję jego twarz i
podnosząc się na palce, wpadam ustami w jego usta.
Całe moje utęsknienie, niepewność i pragnienie przelewają się z
wielką mocą w tych parę sekund z mojego wnętrza w tę dziwną, niezupełnie
materialną, gęstą przestrzeń między nami.
- Spokojnie… - Szepcze, wyrywając mnie z tego stanu. Otwieram oczy
i czuję, jak twarz mi pąsowieje. Dziękuję w duchu, że jest już noc, choć i tak
zalewa mnie fala zażenowania. Usta pulsują mi i wydają się nienaturalnie
miękkie i lepkie, gdy zachłystuję się powietrzem.
To koniec, koniec, koniec. Straciłam w jego oczach, co ja sobie
myślałam?
Jednak on przekłada moje dłonie niżej, na swe ramiona, a jego ręce
przysuwają mnie jeszcze bliżej, aż czuję niemal całe jego ciało swoim ciałem.
Przejmuje kontrolę nad wywołaną przeze mnie sytuacją i czuję się tak, jakby
chciał mnie pouczyć, pokazać, jak to miało wyglądać:
Całuje mnie powoli, nie zachłannie, dozując poruszenia ust i
języka. Rozlewa we mnie coś tak gorącego, że nie potrafię się poruszyć, bojąc
się oparzyć. Przestaję czuć swe kończyny – jedynie jego silne ramiona, które
mnie trzymają.
Gdy tylko udaje mi się znów złapać oddech, nie potrafię dłużej
czekać:
- Kocham cię. – Mówię cicho, choć jakoś rozpaczliwie.
- Ja ciebie też. – Odpowiada z uśmiechem, a jego włosy łaskoczą
mnie w twarz.
Roznosi mnie
energia. Przestaje się dla mnie liczyć, czy czegoś nie lubię – robię to, co
wszyscy. Wypijam kilka drinków, których składu nie znam, wygłupiam się i
pozwalam porwać do tańca. Muzyka zespaja nas i rozdziela, trzymamy się za ręce
i co chwila wpadamy na siebie.
On całuje mnie po twarzy, włosach i szyi, gładzi po policzkach i
wpatruje się w moje oczy.
- Nie mogę przestać na nie patrzeć. Tak pięknie odbijają te
wszystkie światełka. – mówi. Alkohol i emocje uderzają mi do głowy i potrzebuję
odpocząć. Salę, w której tańczą goście, od niby-pokoju, w którym mamy spać,
odgradza drewniana ścianka. Leżą tam śpiwory i koce, poduszki
i prześcieradła. W kącie drzemie jakiś chłopak, ale poza nim i nami
wszyscy inni jeszcze się bawią, nie zamierzając spać.
Opadam na jeden z niewielu leżących w szopie materacy, i w
półmroku odnajduję jakiś koc.
- Poleżę tu sobie przez chwilę, okej? – Informuję Michała, a on
stoi nade mną i ziewa.
- Ja też chętnie odpocznę. – Odpowiada. Wsuwa się w przestrzeń
między mną a ścianą, a ja czuję się bezpiecznie. Mimo huku muzyki i krzyków
znajomych, mam wrażenie, że prędko zaczynam drzemać. W tym stanie półsnu, czuję
roztaczające się ciepło, powraca na moment miękki dotyk ust na szyi i karku.
Zmęczenie czyni mnie bierną, zupełnie jakbym była w stanie już tylko czuć, ale
nie poruszać się.
Odczuwam przez moment chłód, gdy warstwa swetra i bluzki podwijają
się do góry. Czuję zimno pomiędzy udami, lecz nie mogę nic zrobić, by się
bardziej zakryć. Wciskam się w otaczające mnie ramiona i próbuję zasnąć, nie
wiedząc już, co dzieje się naprawdę, a co nie.
Wtem odczuwam nieproszony dotyk, który staje się wręcz lodowaty i
oślizgły, wzbudza we mnie lęk i zażenowanie, ale nie umiem sobie z nim
poradzić, ani nie wiem jak się zachować. Moje nogi i ręce sztywnieją. Coś
przekłada mnie z boku na plecy, ale nie leżę już na materacu, tylko na kimś.
