piątek, 23 października 2015

Odrzucam, odpycham...zasługuję. I kocham.

Boże, naprawdę zdaję się wszystko rozumieć...a ilekroć mi się tak wydaje, podnosisz mnie, ściskasz mocno w swej dłoni sprawiedliwej, i stawiasz w zupełnie innym miejscu, okręcasz w koło...i już nie wiem, nie mam pojęcia, gdzie jestem...
Ale wiem, że zasłużyłam.
Zasłużyłam na to wszystko.
Jak liść, co zielenią radosną błyszczy na drzewie, marnieję i żółknę, opadam na jesień, a potem gniję, leżę i gniję, pod pokrywą lodu, pod białą warstwą złudzenia i ciszy. Jak kwiat, co wiosną i latem targany przez wiatry, chwieję się i rzucam rozpaczliwie we wszystkie strony, chwytam i wypuszczam powietrze, łamię się i powstaję, uginam się pod deszczem i cierpnę na słońcu, aż kostnieję, niknę i zamarzam w końcu...
Jakim prawem oczekuję, że poruszające zorze wzejdą dla mnie tu i teraz, gdy czuję, skoro czuję tak mocno, tak bardzo...ale w nieodpowiedniej chwili? Karzesz mnie spojrzeniami, karzesz mnie słowami, ale nie równają się te boleści z moimi czynami, bo ciernie...ciernie wbijam, notorycznie, potwornie, w każdą miękkość, co przedwcześnie się objawi, w każdą szczelinę wady swoje wtykam, upycham i upycham, chcąc zniechęcić...ale ranię tylko, i psuję wszystko.
Głoduję na głos latami, by przy najcichszej uczcie pożerać, jak szarańcza, cokolwiek napotkam, sycę się i sycę zgniłymi owocami, napełniam usta drzazgami i serce zabijam deskami, a potem...na tacy złotej danie tak piękne, gotowe, świeże i czyste...odrzucam, odpycham!
Wyrwać bym mogła wszystkie włosy z głowy, zedrzeć skórę z kolan i łokci, dokopać się pięściami do samego dna, do jakiegoś sensu, pojąć ten ogrom, rozumieć go łakomie, poić się nim łapczywie, ale cóż z tego...cóż z tego, gdy siebie nie zmienię i nie cofnę niczego?
Zasłużyłam, zasłużyłam...
Zużyłam źródło łaski i szczerych uśmiechów, do dna wyskrobałam szczęście najprostsze, najcieplejsze...wciąż poszukując uparcie czegoś ponad to, czegoś wyższego, lepszego...Och, na co i po co?!
Zaklinałam się, wmawiałam sobie...chciałam ze wszystkich sił kochać tak samo, jak inni, kochać tak mocno i pięknie, starać się i dawać z siebie wszystko...ale burze moje wewnętrzne nie pozwalały mi się uspokoić, i smugi pamięci sunące po czole wstyd rysowały na twarzy, nieudolność moja i bierność, nienasycenie wieczne, pogarda...!
Brzydkie się staje to wszystko, ohydne, paskudne, a ja płaczę wciąż i rozpaczam, dlaczego nie ma kogoś blisko, dlaczego nie ma kogokolwiek...A był Ktokolwiek, był Ktoś i nadal jest Ktoś Jeszcze, ale nie, to nie to - ja odrzucam, odpycham!
Nie pozwalam się tulić, zabraniam się kochać Miłości jasnej co drogą mnie pewną mogłaby przez życie prowadzić, bo sercem wiatr targa i popycha raz w tę, raz w tamtą stronę, i koniec końców...tonę, we własnym szaleństwie i niezdecydowaniu - tonę.
Na życzenie swoje niemal, pogrzeb sobie szykuję, sama marzeniami dół ciągle wykopuję i nie chcę, o, nie chcę słyszeć ani słowa, że przecież mam szczęście, mam oczy i usta piękne na wyciągnięcie ręki, mam ramiona silne i skrzydła przypięte do pleców - jeśli zechcę tylko, to wzlecę...ale nie chcę, nie chcę i nie zechcę!
Burzy się jakaś budowla we mnie, a może i ja tą budowlą jestem...Jak wrony co resztki wydziobują, i jak sępy, co padlinę skubią...paskudna jest ta uczta, a Samotność...towarzyszy mi na moje życzenie przecież!
Gryzę paznokcie, szczypię do krwi, kopię, uderzam, uderzam i kopię, tracę obraz przed oczami i rozmywa się wszystko, jednak szczęśliwa na moment jestem w tym całym swoim szaleństwie. Smutek i ból, i hałas, i cisza...wszystko jedno, nieważne; melancholia gra najpiękniej, więc upajam się jej dźwiękiem i czuję, czuję nareszcie wszystko najmocniej, jak potrafię...bo czuję to swym żalem.
Dopóki cierpieniem nie odczuwam, to nijak odczuwam. Nie potrafię...
Dlatego obce mi, obce uniesienia proste, na chwilę tylko, a potem...rany znów zadaję, ramy ustawiam, a obrazki porzucam, odchodzę zawsze w inną, niż powinnam, stronę...a potem zdziwienie wielkie nastaje, że jak to, dlaczego i czemu właśnie ja...?
Ach - westchniesz, Boże - chciałaś odczuwać najmocniej...
Najdotkliwszy, największy, najsroższy ból - oto jest miłość prawdziwie szczęśliwa. Taką się czuje od stóp do głów, taka duszy nie opuszcza...
I opuszką możesz dotknąć jej początku, ale pięścią końca nie sięgniesz. I wzrokiem możesz objąć jej straty, ale zysków nie dostrzeżesz.
I tak się dzieje, że nagle bledniesz powoli, nie śpisz i nie jesz, jak kiedyś. Wszystkiego wciąż za mało i za dużo naraz, wszystko cieszy i drażni za mocno. Miłość taka, co świata kontury wyostrza po prostu.
Nie wiadomo wówczas, czy chce się żyć bardziej, by nie tracić tego odczucia, czy umrzeć wreszcie i ból ukrócić. Bo nic się nie chce, nic się nie chce...
I taką Ją znam najlepiej. A bajki, co się mienią realnymi, co się o świadomość raz na jakiś czas ocierają...odrzucam, odpycham!
Zasłużyłam więc i zasługuję.
Modliłam się o wielką, wielką czerwień nieskończoną, co zrodzi się w sercu i wybuchnie, rozbije mnie na kawałki, rozniesie podmuchem po świecie...i wszędzie, wszędzie będę mogła jej dotknąć, ale nigdy zasmakować.
Być może...prawdziwa Miłość jest tylko nieszczęśliwa.
Ta odwzajemniona...niebezpiecznie prędko przeradza się w namiętność, której płomień gaśnie przedwcześnie...nim się ktokolwiek zorientuje, że to nie z nim, nie z nią, nie dla niego i nie dla niej...i że NIC.
Jak chmura, co pęka od wody nadmiaru, rozpruwam się co dnia i katuję, ale to przecież takie piękne, takie dobre i...ja na to zasługuję.
Latami uparcie wierciłam dziurę między żebrami, oczyszczałam skórę słonymi łzami, wmawiając wciąż, wmawiając sobie...że to kochania najbardziej potrzebuje człowiek. Nie, kochania, a bliskości, bo bliskość sama nie przyniesie przykrości.
A kochania nikt nie pragnie, naprawdę.
Kochanie niszczy, kochaniem niszczą, kochaniem niszczę;
Pod skórę wchodzi choroba śmiertelna, nieuleczalna i niezwykle piękna...
I nagle jedno, cholerne spojrzenie Cię uzależnia. Nie możesz oddychać bez jednego zapachu w powietrzu, nie możesz spać bez ciepła przy boku, nie możesz śmiać się, bez echa radości...nie możesz żyć bez obecności...urojonego ideału wprost wyssanego z palca, zrodzonego ze snu obłąkańca!
A jednak...
Jednak mylę się ciągle.
I chcę, i nie chcę.
I każdy trochę chce i trochę nie chce.
Psuje się, psuje się wszystko po kolei, gryzą się myśli, jak zwierzęta, rzucają się sobie do gardeł, a uczucia zalewają każdą ulicę, każdy dom, każdy pokój. Siedzą te zmory w każdym z czterech kątów, wyłaniają się zza rogu budynku, skaczą po niebie i suną po chodnikach, drzemią w głębinach niezmierzonych...
Myślę sobie...że wystarczy mi szaleństw, dosyć gonitw, bitew i boleści...ale czymże innym zasłużę na swoje kochanie? Wystarczy mi tęsknot, żali i niespełnionych pragnień...ale czymże bez tego jest miłowanie?
Myślę sobie...ale czy to ważne, że cokolwiek myślę sobie...?
Nie zdziwiłabym się, bo zasłużyłam, na to by się nie liczyło żadne słowo moje i zdanie.
Tyle już obiecałam, nieświadoma własnej niemocy, wobec dotrzymywania obietnic. I mi także obiecywano, a więc wszystko wraca, biel i czerń krążą nieustannie po świecie i raz ciemno jest, raz jasno...
Żal mi, za to, że nie potrafiłam i nie potrafię...nacieszyć się prostym, i po prostu dać się nacieszyć...ale wszystko to zdaje się puste, potwornie puste...
Tak jakby...

