Moją głowę męczy jesień;
jaskrawość wspomnień i porywisty śmiech,
dudniący o szyby szloch - połamał się mi parasol,
a pod paznokieć znów boleśnie wbiła się myśl,
że nie jestem wystarczająco, że nie jestem na tyle...
jaskrawość wspomnień i porywisty śmiech,
dudniący o szyby szloch - połamał się mi parasol,
a pod paznokieć znów boleśnie wbiła się myśl,
że nie jestem wystarczająco, że nie jestem na tyle...
Tak jakbym nie miała czegoś, co łączy
nadgarstek z ramieniem, czegoś tak oczywistego jak łokieć,
tak jakbym nie umiała pisać, mimo że spomiędzy żeber
słowa za słowami płyną.
Gdzie moja diagnoza, gdzie wyniki, gdzie zwycięstwa?
Mam tylko zdziwione czoło i spierzchnięte usta,
przygryziony język - nie ma dzieła, które można
oprawić, sprzedać, wydać, podziwiać, ani nie da się
wypisać recepty ze względu na porę roku.
A moją głowę męczy jesień,
zresztą wiosna jeszcze bardziej, zima i lato - każde po swojemu gnębi,
i w gardle pęcznieje mi żal: nie zdążyłam, nie zdążę,
nie pozwalam sobie zdążyć być tym KIMŚ, do którego dążę.
Przyklejam się nijakim wzrokiem do podeszwy buta
jednego z pasażerów nijakiego autobusu, podróżuję
półgębkiem, na pół gwizdka, od niechcenia, nie mam planów
konkretnych, ani certyfikatów żadnych.
Zdałam parę egzaminów, zdałam się na los,
zdaję się na łaskę kolejnego października
- przyjdź, proszę rozdepcz mnie i wdepcz -
mnie i tak wszystko jedno, ja i tak w tłumie znikam.
Vuohi, 24.09.21
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz