Padał deszcz.
Deszcz, który spływał po ulicach całego miasta, spływał po domach, po dachach, i kapał na odsłonięte głowy, które nie ukryły się pod kapturami czy parasolami.
Krople moczyły jej twarz, brwi, włosy, rzęsy nasiąknęły wodą. Deszcz doskonale potrafił maskować łzy.
Stała ubrana w koszulkę i krótkie spodenki, była boso i trzęsła się z zimna. Ale nie mogła nic zrobić. Pół godziny temu zobaczyła tylko jak cała jej miłość, jej życie, część serca, wszystkie plany na przyszłość, wszelkie nadzieje, jedyna opcja i szansa na przeżycie, odchodziły na zawsze.
Obiecałaś, że nie będziesz płakać...
Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz.
Obiecała sobie, że już nic nie zrobi. Nigdy nikt jej nie zrani. Nigdy ona nie zrani nikogo.
Zostanie tu, mimo, że pada deszcz, mimo, że on odszedł na co nie mogła nic poradzić. Mimo, że ludzie wokół śpieszą się, biegają, rozmawiają, mimo, że czas płynie, a ona stoi w miejscu.
Zawiódł ją, nie pierwszy, ale ostatni raz.
Kocham cię. Jesteś najważniejsza. Będę zawsze przy tobie, będę cie chronić....
Jego głos dźwięczał w jej głowie. Dlaczego przestał ją kochać, dlaczego przestała być najważniejsza, dlaczego odszedł, kto ją teraz obroni przed wszystkim czego się boi?
Rozpłakała się jeszcze bardziej.
Wszyscy ludzie tacy zabiegani....tylko ona....już nigdy się nie poruszy, straciła wszystko...
Zamazany obraz..pośród łez jednak dostrzegła kogoś, kto szedł powolnym krokiem. Prawie sam się zatrzymał, jakby i dla niego czas nie miał znaczenia.
Nie miał parasolki, ani kurtki. Szedł w przemoczonym ubraniu, woda lała się ciurkiem z jego włosów, prosto na co chwila pociągający nos.
Podniosła głowę zwracając ją ku niemu. Zatrzymał się centralnie przed nią, w odległości jakichś dwóch kroków. Stali chwilę w milczeniu, przyglądając się sobie zza ściany deszczu.
- Nie jest ci zimno? - zapytał cicho nieznajomy.
Powoli skinęła głową.
- A tobie?
- Trochę. - wyciągnął rękę. Cała mu drżała z zimna, jej tak samo, gdy złapała jego. - Tobie też obiecał wszystko przed odejściem, co?
Nigdy nie przewidziałaby, że tego dnia może się jeszcze uśmiechnąć.
- Nie wrócą do nas, co nie? - zapytała, ściskając mocniej jego dłoń. Woda spływała im po rękach, po nogach, jakby była roztopionym śniegiem w środku lata. Uśmiechała się mimo łez.
- Chyba nie... - szepnął. Zrobił krok do przodu, wchodząc w kałużę po kostki. Też nie miał butów. Pociągnął ją za sobą. Też weszła w to samo zagłębienie wypełnione wodą.
- Zachorujesz od tego...
- Ty też. - roześmiał się. - nie znam cię. - dodał po chwili - Nie znam nawet twojego imienia, dopiero straciłem wszystko, a czuję, jakbym zyskał na tym jeszcze więcej...jakby nowe życie stało przede mną.. - mówił coraz ciszej. W końcu słyszeli tylko szum deszczu. Lało cały czas.
- Jak mam go przestać kochać? - pytanie zawisło w coraz mniejszej przestrzeni pomiędzy nimi. Podnieśli jednocześnie głowy i przez dłuższą chwilę tylko patrzyli sobie w oczy.
Cały ten czas, i wszystkie plany i marzenia dotychczas, poświęcali niewłaściwej osobie.
Deszcz zmył kłamstwa, zmył cały strach i ból, zadany przez najważniejsze, jak sądzili, osoby. Uścisnął jej rękę.
- Dasz radę, czuję to. - woda kapała mu z brody na przemoczony podkoszulek. Roześmiała się.
- Skąd ten pomysł? Postanowiłam, że nigdy więcej się stąd nie ruszę. Że to dla mnie koniec i nic nie będę robić... - łzy na nowo mieszały się z kroplami na jej policzkach. Cała się trzęsła.
- Wiesz... - wyszedł z kałuży trzymając ją za rękę, ruszył kilka kroków naprzód, ciągnąc ją za sobą. Potknęła się wpadając na niego. - Jakby nie patrzeć.....od teraz po prostu mamy siebie.
Uśmiechnął się do niej tak promiennie, jakby uśmiechem potrafił rozgonić deszczowe chmury. Zapomniała o tym co było. Postanowiła teraz zacząć od nowa. Oparła głowę o jego ramię i szepnęła sama do siebie, ledwie słyszalnie:
- Tak, mamy siebie...
Vuohi
Deszcz, który spływał po ulicach całego miasta, spływał po domach, po dachach, i kapał na odsłonięte głowy, które nie ukryły się pod kapturami czy parasolami.
Krople moczyły jej twarz, brwi, włosy, rzęsy nasiąknęły wodą. Deszcz doskonale potrafił maskować łzy.
Stała ubrana w koszulkę i krótkie spodenki, była boso i trzęsła się z zimna. Ale nie mogła nic zrobić. Pół godziny temu zobaczyła tylko jak cała jej miłość, jej życie, część serca, wszystkie plany na przyszłość, wszelkie nadzieje, jedyna opcja i szansa na przeżycie, odchodziły na zawsze.
Obiecałaś, że nie będziesz płakać...
Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz.
Obiecała sobie, że już nic nie zrobi. Nigdy nikt jej nie zrani. Nigdy ona nie zrani nikogo.
Zostanie tu, mimo, że pada deszcz, mimo, że on odszedł na co nie mogła nic poradzić. Mimo, że ludzie wokół śpieszą się, biegają, rozmawiają, mimo, że czas płynie, a ona stoi w miejscu.
Zawiódł ją, nie pierwszy, ale ostatni raz.
Kocham cię. Jesteś najważniejsza. Będę zawsze przy tobie, będę cie chronić....
Jego głos dźwięczał w jej głowie. Dlaczego przestał ją kochać, dlaczego przestała być najważniejsza, dlaczego odszedł, kto ją teraz obroni przed wszystkim czego się boi?
Rozpłakała się jeszcze bardziej.
Wszyscy ludzie tacy zabiegani....tylko ona....już nigdy się nie poruszy, straciła wszystko...
Zamazany obraz..pośród łez jednak dostrzegła kogoś, kto szedł powolnym krokiem. Prawie sam się zatrzymał, jakby i dla niego czas nie miał znaczenia.
Nie miał parasolki, ani kurtki. Szedł w przemoczonym ubraniu, woda lała się ciurkiem z jego włosów, prosto na co chwila pociągający nos.
Podniosła głowę zwracając ją ku niemu. Zatrzymał się centralnie przed nią, w odległości jakichś dwóch kroków. Stali chwilę w milczeniu, przyglądając się sobie zza ściany deszczu.
- Nie jest ci zimno? - zapytał cicho nieznajomy.
Powoli skinęła głową.
- A tobie?
- Trochę. - wyciągnął rękę. Cała mu drżała z zimna, jej tak samo, gdy złapała jego. - Tobie też obiecał wszystko przed odejściem, co?
Nigdy nie przewidziałaby, że tego dnia może się jeszcze uśmiechnąć.
- Nie wrócą do nas, co nie? - zapytała, ściskając mocniej jego dłoń. Woda spływała im po rękach, po nogach, jakby była roztopionym śniegiem w środku lata. Uśmiechała się mimo łez.
- Chyba nie... - szepnął. Zrobił krok do przodu, wchodząc w kałużę po kostki. Też nie miał butów. Pociągnął ją za sobą. Też weszła w to samo zagłębienie wypełnione wodą.
- Zachorujesz od tego...
- Ty też. - roześmiał się. - nie znam cię. - dodał po chwili - Nie znam nawet twojego imienia, dopiero straciłem wszystko, a czuję, jakbym zyskał na tym jeszcze więcej...jakby nowe życie stało przede mną.. - mówił coraz ciszej. W końcu słyszeli tylko szum deszczu. Lało cały czas.
- Jak mam go przestać kochać? - pytanie zawisło w coraz mniejszej przestrzeni pomiędzy nimi. Podnieśli jednocześnie głowy i przez dłuższą chwilę tylko patrzyli sobie w oczy.
Cały ten czas, i wszystkie plany i marzenia dotychczas, poświęcali niewłaściwej osobie.
Deszcz zmył kłamstwa, zmył cały strach i ból, zadany przez najważniejsze, jak sądzili, osoby. Uścisnął jej rękę.
- Dasz radę, czuję to. - woda kapała mu z brody na przemoczony podkoszulek. Roześmiała się.
- Skąd ten pomysł? Postanowiłam, że nigdy więcej się stąd nie ruszę. Że to dla mnie koniec i nic nie będę robić... - łzy na nowo mieszały się z kroplami na jej policzkach. Cała się trzęsła.
- Wiesz... - wyszedł z kałuży trzymając ją za rękę, ruszył kilka kroków naprzód, ciągnąc ją za sobą. Potknęła się wpadając na niego. - Jakby nie patrzeć.....od teraz po prostu mamy siebie.
Uśmiechnął się do niej tak promiennie, jakby uśmiechem potrafił rozgonić deszczowe chmury. Zapomniała o tym co było. Postanowiła teraz zacząć od nowa. Oparła głowę o jego ramię i szepnęła sama do siebie, ledwie słyszalnie:
- Tak, mamy siebie...
Vuohi