Serce mi do dna zmartwiało, od nadmiaru kochania nieszczęśliwego.

I tak, jakbym...

Serca do dna mrozić musiała, od niedostatku kochania odpowiednio...prostego.

O, rany...
Muszę...muszę zebrać myśli...

Kocham!
Kocham okropnie, okropnie kocham się w Tobie, kocham się w Tobie zakochiwać, choćby tysiące razy to samo cierpienie znosić, ja nie oddam żadnego z tych swoich zakochań, bo kocham, kocham i uparcie chcę kochać! Nieważne, że psuję się od środka, że zamykam drzwi na poprawne i piękne, nieważne, bo ja nie chcę ślicznie, ani ładnie, ani uroczo i dziecinnie kochać, bo nie potrafię, ja rozumiem, pojmuję już chyba...że zasłużyłam, że odrzucaniem i odpychaniem...zasługuję na to, by stale się rzucać raz w ogień, raz na głęboką wodę, byś mnie nie mógł zrozumieć i abym ja mogła rozumieć Cię do samych kości, rozpaczliwie, o czym nigdy byś się nie mógł dowiedzieć. Widzę, że czekać muszę, by zapłacić za swoje, by wytrwałością odbudować kamienice zniszczone i kościoły spalone, na marne, na marne pozwalałam rozrastać się ogrodom wokół, kiedy to krzew ciernisty miałam u boku...Najpiękniejszy, najtrudniejszy...Ja, jak wodospad, jak wulkan, skaczę z impetem i pędzę, rwę się do Ciebie w wariactwie tym całym, i ranię, po drodze ranię...ale i przestać nie potrafię, zatrzymać się nie mogę, nie umiem...rozbijam coś, strącam, tratuję, lecz gnam wciąż, bo kocham, czuję, że kocham szalenie, nie widzę nikogo, niczego, ja kocham się, kocham się zakochiwać i choćby na chwilę porwać coś, porwać się dać, wygrywać i przegrywać, nienawidzić się z sił wszystkich za miłość tę nieokiełznaną, w nieodpowiednią rzuconą stronę, w niewłaściwym wzniesioną czasie, niedoskonałą, w całości poobdzieraną...
Tak podle i źle się czuję, ale i przestać, przestać nie umiem!

Chora, chora, nieuleczalnie...!
Nikt nie chce kochać, chcąc kochać najbardziej...!

.

I może czasami mam ochotę umrzeć, gdy widzę, jak bardzo jestem Ci obojętna.
Ale to nic takiego - ja...

Zasłużyłam.




Vuohi

wtorek, 20 października 2015

Jesień

Och, przecież gdyby nie to, że pada dzisiaj deszcz,
To jakże pięknie i jak słonecznie tutaj jest...!
Wygrzewam się w cieple jesiennych pomarańczy,
A wiatr targa drzewami, i w czerwieni tańczy...

Porwij mnie ze sobą, złoty liściu radosny,
Ze snu lodowatego me myśli otrząśnij;
Tak długo już leżę w tym błocie niepamięci,
Że serce posiwiało mi od warstw pajęczyn...

Och, przecież gdyby nie to, że mój świat umiera,
To jakże pięknie i jak wiosennie jest teraz...!
Wyschniętymi ustami, zdrętwiałym językiem
Poruszam wciąż Twe imię i dławię się krzykiem.

Czy pamiętasz jeszcze te czasy, kiedy dotyk
Był cichy i zbyt nieśmiały, by gonić oczy,
Które jako jedyne spojrzeniem odważnym
Rzucały nas ku sobie, krzycząc w wyobraźni...?

Broniłam się przed Tobą, jak przed zimnym deszczem;
Bałam się, że jesienne wnet rzucisz zaklęcie
I cały ból powróci za jednym dotknięciem,
A Samotność mnie rzuci w szaleństwo przeklęte...

Lecz zaufały Ci dłonie me i policzki,
Które wtedy gładziłeś, jakby były wszystkim...
I gdy niebo zgasło, Ty zabrałeś mi sen...
A dziś po Tobie pozostał jedynie cień.

Och, przecież gdyby nie to, że Cię pokochałam,
To może bym jakoś tę Jesień pokonała...
Ale czuję, że muszę się poddać jej pięknu
I potrafić, jak ona, ból skrywać w uśmiechu...



Vuohi

sobota, 17 października 2015

To chyba jest tak...

To chyba jest tak, że ja tonę tam,
Gdzie wynurzasz głowę i chwytasz powietrze...
Lecz nie potrafię się opamiętać
I nie umiem zatrzymać serca.

To chyba jest tak, że choć znając dobrze swój stan,
Żadne z nas sobie nie pomoże, bo...nie ma jak.
Więc usiłuję się opamiętać,
Ale nie umiem zatrzymać serca...

To chyba jest tak, że nie da się niczego naprawić,
Cały czas psując nigdy nie skończone dzieła,
Ale...nie możemy się opamiętać,
Bo toczymy wojny w naszych sercach.

To chyba jest tak, że Ty ciągle grasz
W Czarny i Biały, w ciemny i jasny...
Podczas gdy mnie przebija Czerwień,
Bo ja zawsze chcę, ja zbyt mocno chcę...

To chyba jest tak, że choćbyś się starał
Uczynić swój dotyk lodowatym i gorzkim,
To wciąż byś topniał, a Twój smak deszczowy...
Budziłby we mnie tęsknotę za Domem...

To chyba jest tak, że nigdy nie znajdziemy
Swych dłoni pośród myśli zaplątanych
I nigdy się nie opamiętamy,
Póki się nawzajem w sercach skrywamy...

To chyba jest tak, że ta Biel i Czerń,
To idealni my i...już nie będziemy lepsi.
A wczoraj i dziś, to ta Czerwień, co lśni
W naszych oczach zabieganych codziennie...

I to chyba jest tak...i to chyba tak pozostanie,
Że będziemy razem osobno, cokolwiek się stanie...
Bo przecież nie zdołamy się opamiętać;
Oboje, nawzajem zgniatamy sobie serca...




Vuohi

poniedziałek, 12 października 2015

O niczym, od nikogo.

Klawisze moje wytarte, spękane
Uginają się wciąż pod Twym ciężarem
I choć się zaraz zupełnie rozpadnę,
Póki tu jesteś - nic nie jest ważne.

Graj dalej, graj i nie przestawaj,
A ja zaśpiewam, o cokolwiek poprosisz
To nieistotne, że się zapadam,
Tak długo, jak mogę Twój ciężar nosić.

Podtrzymuję powieki, ciągnę je w górę
I rzęsy wyrywam tak samo czule,
Jak dotykasz mych zardzewiałych dłoni,
Krusząc każdy z palców po kolei...

Graj dalej, graj i nie przestawaj,
Śmiej się, póki mogę Ci radość dawać
I porzuć mnie niezwłocznie, gdy tylko
Znudzę Ci się choćby na chwilkę.

Możesz mnie zgnieść i rozdeptać;
Wartość kamienia trąconego po drodze
Noszę tylko w sobie, więc możesz
Najokropniejsze słowa mi szeptać

I potem najczulej, jakby nigdy nic,
Głaskać każdy mój włos niewzruszony
I całować policzek solą wysuszony,
Co wypłynęła spod powiek mi...

Klawisze moje wytarte, spękane
Uginają się wciąż pod Twym ciężarem
I choć się zaraz zupełnie rozpadnę,
Póki tu jesteś - nic nie jest ważne.

Gryzę się w język po raz kolejny;
Słucham kiedy wyliczasz me błędy
I łzy dalej połykam, bo tak przepięknie
Każde ostre słowo w Twych ustach mięknie...

I choćbyś wydarł dziś serce z mej piersi,
Posłałabym Ci uśmiech najszczerszy,
Bo choć się zaraz zupełnie rozpadnę...
Póki tu jesteś - nic nie jest ważne.



Vuohi

niedziela, 11 października 2015

Ostatniej nocy...

Ostatniej nocy nauczyłam się czegoś o sobie.