Chłód ogarnia moje piersi i zagarnia je, podobnie jak prawie całe ciało – nie
należę już do siebie, tylko staję się bryłą lodu, w której grzęźnie każdy krzyk
i szept…
Czuję, że tonę w coraz zimniejszej i głębszej wodzie.
Kurczowo trzymam
się fotela, gdy znów gnamy przez kręte i wyboiste ulice wsi poza miastem. Każdy
podskok samochodu roznosi się nieprzyjemną falą po moim ciele. Muzyka cicho
sączy się z radia, a twarz Michała wydaje się szara i obojętna.
Po pokonaniu połowy drogi, moja ręka wyrusza w nieśmiałą podróż w
stronę jego dłoni. Centymetr po centymetrze, opuszki stawiają kolejne kroki.
Gdy w końcu jestem już tuż obok, zahaczam małym palcem o jego palec. Zaciska go
na moment, jakby dając znak.
Jak za pozwoleniem moje oczy wędrują ku górze, by wbić się w jego
twarz, ale spod okularów przeciwsłonecznych (swoją drogą w ogóle tego dnia
niepotrzebnych) nie da się odczytać wyrazu jego spojrzenia. Z powrotem wbijam
się w fotel, a głowa zaczyna mi pękać z bólu.
Wjeżdżamy na moje osiedle, a wycieraczki odgarniają coraz bardziej
obfite smugi deszczu. Jestem zmarznięta i głodna, ledwo otwieram drzwi po
swojej stronie. Silę się jednak na uśmiech:
- To kiedy się zobaczymy? – mój głos miał brzmieć wesoło, ale jak
zwykle brzmi żałośnie.
Michał wzrusza ramionami.
- Jeszcze nie wiem, zobaczę jak z robotą, bo coś ojcu muszę pomóc.
– Ściąga okulary i dopiero wtedy patrzy na mnie. – Wszystko w porządku?
Kiwam głową.
- Kocham cię. – Nie starcza mi głosu, by wypowiedzieć te słowa
wystarczająco głośno, a silnik warczy niecierpliwie. Zamykam za sobą drzwi i
nim dochodzę do klatki, słyszę, jak odjeżdża.
Otulam się coraz
grubszą warstwą ubrań, a na zewnątrz nie przestaje siąpić. Od dwóch tygodni nie
widziałam słońca, a kaloryfery ledwie grzeją. Lekcje w szkole wyglądają
codziennie tak samo – ciężko mi na nich nie zasnąć. Sama nie wiem kiedy
zaczęłam się bać zasypiania w nocy.
Zaczęło się od zapalania lampki nocnej, bez której światła nie
mogłam wytrzymać, a potem miałam kłopot z zapadnięciem w sen. Godziny po
dwudziestej trzeciej ciągnęły się nieprzyjemnie – dom trwał w ciszy i ciemności,
odkąd rodzice kładli się do łóżka. Przez pierwszych kilka dni od tamtych
urodzin nie chodziłam do szkoły sądząc, że się przeziębiłam. Jednak nie
pojawiły się inne objawy, niż dreszcze. Zamiast gorączki rozpalającej ciało,
moja skóra wydawała mi się coraz bardziej lodowata, wiotka i pomarszczona.
Wieczorami traciłam rachubę czasu, siedząc w otępieniu na
podłodze, układając i zapisując dziwne zdania na kartkach. Czytałam książki –
głównie lektury, ale bardzo opornie mi to szło: nie mogłam zrozumieć nieraz
najprostszych słów, czytając je wielokrotnie.
Gdy w ciągu dnia zostawałam w domu sama, godzinami potrafiłam
szarpać struny rozstrojonej gitary (doprowadzając zapewne do szaleństwa
sąsiadów) i nieudolnie śpiewać te dziwne, bezsensowne zdania, które dźwięczały
mi w głowie. Poza tym nic się nie zmieniło.
