niedziela, 10 października 2021

***(Przecież biorę witaminy)

Przecież biorę witaminy
i wychodzę na słońce
wieczorami dokładnie zmywam z siebie dzień
śpię co najmniej siedem godzin
jem warzywa i owoce
pamiętam by robić głęboki wdech

Przecież rozciągam swoje ciało
kilka razy w tygodniu
by mogło się zmieścić w nim szczęście
ale ono jest czasem tylko iskierką
drażniącą koniuszki palców
- niepotrzebnie rezerwuję mu miejsce

Rozluźniam powieki i wargi
żuchwę i zęby a nawet rzęsy
ale niepokój jest sprytny i szybki
potrafi się wcisnąć w przestrzeń pomiędzy
jednym a drugim mrugnięciem

Vuohi, 10.10.21,
Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego 

***(Odsłonięte fragmenty skóry wpuszczają do środka ziąb)

Odsłonięte fragmenty skóry wpuszczają do środka ziąb

nigdy nie byłam mile widziana w Twoich ramionach
mogłam jedynie umykać Ci spod stóp
najciszej jak umiem przebiegać drogę
przynosząc nieszczęście jak czarny kot

Rękawiczki bez palców
wiodą dłonie przez mgłę
liże je wschodzące słońce

nigdy nie było dla mnie miejsca w Twojej piersi
musiałam wciskać się ustami do środka
po to by zostać wyplutą
najdelikatniej jak mogłam gładziłam
ściany Twojego gardła

Zwróć mnie i wyrzuć na chłód
raz jeszcze
potrzebuję pieszczoty Twej obojętności
która wiruje spokojnie wokół mnie
bezbarwnym liściem ściąga nas w dół

Vuohi, 09.10.21

sobota, 2 października 2021

Zniebozstąpienie

Zdejmuję z szyi łańcuch planet
gwiezdne bransolety już nie zdobią mi nadgarstków
nie jestem boginią nie mam stóp alabastrowych
moja niefiligranowa postać nie mieści się na malowidłach
nie ma mnie na muzealnych korytarzach

A więc kim ciągle próbowałam być
nic dziwnego że odpadły ze słoniowej kości dłonie
nic dziwnego że popękała twarz perłowo biała
ten kamienny policzek niestworzony do noszenia łez

A więc kim chcieli bym się stała
zabierając mi kolory i zwiewność wonnych łąk
wszystko co kochali to pozory
udrapowane schludnie szaty nigdy nieszyte na miarę
zawsze czegoś za wiele czegoś za mało

Zdejmuję z szyi sznur i oddycham
moja zwykła i przeciętna twarz jest miękka
moje usta klną moje zęby zgrzytają moje włosy się tłuszczą
nie mieszkam już w bolesnej ramce
za lodowatym szkłem

Vuohi, 17.09.21

Spotkanie z Przeszłością

Szamoczę się z kalendarzem, rozpaczliwie próbuję poukładać
gwiazdy na niebie, płyty chodnika - byleby uniknąć potknięcia;
nie mam na to siły, ale nie przestaję próbować.

Oswajam się z drogą, codziennie podrzucam jej pokarm;
ulice, których się bałam, teraz jedzą mi z ręki,
a ja podchodzę do nich z większą śmiałością
- już nie gryzą.

W gruncie rzeczy mamy ze sobą wiele wspólnego
- nosimy dziury po wojnie, nasze schodki i zęby
kruszy strach.

Właściwie nie widzę różnicy - po mnie też przejechał czas,
wygładził asfaltową dłonią wszystkie ubytki,
uciszył nas swym wielkim ciężarem.

Przepłynęłam ponownie własną krew, by wyjść na spotkanie
z przeszłością.

Vuohi, 29.09.21

Więc podarowałam krew

"Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany" - William Shakespeare

Z Tobą za rękę wspinałam się po bólu
szukając schronienia
między piątym a szóstym żebrem
w nadziei że gdzieś pod nimi kryje się serce
odsłoniłam krwią zlane krainy
zawiodłam w skute lodem doliny ud
nastroszone kości miednicy
mieszczące w sobie kilometry strachu
nawinięte na szpule nici niepokoju

Splunąłeś mi w twarz
i Twoje lepkie słowa nadal ciężko zmyć
sklejają usta
splunąłeś na moją twarz
gdy cała byłam własnym czołem
jak wierzchołek góry wyciągniętym ku niebu
czekającym na pocałunek gwiazd

Więc podarowałam krew
w zamian dostając ślinę
więc podarowałam zaufanie
otrzymując kpinę

Vuohi, 29/30.09.21

***(Jaki żałosny to powrót)

Jaki żałosny to powrót
w niekochające ramiona starych przyjaciół,
którzy już się szczerzą na mój widok;
w końcu będą mieli na kim sobie poużywać.