Łagodność cała zlała się w bierność, a to co lśniło we mnie, pielęgnowane i cenne...zmatowiało porzucone, obnażone i zniszczone. Rozebrana przez jakiś nieznany mi dotąd ostry wyraz miłości, zwany ponoć nienawiścią, stałam samotna pośród tłumu.
I spojrzeniem usiłowałam walczyć; spojrzeniem podnosiłam się tysiące razy, gdy ciało przyciśnięte ogromem obcego uczucia leżało na samym dnie, ale wciąż wciskane było jeszcze niżej, głębiej, byleby wetknąć, upchnąć mnie tam, gdzie nikt nie zobaczy, gdzie nikomu więcej wstydu nie przyniosę...Och, z całego serca za siebie przepraszam. Nigdy nie chciałam być uciążliwa i żenująca...

Chłód mój stał się tak wyraźny i lodowaty, że gdy dotknęłam Twego policzka, odrzuciłeś mnie, cisnąłeś o ścianę...rozbiłeś...a gdy zebrać chciałeś kawałki rozsypane, byłam tak obojętna, och, tak obojętna...że chyba znudziło Ci się układanie. I to całkiem zrozumiałe, to zrozumiałe, nie gniewam się wcale.
Ja tylko...umieram z rozpaczy.
Dlaczego wciąż się trzęsę, drżę i telepię, dlaczego ściskam z sił wszystkich słowa wypalone na mojej skórze, dlaczego odtwarzam wciąż Ciebie przed sobą, dlaczego...?
Ściągam ból na siebie; niech przyjdą burze i rozniosą w pył cały mój świat złudzeń, niech lawina przysypie, przygniecie swym zimnem wszystkie pragnienia z Tobą związane, i niech wiatr...niech huragan roztarga mnie na strzępy tak, jak to czyni Twoje spojrzenie.

O, Boże...czy moje prośby zawsze odbierasz przez odbicie lustrzane?

Ostatniej nocy nauczyłam się czegoś o sobie...
I tak mi okropnie za siebie wstyd. Łudziłam się, że dam sobie radę, wierzyłam w te wszystkie zetknięcia się dłoni, nuciłam melodię splątanych palców, przywoływałam słoneczne wizje Twej twarzy...a teraz...strumienie i wodospady, rzeki i oceany...wzbiera się we mnie żal, jakiego jeszcze nigdy nie było, a pomimo tego...siedzę z twarzą kamienną...
Jakbym nic nie czuła...więc może nic nie czuję?
Ja tylko...umieram z rozpaczy.

Tak mi przykro, że nie jestem wystarczająco taka, jak byś chciał...Nie mam dość siły, by krzyczeć i ciskać słowami w Twe ściany; mur obojętności miażdży mnie ilekroć przed nim stanę.

Wbij we mnie raz jeszcze nienawiść swoją, wykręć, ściśnij, złam i zadrwij ze mnie. W życiu nie doświadczyłam piękniejszego uczucia, niż miłość Twoja, widziana przez łzy, wyraźna i pewna siebie, niszcząca wszystko we mnie...
Ostatniej nocy odkryłam, że moje sny są realne.
Potrafię wykrwawiać się tysiące razy i nie umierać, dla Ciebie. Jesteś cierniem tkwiącym w mym sercu; ukochanym, pielęgnowanym, doskonałym, tak słodko pachnącym agrestowym krzewem. Rozrastasz się i wyciągasz gałązki, oplatasz się ciasno wokół szyi i kwitniesz, dusząc mnie powoli, ale...jestem szczęśliwa, czując jak odbierasz mi życie.

Ostatniej nocy, dowiedziałam się czegoś o sobie.

Jestem do niczego i nic nie warta. Pusta i wysuszona, tkwię, gdzieś pomiędzy innymi śmieciami, jakie nosisz ze sobą za dnia, a nocą wyrzucasz wszystko, ale ja...nie chcę się poddać, wciąż trwam, uczepiona Twego boku, i ściskam Cię mocno, choć próbujesz mnie odciągnąć.
I spojrzeniem usiłuję walczyć; spojrzeniem wymierzam ciosy setki razy, a pięści moje załzawione, suną po spękanej twarzy, gniewnie i prędko. Wstyd rozpala mi powieki, ale ja siedzę...siedzę z twarzą kamienną i patrzę zaślepiona, jakbyś był najpiękniejszym obrazem...
A Ty widzisz tylko tyle, ile chcesz zobaczyć.
Dla Ciebie więc nie czuję nic, ani trochę...bo tak jest łatwiej.

Uduś mnie, jeśli znów zechcę Ci powiedzieć, że kocham.
Odrzucaj, odpychaj, odsuwaj, jeśli spróbuję Cię objąć.
Przecież chcę...chcę czuć jak dotkliwie rani mnie i rozkrawa...miłość Twoja.
I swoimi, i moimi dłońmi, krzywdę potrafisz mi wyrządzić. Ale chcę przecież, byś mnie kochał, w swój najpiękniejszy sposób. Nie przeszkadza mi wcale, że nie ma w Twym dotyku ciepła.
To nic takiego, że całujesz do krwi, to nic takiego, że przytulasz do połamania kości, to nic takiego...

I przepraszam, że boję się tak bardzo, że zdaję się stać niewzruszona przy Tobie, i że czuję tak mocno, jakbym nie czuła nic. Że potrzebuję Cię tak bardzo, jakbym nie potrafiła sama żyć, i że tak mało mam sił...

Ostatniej nocy zostałam zupełnie sama...

Ale to nic takiego, że pozwoliłeś mi zamarznąć...zabij mnie raz jeszcze, w jaki tylko sposób zechcesz.
I chwyć mnie za rękę, proszę...

Chwyć mnie za rękę i zemnij ją, łam, zgniataj i niszcz...ale nie puszczaj, bo...umrę z rozpaczy.



Vuohi

wtorek, 6 października 2015

Nie śpię.

Ależ nie śpię, ja wcale nie śpię!
Po prostu...leżę najciszej, jak potrafię
I niemal nie oddycham, by Cię nie zbudzić...
By Cię do siebie nie zrazić...jeszcze bardziej.

Drętwieję, tłumiąc drgania w bezruchu,
Marznę tak bardzo u Twego boku;
Oddalasz się ode mnie - bryły lodu,
Którą stałam się...dzięki Twej miłości.