Nawet polubiłam swój wieczorny rytuał wydzwaniania do mojego
przyjaciela – gdy odbierał, słuchałam jak bardzo nie chcąc ze mną rozmawiać opowiada
o tym, czego się nauczył na zajęciach praktycznych, o tym, z czego składa się
dany instrument muzyczny albo magnetofon, słuchałam jak gra lub nastraja swoją
gitarę. Gdy nie odbierał, pisałam wiadomość „Dobranoc, kocham Cię.”, i z
początku odpisywał „Ja Ciebie też.”, potem „Nawzajem”, a jeszcze później „Wiem.”.
Po kilku dniach czekałam już tylko kilka godzin, a nad ranem otrzymywałam w
odpowiedzi emotikon w kształcie serca.
I tak minęło dwadzieścia dziewięć dni.
Wchodzę do pubu,
gdzie od koleżanki z klasy dowiedziałam się, że często lubi siedzieć Michał.
Udaje mi się zakupić sam sok bananowy bez dolewki wódki i rumu, i walczę
z głupkowatym spojrzeniem nieco starszego faceta obok mnie. Jest
dziewiętnasta i ludzie dopiero zbierają się na wieczorne karaoke i grę w
bilard. Siadam w zacienionym kącie i rozmawiam o niczym z jakimś gościem
po trzydziestce, który wypija piwo za piwem. Wokół robi się coraz głośniej i
bardziej tłoczno. Część osób zaczyna palić i dym zbija się w jedną wielką,
śmierdzącą masę, która wsiąka w moje ubrania i włosy.
Przeciskam się przez tłum, a w oddali miga mi znajomy wyraz
twarzy, słyszę dobrze mi znany, donośny śmiech. Parę kroków dalej, staję jak
wryta naprzeciwko niego. Widzi mnie i wykrzykuje:
- Ola! Przyszłaś… - zdanie urywa się w połowie, samo nie wiedząc,
czy jest stwierdzeniem, czy zapytaniem, ani czy jest radosne, czy też nie.
Właściwie co ja miałam w głowie, że chciałam tu przychodzić?
Uśmiecham się sztucznie, ale mam wrażenie, że już inaczej nie
potrafię, bo zapomniałam jak. Dołączam do niego i jego znajomych, wśród których
jest kilka osób z urodzin Pawła. Nie witają się ze mną jednak normalnie, tylko
patrzą z dziwną konsternacją.
Siedzimy popijając każdy to, co ma w szklance, a w międzyczasie
przesiada się koło mnie jakaś chuda dziewczyna. Wszystko co mówi, wypowiada z
szerokim uśmiechem na twarzy, niezależnie od treści. Jest tak głośno, że ledwie
ją słyszę - pozostali znajomi również
przekrzykują się do siebie.
- Myślałam, że się rozstaliście.
- Kto? – Pytam autentycznie zdziwiona. Chuda blondynka wbija we
mnie wielkie oczy i kieruje je ze mnie na Michała, i z Michała na mnie. O mały
włos nie dławię się sokiem. – My się tylko przyjaźnimy… - tłumaczę, sama nie
czując już sensu tych słów.
- No on coś tam mówił, że ty chyba nie wiesz czego chcesz, to
myślałam, że to znaczy, że no wiesz…skończyliście ze sobą.
Patrzę na nią z tępym uśmiechem, uznając, że właściwie nie robi mi
to już różnicy, co jest prawdą, a co nie, jeśli chodzi o nasze sprawy. W
zasadzie to nawet nie jestem świadoma tego, co się dzieje. Pociągam łyk ze
szklanki i postanawiam się oddalić.
Pochłania mnie tłum ludzi poruszających się w rytm chaotycznej
muzyki. Chcąc nie chcąc podryguję razem z nimi, nie mogąc znaleźć drogi do
wyjścia. Po chwili jednak przebijam się do korytarza wiodącego do wyjścia –
stoją tam ludzie z papierosami, dygocąc w podkoszulkach, bo pewnie nie
chciało im się ubierać kurtek na samo wyjście na fajkę. Przystaję pod ścianą i
staram się odetchnąć nie krztusząc się. Wkładam płaszcz już niemal gotowa
opuścić to miejsce i ruszam, gdy dogania mnie Michał.