Witajcie znajome szramy, chcę was spróbować,
raz jeszcze polizać, aż spłyniecie świeżą krwią,
przynosząc ulgę.

Moja wina, moje szaleństwo, jego wina, nasza wina,
biję się w pierś, zagryzam pięść.
Jaki żałosny to obraz - nie wiem kim jestem,
ani co robię - tracę kontrolę.

Kto jeszcze mnie widzi, kto się zastanawia?
Przepraszam panią, czy wszystko w porządku?
Czy my się znamy? Proszę podać rękę - wszystko już
gotowe - tu, wzdłuż tej linii, tu się przetnie,
wyciągniemy z wnętrza ból

Vuohi, 26.09.21

Bulimiczne pragnienia

Trzeba wypluć wszystko, co nie mieści się w formie sprzed paru lat.
Należy niezwłocznie zwrócić nadprogramowe przemyślenia
niemogące wejść w teraźniejszą sukienkę albo spodnie.
Muszę pozbyć się siebie, by siebie odzyskać,
rozbić okno i posklejać odłamki szkła, ułożyć lustro.

Muszę wyrzucić obecny kontur swoich ust i złamać parę kości,
by odgrzebać Twoją ukochaną, która wiedziała kiedy milczeć
(ale tylko przez chwilę, potem z tego rozkochania, roztrzęsienia
ogarnęła ją niepamięć i opuściła ciało - chciała wymierzyć Ci policzek,
ach, co za wstyd!), która wiedziała co ma ubrać, by Cię cieszyć.

Trzeba wypluć z siebie wszystko, co odstaje brzydką fałdą,
rozciąć skórę (poprawiając dawne ślady), aż wyleje się tłuszcz i gniew.
Należy paznokcie obciąć i zapuścić, obciąć i zapuścić,
aż się znajdą takie palce, które nie znają siebie same,
aż wytworzą się płytki i komórki bez pamięci.

Wtedy wrócę,
i założę coś na wzór firanki, coś pod kolor moich oczu
(już bezdennie czarnych), wcisnę się pod ramię i na wszelki wypadek
oddychać już nie będę;

Tam mnie znajdziesz,
gdy sprzątając kiedyś pokój odsuniesz łóżko
i rozpoznasz moją skórę zamieszkaną przez roztocza i pleśń
(ach, co za wstyd!), umyjesz po mnie ręce i nie przyznasz się,
że jakąkolwiek chciałeś mnie mieć.

Vuohi, 25.09.21

***(Moją głowę męczy jesień)

Moją głowę męczy jesień;
jaskrawość wspomnień i porywisty śmiech,
dudniący o szyby szloch - połamał się mi parasol,
a pod paznokieć znów boleśnie wbiła się myśl,
że nie jestem wystarczająco, że nie jestem na tyle...

Tak jakbym nie miała czegoś, co łączy
nadgarstek z ramieniem, czegoś tak oczywistego jak łokieć,
tak jakbym nie umiała pisać, mimo że spomiędzy żeber
słowa za słowami płyną.

Gdzie moja diagnoza, gdzie wyniki, gdzie zwycięstwa?
Mam tylko zdziwione czoło i spierzchnięte usta,
przygryziony język - nie ma dzieła, które można
oprawić, sprzedać, wydać, podziwiać, ani nie da się
wypisać recepty ze względu na porę roku.

A moją głowę męczy jesień,
zresztą wiosna jeszcze bardziej, zima i lato - każde po swojemu gnębi,
i w gardle pęcznieje mi żal: nie zdążyłam, nie zdążę,
nie pozwalam sobie zdążyć być tym KIMŚ, do którego dążę.

Przyklejam się nijakim wzrokiem do podeszwy buta
jednego z pasażerów nijakiego autobusu, podróżuję
półgębkiem, na pół gwizdka, od niechcenia, nie mam planów
konkretnych, ani certyfikatów żadnych.

Zdałam parę egzaminów, zdałam się na los,
zdaję się na łaskę kolejnego października
- przyjdź, proszę rozdepcz mnie i wdepcz -
mnie i tak wszystko jedno, ja i tak w tłumie znikam.

Vuohi, 24.09.21