Może to przez tę nienawiść nieskończoną,
Jaką noszę w sobie, do siebie,
Ty także widzisz mnie zniekształconą
I odtrącasz, oddalasz, wpychasz byle gdzie...

Obracam się tam i z powrotem
Wyciągam ramiona i cofam, niezdecydowana,
Przerażona...otępiała. Jestem.
I Ty też jesteś. Czasami. Gdzieś.

Och. Jak cudownie mieć tę świadomość...
Ja chyba jestem...ulepiona z jakiejś dziwnej masy,
Co nie pozwala mi czuć w pełni, jak wszyscy,
I co czuć choć w części tego, co ja, nie pozwala wszystkim...

Ależ nie śpię, ja wcale nie śpię!
Jak najciszej wciągam do płuc powietrze
I nic już nie mówię, nie mówię nic prawie,
Prócz tego, co wręcz usta mi rozkrawa...

Nie umiem...nie potrafię i nie mogę
Zatrzymać płomieni w mej piersi,
Rwących się szaleńczo ku Tobie,
Ale uwierz, że walczę bez przerwy.

I już prawię się udało - i mnie, i Tobie
Przydusić ten krwistoczerwony ogień;
Codziennie zimniejszym staję się lodem,
Nawet para z Twych ust nie stopi mych powiek...

Ale nie śpię, ja wcale nie śpię!
Czuwam, skamieniała, wmurowana w Twój cień,
I marzę...byś się obudził i zabrał mnie do Domu...:
Przytulił do serca, nie oddał n i k o m u.


Vuohi

poniedziałek, 5 października 2015

Dwudziesty dziewiąty

Chciałabym tak, jak Ty
Zupełnie nic sobie nie robić
Z tego, że czuję...
Że czuję cokolwiek.

Barwy matowieją
Światła cichną coraz bardziej
Słońce zachodzi z kaprysem na twarzy
A ja...ja wychodzę coraz rzadziej...

Zostawiłam swe królestwo
Gdzieś niewyobrażalnie daleko
Choć gdyby spojrzeć inaczej...
Tak niedorzecznie blisko jesteś...

A mimo tego - tęsknię.
Jakby godzina drogi piętrzyła się dumnie
Roztaczając się betonowym lasem
Przede mną, za Tobą, ponad czasem.

Znów zapominam nabrać powietrza;
Nie wiem już, jak się oddycha
Bez tęsknoty ściskającej krtań ,
Więc nie mogę pozwolić jej odejść...

Chciałabym tak, jak Ty
Zupełnie nic sobie nie robić
Z tego, że czuję...
Że czuję cokolwiek.

Snuję się z kąta w kąt...
Snuję się z kąta w kąt,
Nie widząc nic rzeczywistego
Naprawdę. Naprawdę.

Ściany nigdy dotąd nie były
Aż tak interesujące,
Bym mogła gapić się w nie godzinami,
Ani sufit nie był przedtem tak ciekawy,

Jak teraz, po raz dwudziesty dziewiąty.
I czekam, aż minie trzydziesty trzeci,
A wówczas zasnę, obudzę się i wybiegnę...
A trzydziestego szóstego, znów będzie jak wcześniej.

Jesienią wszystko lubi umierać
Jesienią wszystko lubi powracać
Korzenie moje próchnieją,
Wyłaniając się nagie na zewnątrz...

Chciałabym tak, jak Ty
Zupełnie nic sobie nie robić
Z tego, że czuję...
Że czuję cokolwiek.



Vuohi

sobota, 3 października 2015

Nie mogę siebie znieść

Za każdym razem, gdy twarz odwracasz, gdy oczy zamykasz...
Ja zaciskam pięści podświadomości i coś się we mnie wyrywa,
By wyskoczyć, skoczyć i wskoczyć Ci na ramię
I wrzasnąć prosto do ucha - spójrz na mnie!

Za każdym razem, kiedy budowle Twoje samotnie muszę odtwarzać,
Gdy kolory Twych oczu na płótno snów muszę nanosić,
Bo nie ma Cię, nie ma Cię dostatecznie blisko,
Nie mogę siebie znieść za to wszystko...

Żałośnie potrzebuję, jak zeschnięta ziemia, spękana i cicha,
Wody Twej i czasu, byś mnie pielęgnował
I drżę, i trzęsę się, i drzewa wysuszone powalam,
Ale Ty...nic a nic, nie czujesz chyba...

Za każdym razem, gdy wzrok odwracasz, gdy odpływasz...
Kiedy uścisk Twej dłoni słabnie powoli tak, jak gaśnie światło za oknem,
Ja wspiąć się na szczyt myśli Twych pragnę, i do snu się wcisnąć,
Wtulić, wedrzeć, wpoić...byś rankiem jeszcze o mnie pamiętał.

Odcisnąć bym się chciała na Twoim ciele, zostawić choćby zarys,
Kształtu swego, formy, tak, jak Ty na mnie pozostawiasz
Ślady obojętnego niemal dotyku, bezwiednie ułożonych dłoni...
I nie mogę siebie znieść za to wszystko...

Rwąc sobie włosy z głowy, spaceruję tam i z powrotem
Pomiędzy jednym a drugim Twoim słowem.
Wsłuchuję się, wpatruję, w milczeniu się zaczytuję
W prozie każdego Twego gestu, spojrzenia...

I po co, dlaczego to robię? Dlaczego ciągle...dlaczego nie dam sobie spokoju?
Przecież za każdym razem, gdy odchodzisz, gdy zostawiasz mnie zupełnie samą
W moim małym wielkim świecie, wracasz zawsze, nieważne kiedy...
Wracasz prędzej czy później, choćby tylko po to, by nie dać mi zapomnieć

A ja...pozwalam Ci kochać mnie w ten wyjątkowy sposób,
Który polega na trzymaniu mnie poza zasięgiem Twego wzroku
I oddaję się w Twoje ramiona, zanosząc się od płaczu...
I nienawidzę, nie mogę znieść siebie za to.


Vuohi

piątek, 2 października 2015

Myśli, które gasną...

1.    Niepogoda

Od kiedy to wszystko…
Za czasów przyjaźni nie było nigdy czasu...ale ku dobrym stronom obecnych wad - nie wypaliło, nie strapiło, nie zmęczyło się zbyt szybko. Kształtowanie terenu pomiędzy latami trwało, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny. Krajobraz Dystansu odbiegał od rozciągniętego nad głowami straceńców nieba, poplamionego zakurzonymi obłokami. Słońce od zawsze było zbyt zmęczone, by dawać z siebie wszystko...
Poprzez te trudne...
Dobiegały głosy pojedyncze i przemyślenia…rzadko, ale zawsze. Gdzieś na boku, z tyłu głowy, na dnie serca, parki zieleniły się z radością. Było tak za każdym razem; ściśnięte pękały, wrzeszczące cichły prędko. Ilekroć daleko - upadek, rozpad, rozłam; byleby wgnieść wszytko do środka, wbijać sobie do głowy i wmawiać, że czarne jest białe.
Mijało zielenią, niebieskością, jakby skropione czerwienią. Oceany trwoniły miejsca w swej pamięci na przechowywanie ładunków ze statków rozbitych wspomnień. Gorzkie, gorzkie wieki, i słodyczy przebłyski, ach, to te lęki stojące na straży u wrót nieokiełznanego piękna...
Oślepienie padło na wierzch, uchylając spód dopiero niedawno, lecz wystarczająco wcześnie, by odetchnąć nim, zachłysnąć się namiastką ideału. 
'Chciałbym być sobą wreszcie', jak cichutkie pochlipywanie, a zarazem krzyk, wydarty wprost z głębi ogromnej, beznadziejnej, bezmiernej krzywdy...
Broń się, broń i uciekaj. Śmiej się i odpychaj wszystko, traćmy się, gdy wokół rosną dęby, i pachną latem przepięknie, roniąc łzy jesiennie...od razu trzynaście, od razu pięć i sześć, i dwa. Od razu osiem i dziewięć, natychmiast!
Ale bez znaczenia, bez odzewu ze strony okrętu, niesionego falami odrazy. Cały w obaw kotwicach, obtoczony żelazem postanowień. Ziemia z Tobą staje się miększa, lżejsza, przepiękne drzewa o szorstkiej korze, przyjemnie drapiącej palców opuszki…I kark; na karku motyl przycupnął i rozwiał wątpliwości, co do snu ukrytego wewnątrz, w głębi, na szczycie wieży, w ciemności lasu, w centrum zimna lodowej skały.
Boże, Boże, dokąd się wybierasz? Małe punkciki na dole zlewają się w całość, w całość ogromną na tle koloru ostrego...co chcesz przez to powiedzieć, och, Boże? Światełko to urocze, pomięta ulotka i drobny deszczyk, dreszczyk, deszczyk...
Śmiesznie Ci w tych wyśnieniach, lśnieniach niepojętych, a mi - głupio wręcz - w kaplicy tak stać samotnie, ze świadomością nagości własnych słów i tego wszystkiego, bo zbyt się niebo odsłoniło, za jasne słońce paliło dziś nasze głowy. Może więc to TO właśnie stoi za skupieniem się nocy w jednej czarnej kropce postawionej na końcu, kiedyś, kiedy wreszcie...? 
Obojętne, obojętne, czy naprawdę obojętne? Niechciane, truskawkowo-zielony utwór w radiu, niechciane, na podłodze ciągle, niechciane i rozsypane, poślinione koperty papieru złożonego z czegoś więcej niż strzępków niechcianych, a jednak tak samo - niechciane!
Ani chwili, ani krzty, ani odrobiny. Czas oto rozkłada skrzydła swoje na kawałek dnia, na cząstkę życia, łaskawy...Nie docenisz? 
Czy dalej kształtowanie terenu pomiędzy latami trwać będzie, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny...?
A w domu mym się szerzą szczeliny. Okrwawione nieznanym może do końca uczuciem, swobodnie kiełkują w ciszy, nieświadomości...i obojętności. Obojętne, obojętne...niechciane! Zaniechane!
Rozpadało się, rozpadło się niebo deszczem, ale tkwi wewnątrz lato jeszcze, choć płaczą trawy rankami odwiecznie, choć kwiaty zabiły swe tęcze...
Zabrania mi, nie pozwala...Kątem oka, widzę, że się oddala, ale ścisk, taki ścisk nie pozwala się wyrwać i pędem rzucić do przodu, za piękną tą Niepogodą...




2.    Cyrk

Ilekroć…odwagą napełni się serce…och, głupota!
Błahe i byle jakie są te bałagany, krzywe i poorane pustymi wyobrażeniami szklanych wystawek uczuć, widzianych szklanymi oczami…Dzikość. To ona tak pociąga, pcha, porywa w te strony niebezpieczne, i nieważne kiedy, i nieważne w kim…ona JEST.
Bledną okiennice na widok toczącej się szarości ulicy, nadchodzącej coraz to większymi krokami; masywna, wybrukowana apokalipsa wyciąga stopy przed siebie i przechodzi nad naszymi głowami – zamyka nas, nie niszczy, choć zgniata na odległość…
Chcesz zabić, zabić?
Więc zamilcz, zabij, nie słyszę bo nie chcę, to Twoje idee, to Twoja karuzela, Twoje wesołe miasteczko, Twój cyrk z wypchanymi słoniami o guzikach wetkniętych po obu stronach trąb, pełen klaunów na jednokołowcach z plasteliny, rozlatującej się i topiącej od słońca…na co, na co to wszystko? Zabij więc.
Zamieszanie podskakujące i krzyczące wokół daje pewnego pokroju poczucie bezpieczeństwa, nieprawdaż? Oddechy wplatają się bezwiednie, monotonnie, w co popadnie, gdzie popadnie, czy to włosy czy myśli, nieważne, nieważne! Istotne jest tylko to, co nosimy wspólnie między palcami, na czym i pod czym leżymy jednocześnie, i na czyje oko chuchamy, chcąc osadzić choćby cząstkę jednego na drugim.
Kopyta się przetarły, koła się załamały, a droga nie kończy się wcale na szczycie pierwszej lepszej góry, na którym można się obejrzeć za siebie i dostrzec miasto swoje, a w nim mrówki małe biegające w tę i we w tę, sprawami swoimi tak bardzo przejęte, zdruzgotane, że nie dostrzegające nawet ogromu roztaczającego się nad ich głowami, wodospadu nie do ogarnięcia, którego namiastkę da się ujrzeć właśnie tu, zatrzymując się na chwilę, by odsapnąć…
 A gdyby oczy w przeciwną zwrócić stronę – ciemność i spadek, długość każda się wydłuża, senność każda do snu kołysze, ledwie się dzień zacznie, ledwie świt słońce wywoła, by wzeszło wyżej, niż dotychczas, bo może to dziś, właśnie dziś jest ten jeden, lepszy od pozostałych, dzień poznania najszczerszej prawdy…? Niewiadoma.
Kwieciste intensywnie się żarzą powłoki bezkresów nad łukiem brwiowym, nad czoła horyzontem. Za stawem leży moja chatka, porzucona, wykrzywiona i obdarta, zapleśniała i taka nijaka, zupełnie jak ja, gdy tylko na mnie patrzysz…
Potwornie niedoskonała się czuję, ale to chyba lepiej, niż gdybym idealna…bo wtedy to starać się…po co? Stąd zadowolenie ogólne wynika z dwóch nieszczęść nie mogących się porozumieć, a dopóki się stara choć jedna strona tej karty, dopóty lśnić będzie coś na osi życia całej układanki.
Smaki, ach, chciałabym poczuć bezwstydnie, bez pamięci, ale…to nie dla mnie, mówisz?
A cóż z tego, co masz, własnymi łzami i potem stworzyłeś, co krwią swoją ochrzciłeś, by zwać swoim, co Twoje, co w objęciu masz spojrzenia?
Nie dotykaj, jeśli nie potrafisz tego pokochać, nie dotykaj, jeśli nie jesteś gotów, by to do siebie na zawsze przywiązać, bo lgnie do Ciebie, potrzeba jakaś wewnętrzna, nieposkromiona i uzależniająca z każdej strony, od spodu i z góry…zewsząd!
Drwiny tylko Ci w smak, a mi w smak Twój smak, o ile przyzwolenie otrzyma, nieważne, jak potem mi żal i jaki wstyd, i wstręt, och, paskudztwo to moje zabrudziło ideał Twój przecież, i w pamięci mojej już zapaprany jesteś jakimś…jakimś…
Moje.
Zapach rozwinęłabym do granic możliwości, gdyby się dało stąpać po linie jedną nogą tkwiąc we śnie, a drugą zaś na jawie kręcić i mieszać wodę w studzience, a może w oczku wodnym…gdyby się dało! Ja nie wątpię, ale chcę zbyt mocno po prostu.
Ucisz trajkotanie, ucisz to moje gadanie, może gdyby zachód nie wisiał w tej chwili nad miastem, nie pchałabym myśli swych w usta Twoje chcąc je usłyszeć nie z siebie, lecz z Ciebie, ale czerwień, tak się składa, zatoczyła już krąg wokół, i nie ma, nie ma odwrotu!
Utopiłam się, słyszysz? Słyszysz jak szumi pisane zdanie…?
Wyrwę się kiedyś, przysięgam, w Twą stronę, jeśli pozwolisz mi raz jeszcze się odwrócić, tak jak dziś…utonę!
Leżę w strumieniu szerokiej Twej obojętności lodowatej, obojętności czy samozaparcia, nieważne, żelazne postanowienia zaciśnięte wokół kostek, nieważne, nieważne dopóki nie chcesz tego zmienić. Wypadłam z wagonu pociągu Twojego rozrywek pełnego i tłukącego się niemiłosiernie na moście, och, ucisz, ucisz to moje gadanie…!
Cyrk, wesołe miasteczko otwierasz swoje, może po to właśnie, by mnie zagłuszyć…




3.     Niedoskonałości dosyć

Mam serdecznie dosyć i jestem zmęczona, wyczerpana, wykończona, ciągłym rozdrapywaniem słów i słówek, wyskrobywaniem z dna kubka resztek Twojego oddechu, wyciskaniem sensu z pomiętych, zgniecionych i spłaszczonych myśli, które porzuciłeś odwiedzając mnie i kładąc nas na poduszce, które wetknąłeś w sam środek łóżka tak, że przeniknęły do wnętrza, wielkiego wnętrza Wszystkiego…
Dość skakania wokół Ciebie, za cieniem Twoim, jako cień Twój niezdarny, odbicie niedoskonałe, drepczące niezdarnie i następujące Ci na pięty, dość wierzenia w Twe zwierzenia, obmyte bajkami szepczącymi, które…
Ach, które…!
Nie dość mam, wcale nie dość, ani trochę, nie wystarczająco mam Ciebie!
Jeszcze tak mi boleśnie mało odcisków i sińców, wojen i starań o pokój, wyrywania skrzydeł i dziergania nowych pajęczyn na mostach naszych wiszących, jeszcze mi mało tego Pomiędzy!
Dosyć mam tylko znużenia swego, bierności tej i strachu, co zgniata, co latarnie gasi, co oblepia mchem cegiełki śliskie na ścianach studni, z której to wyczołgać się nie potrafię, o, ja nieudolna, niezdarna, niedoskonała…niedoskonała jestem tak bardzo przy Tobie, że zwala mnie z nóg choćby uśmiech prosty, byle jaki, w pośpiechu posłany, załamanie to ukochane na twarzy Twej ukochanej, a blizny pod Twymi palcami…tak paskudnie niedoskonałe!
Próg przekroczyłeś niby za wcześnie, niby niepotrzebnie, a jednak tak słusznie, w odpowiedniej chwili, wymierzone Twoje kroki, drżenie beztroski w kieszeniach, niespokojne i czułe, niespokojne i miłe, gładkie i ciepłe…nietrwałe!
Przemijające na zewnątrz tak szybko, chmury rozsuwają się prędko, uciekają, gonią nieustannie, pędzone wiatrem, a wobec tego człowiek, nieudolny, z tchnienia i westchnienia naraz zrodzony, nie jest w stanie…nie jest w stanie ogarnąć, zatrzymać, pochwycić…
Ale ja odtwarzam, tam i z powrotem przesuwając wskazówki, w górę i w dół pchając ręce ospałe i ciężkie, tu i tam wciskam pięty, łydki przestawiam to w przód, to w tył.
Gryzę i ślinię niknące linie, a śnieg mój się topi, skały się kruszą z tęsknoty tej niezmierzonej, urojonej, wybujałej, przekwitłej…Płatku lodowatej lilii na mym policzku, kiedy wykruszysz się zupełnie, do końca, tak bym Cię mogła strzepnąć, porzucić, nie musieć się o Ciebie troszczyć, poić Cię swymi łzami i karmić spojrzeniami…? Kiedy wreszcie zmarniejesz cichutko, jak ja, leżąc i szarzejąc od kurzu, co nas przykrywa coraz bardziej dzień po dniu?
Pstryknij palcami, uszczypnij mnie.
Jeśli nie docenisz…jeśli nie chcesz…spluń swym odrzuceniem w moje usta, szarpnij dumą za włosy, niechęcią mi wymierz policzek…i przysięgnij, że nie wrócisz nigdy więcej…
Nawet gdy błagać będę, a będę…
…I złam wtedy swą przysięgę.
Dosyć, dosyć mam siebie, niedoskonałość mi ciąży na szyi, niedoskonałość – kamień ten solidny, połyskujący, jaki to on nie jest wyjątkowy, wyszukany, tylko mój własny, na zawsze, najbliższy…ach, jaki okropny w dotyku, szorstki!
Zachowania moje mogłyby tłumaczyć…a może nie, i nie powinny. Agrafki chcę wpinać w obręcze snów swoich, przymocować je do ścian umysłu na stałe, tak jak Ty mnie przybiłeś do drzewa swojego, pośród sosen strzelistych, do jedynego tak starego i próchniejącego…
Wybór należy do Ciebie, jak zawsze, byle nie do mnie, och, nie do mnie, bo niedoskonałość ta…majaki chorego, błędy, wykrzykniki i trzykropki bezpodstawne, bezcelowe, mącące ogół tylko…
I nie dość mam, nie mam dosyć uwagi Twojej i choćby tylko poprzez wykorzystanie, choćby światło tylko po Twojej stronie padać by miało, nieważne, póki obok, póki blisko, póki ciepło…Odwiń i zawiń mnie, połóż czy postaw, cokolwiek, ale nie patrz, proszę, zbyt długo i poważnie, odważnie, bo niedoskonała jestem niezwykle, i zgniata, i miażdży mnie oko szczere, choć drwiące w sposób jakiś nieopisany, śmiejące się czy kochające, nie wiem, ach, nie wiem…!
Usiądźmy na brzegu fontanny, przeliczmy wszystko, sprawdźmy zyski i straty, doszukajmy się dziury, pęknięcia, szczeliny w kamiennym murze, na którym leżymy przez życie całe, powróćmy na chwilkę, na chwileczkę, och, proszę, zabierz mnie tam raz jeszcze, i zagraj dla mnie, zanuć mi piosenkę, na plecach wypisz głupie wyrazy, choćby przekleństwa, cokolwiek od Ciebie pochodzi inne jest przecież niż…moje, to Moje, które zbrzydło mi tak bardzo...
Nie masz czasu!
Nie masz czasu!
I Ty właśnie nie masz czasu!
Boże Drogi, gdybym na czas patrzyła, gdybym to tylko czas musiała, chciała poświęcić…wykręcaj mnie na wszystkie strony, obracaj, przerzucaj, pouczaj, co zechcesz, ale nie mów mi tylko…nie mów mi tylko że nie masz czasu!
Jutro zniknie to w Tobie, czy może pojutrze? Kiedy mam się spodziewać upadku marzenia, które skoczyło już z dachu najwyższego jakiś czas temu, pchnięte beznadzieją tej chorej sytuacji, nieuleczalnej, wymiętej…
Przejętą mnie czynisz aż nadto, zmartwioną i zatroskaną o Ciebie, a czasu nie masz nawet dość, by przejąć się równie i zmartwić, by potrzymać…potrzymać za rękę i zachwycić się po raz pierwszy lub może kolejny, bo nie wiem, czy widziałeś już to, co ja, czy jeszcze nie…Rzeko, czy chcesz mi jeszcze potowarzyszyć?
Pozostanę Brzegiem Twoim, jeśli tylko się zgodzisz.
A zgódź się, proszę, mimo niedoskonałości i suszy mojej nieustającej, nawodnij mnie, zechciej chociaż, zechciej tak mocno, jak rwać się chcesz do przodu, jak pędzić potrzebujesz nieustannie…

Chciałbyś
Się jeszcze
Powłóczyć
Ze mną?

Na rogu ulicy ostatniej stoję, jak kamienica, co wrosła w krajobraz tej beznadziejnej szarości. Wpisałam Ciebie w siebie, niedoskonała i nierozważna, mam za swoje i swoje targam, psuję i niszczę, ale czekam wciąż…czekam.
I milczę.

Nie dość mam jeszcze oddechu Twego, mgieł na ustach wciąż za mało…
Rzęsy mi kruszy Twoja pewność siebie.
Ale milczę.

Milczę.




Vuohi