- Hej, nawet nic nie opowiedziałaś, co u ciebie, co tu robisz… -
dyszy, a mnie wręcz zatyka na te słowa. Nim udaje mi się sformułować
jakąkolwiek odpowiedź widzę, że podchodzą do nas jego znajomi.
- Też się właśnie zbieramy, Michał ma dziś wolną chatę. – śmieje
się jakiś kolega, poklepując go po ramieniu. – Zabierasz się z nami, nie? –
Patrzy na mnie.
- Pewnie! – Mój przyjaciel odpowiada za mnie, zwalając się mi na
kark swoim ciężkim ramieniem. Przyciąga mnie ku sobie i czochra mi włosy. – Ola
to jest mój taki…głupiutki śmieszek, haha – parska śmiechem. Nie wiedząc znów
co mną kieruję, idę razem z nimi.
Idąc po chodniku suniemy w parach, a ja i Michał lądujemy na końcu
grupy. Czuję się niezręcznie, a jednocześnie jakby jakaś część mnie się
ożywiała i napędzała mnie do działania. Wydaje mi się tak bliski, choć w ogóle
się do mnie nie odzywa. Jednocześnie jest tak odległy, mimo że idziemy ramię w
ramię.
Kiedy zatrzymujemy się na światłach, ta nienazwana część nagle
przejmuje nade mną panowanie – odczuwam nieodpartą chęć przylgnięcia do niego,
choć na chwilę - tak rozpaczliwą chęć, że aż w oczach zbierają mi się łzy, a w
klatce rodzi się bolesny żar.
Przysuwam się, chcąc wpełznąć mu pod ramię, tak jak kiedyś, ale
owo ramię jest jakieś obce, zimne i twarde.
- Co ty robisz? – Pyta oschle znienacka, obruszając się. Zupełnie
zbija mnie to z tropu i nie wiedząc, co właściwie odpowiedzieć, zaczynam się
wygłupiać. Może choć to rozluźni tę atmosferę.
Przechodzimy na drugą stronę, a ja wystawiam język i robię głupie
miny. Równie dobrze mogłabym jednak robić je przed kamiennym posągiem – jego
twarz jest równie nieruchoma.
- Przestaniesz zachowywać się jak dziecko? Czy ty upośledzona
jesteś? – tym razem słowa godzą we mnie mocno. Milknę i podążam ślepo za resztą
śmiejących się znajomych, którzy nie słyszą naszej „rozmowy”.
Po jakichś trzydziestu minutach, docieramy do jego domu – jest to
nieduży budynek wielorodzinny, z ładnie oświetloną kamienną dróżką wiodącą do
drzwi. Wchodzimy do środka i któryś z kolegów Michała postanawia zamówić
pizzę, a ktoś inny wnosi do salonu gry planszowe.
Wieczór mija na
śmianiu się i jedzeniu nad rozsypanymi pionkami i kartami. Jest nas jakoś
ośmioro, ale ja co chwila śledzę wzrokiem tylko jego. Gdy napotyka moje
spojrzenie, przybiera zirytowany wyraz twarzy. Nie wiem o co chodzi, ale staram
się grać w tę grę, byleby móc spędzić z nim choć jeszcze parę godzin, bo kto
wie, kiedy znów będzie nam dane się spotkać.
Gdy siadamy w kole na podłodze, zajmuje miejsce koło mnie i już
zaczynam mieć nadzieję, że poprawi się mu humor, ale znów się mylę – postanawia
ze mnie szydzić. Kiedy tylko coś powiem, zagłusza mnie przesadnym śmiechem i
uderza mocno w moje ramię lub nogę, niby w napadzie wesołości. Innym razem znów
szturcha mnie, co chwila boleśnie wbija palec między żebra, pozorując przymilne
zaczepki. Wszyscy śmieją się radośnie, widząc jak nasza relacja kwitnie,
powraca do świetności i wprost emanuje słodyczą.
W pewnym momencie czuję, że pojemność moich powiek zostaje
wyczerpana i lada chwila z moich oczu puści się wodospad, więc zrywam się
i udaję do toalety. Zamykam za sobą drzwi i z trudem łapię hausty
powietrza. Długo powstrzymywane łzy spływają ciurkiem, aż rozpalają mi
policzki.
Dlaczego za nimi tu przylazłam, jak ja stąd w ogóle wyjdę, jak
wrócę?
Osuwam się na płytki i zanoszę od płaczu, tłumiąc głos i ocierając
twarz papierem toaletowym. Zauważam, że dopiero teraz znów czuję się ciepła,
wręcz aż kipię, podczas gdy ostatnie tygodnie zdawały się po mnie prześlizgiwać
jak po tafli lodu. W tej chwili jednak pulsuję z gorąca, czując jak zalewają
mnie na zmianę fale wściekłości i upokorzenia, żalu i…i miłości.
Z czego najgorsze są chyba te ostatnie, jeszcze bardziej
wpędzające mnie w poczucie wstydu…
Nagle rozlega się pukanie do drzwi – zamieram, bojąc się zdradzić
cokolwiek przez swój głos.
- Ola? Jesteś tam? – to chyba ta dziewczyna, która zagadnęła mnie
w pubie. Nie wiem czemu się tak mnie uczepiła.
- Zaraz wyjdę! – Staram się brzmieć radośnie i niepozornie. Wstaję
i przepłukuję usta zimną wodą, ocieram twarz ręcznikiem. Wchodzę do salonu i
zmierzam do swojego miejsca, lecz po drodze Michał chwyta mnie w pasie i sadza
sobie na kolanach, jak jakąś lalkę. Otacza mój brzuch ramieniem, aż robi mi się
niedobrze, po czym wracamy do grania w planszówkę. Usiłuję się skupić na tym,
co robię, ale nie potrafię oderwać myśli od twardego uda poruszającego mną
lekko z boku na bok. Wsunięte nieznacznie między moje nogi trzyma mnie w
napięciu, jakbym nieustannie była na widelcu.
Około drugiej w nocy część gości wychodzi,
a jedna para zostaje i rozkładają się na kanapie w salonie. Targa mną chęć
ucieczki, a zarazem nie potrafię opuścić tego domu, zresztą nawet nikt nie
zapytał mnie, czy chcę z nimi wracać. Michał wychodzi na górę po czym wraca do
mnie wciskając mi w ręce koszulkę i ręcznik. Machinalnie zmierzam do łazienki i
myję się, tkwiąc głową w jakimś odległym miejscu, ciałem zaś stojąc pod
gorącą wodą.
Gdy wychodzę, światła są zgaszone, jedynie
z góry pada blady blask słabej lampki. Idę w tamtą stronę i skręcam do pokoju.
Na niskim, szerokim łóżku, widzę odsłonięte plecy, poruszające się równomiernie
– uznaję więc, że śpi. Pozwalam sobie wsunąć się na miejsce obok i przylegam do
tego ciała całą sobą.
Wdycham
zapach włosów, przypominający przyprawy korzenne zmieszane z papierosowym
dymem. Jego skóra jest lodowata - staram
się przelać na nią zgromadzone ciepło. Sama nie wiem, dlaczego się nie boję –
wchodząc do pokoju zgasiłam lampkę i otoczyła nas gęsta ciemność. Jedynie ze
szczeliny między zasłonami przebija się srebrno-biały pasek światła,
rozjaśniając bok jego ciała, niczym wystającą ponad czarne wody wyspę.
Wtulam nos w jego szyję, a łzy napływają
mi do oczu.
- Jesteś taki zimny…- szepczę.
Leżąc tak zaczynam odczuwać coraz większą świadomość i
doznaję jej, jakby była ciężarem, choć jeszcze nie potrafię nazwać tego, co
mnie ogarnia. Moje myśli dryfują kolejny raz do naszych poprzednich wspólnych
dni, lecz tym razem oglądam je jakby z boku.
Przypominam
sobie, jak dobrze znany jest mi każdy jego dotyk - słabszy i mocniejszy. Choć
za każdym razem starałam się wypierać fakty, nie zatrzymywać w sobie niczego na
dłużej, to wszystko wciąż działo się naprawdę.
Przychodził
co kilka tygodni, czasem co kilka miesięcy, wnosząc z sobą zapach przypraw
i tęsknoty*. Lubił słuchać skrzypiącej podłogi, samolotów szumiących za
oknem. Śmiał się odgarniając włosy i denerwował mnie, słodząc zieloną herbatę.
Grał na mojej zepsutej gitarze, a wychodząc – zawsze pozostawiał tę samą
pustkę. Niezależnie od okoliczności, tulił mnie mocno, a wówczas ja miałam
poczucie, że się unoszę.
Teraz
mogę stwierdzić, że było to uczucie bycia kochaną - potrafił zapewnić mnie o
tym jedynie dotykiem - inne formy przekazu zdawały się go drażnić, męczyć...ale
przecież musiał to czuć, bo dlaczegóż by mnie tak traktował? Nasza więź zawsze wisiała
w jakiejś innej rzeczywistości, w świecie pomiędzy snem a jawą, nigdy nie
spadając, by się w pełni urealnić, by stać się namacalną…
Świadomość
pogłębia się coraz bardziej i bardziej, a ja dostrzegam jak za mgłą rzeczy,
których mam wrażenie, że nie doświadczyłam nigdy, a jednak przecież miały
miejsce, nie są wytworami mojej wyobraźni.
Odtwarzam
w myślach ruch jego dłoni, śpieszących po mych plecach w stronę zapięcia od
stanika. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek dostrzegała paskudną celowość
tych jego drobnych posunięć.
Odtwarzam
rozlewające się ciepło i wszystko w mojej głowie nabiera czerwonej barwy, porusza
się gwałtownie, aż robi mi się duszno. Pryska czar i moje zaklejone uczuciem
powieki rozdzierają się gwałtownie, pozwalając oczom ujrzeć prawdę.
Dwie
skrajności - chłód pożerający w ciemności moje ciało kawałek po kawałku i
gorąc, który emanuje z jego ramion i zagarnia mnie dla siebie, zachłannie...
Czerwień
zalewa wspomnienia, miesza się z nimi w jedną masę, coraz ciemniejszą, coraz
bardziej szkarłatną. Ostre cięcia dzielą moją skórę we wszystkich dotkniętych
przez niego miejscach, czuję, że boleśnie pękam, ale nie mogę tego ani zatrzymać,
ani ukoić bólu.
Chyba jednak nie spał, bo na dźwięk mych słów obraca się i wbija
we mnie wzrok.
Wyciąga dłoń i palcami przechadza się po moim boku, od ramienia do
pasa, do bioder. Gładzi moją skórę, a wówczas jego dłonie stają się gorące.
Rozciera moje uda – jego opuszki pomykają po świeżych bliznach, wnętrza dłoni
rozmasowują palące rysy.
- Ja cię nigdy nie opuszczę, wiesz? – Mówi, aż przechodzą mnie
dreszcze. Chwyta mnie w talii i układa na sobie, podciągając mi
podkoszulek. Moje ciało znów drętwieje, a policzki płoną, mokre od łez, które
nawet nie wiem kiedy wypłynęły.
Przyciska mnie do siebie.
- Wiem. – Odpowiadam.
- Tylko czemu zawsze jesteś taka sztywna? Jakbyś nie potrafiła
okazywać uczuć…- szepcze mi w twarz, bawiąc się mymi włosami.
Powietrze o
trzeciej w nocy tnie odsłoniętą skórę mrozem. Idę sama pustą ulicą, słabo
oświetlaną przez rzadko rozstawione latarnie. Mój przyjaciel mieszka
kilkanaście kilometrów ode mnie, a autobusy nocne jeżdżą rzadko. Być może
powinnam wezwać taksówkę, albo poprosić, by mnie odprowadził…
Wygodniej jednak było mi zniknąć.
Boję się teraz zasnąć.
Boję się lodowatego dotyku ciemności.
Najlepiej byłoby mi zupełnie zniknąć.
Być może nie mam już przyjaciela.
Być może nie miałam go nigdy.
Vuohi,
21/22.10.19
*Niestały bywalec
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz