piątek, 23 października 2015

Odrzucam, odpycham...zasługuję. I kocham.

Boże, naprawdę zdaję się wszystko rozumieć...a ilekroć mi się tak wydaje, podnosisz mnie, ściskasz mocno w swej dłoni sprawiedliwej, i stawiasz w zupełnie innym miejscu, okręcasz w koło...i już nie wiem, nie mam pojęcia, gdzie jestem...
Ale wiem, że zasłużyłam.
Zasłużyłam na to wszystko.
Jak liść, co zielenią radosną błyszczy na drzewie, marnieję i żółknę, opadam na jesień, a potem gniję, leżę i gniję, pod pokrywą lodu, pod białą warstwą złudzenia i ciszy. Jak kwiat, co wiosną i latem targany przez wiatry, chwieję się i rzucam rozpaczliwie we wszystkie strony, chwytam i wypuszczam powietrze, łamię się i powstaję, uginam się pod deszczem i cierpnę na słońcu, aż kostnieję, niknę i zamarzam w końcu...
Jakim prawem oczekuję, że poruszające zorze wzejdą dla mnie tu i teraz, gdy czuję, skoro czuję tak mocno, tak bardzo...ale w nieodpowiedniej chwili? Karzesz mnie spojrzeniami, karzesz mnie słowami, ale nie równają się te boleści z moimi czynami, bo ciernie...ciernie wbijam, notorycznie, potwornie, w każdą miękkość, co przedwcześnie się objawi, w każdą szczelinę wady swoje wtykam, upycham i upycham, chcąc zniechęcić...ale ranię tylko, i psuję wszystko.
Głoduję na głos latami, by przy najcichszej uczcie pożerać, jak szarańcza, cokolwiek napotkam, sycę się i sycę zgniłymi owocami, napełniam usta drzazgami i serce zabijam deskami, a potem...na tacy złotej danie tak piękne, gotowe, świeże i czyste...odrzucam, odpycham!
Wyrwać bym mogła wszystkie włosy z głowy, zedrzeć skórę z kolan i łokci, dokopać się pięściami do samego dna, do jakiegoś sensu, pojąć ten ogrom, rozumieć go łakomie, poić się nim łapczywie, ale cóż z tego...cóż z tego, gdy siebie nie zmienię i nie cofnę niczego?
Zasłużyłam, zasłużyłam...
Zużyłam źródło łaski i szczerych uśmiechów, do dna wyskrobałam szczęście najprostsze, najcieplejsze...wciąż poszukując uparcie czegoś ponad to, czegoś wyższego, lepszego...Och, na co i po co?!
Zaklinałam się, wmawiałam sobie...chciałam ze wszystkich sił kochać tak samo, jak inni, kochać tak mocno i pięknie, starać się i dawać z siebie wszystko...ale burze moje wewnętrzne nie pozwalały mi się uspokoić, i smugi pamięci sunące po czole wstyd rysowały na twarzy, nieudolność moja i bierność, nienasycenie wieczne, pogarda...!
Brzydkie się staje to wszystko, ohydne, paskudne, a ja płaczę wciąż i rozpaczam, dlaczego nie ma kogoś blisko, dlaczego nie ma kogokolwiek...A był Ktokolwiek, był Ktoś i nadal jest Ktoś Jeszcze, ale nie, to nie to - ja odrzucam, odpycham!
Nie pozwalam się tulić, zabraniam się kochać Miłości jasnej co drogą mnie pewną mogłaby przez życie prowadzić, bo sercem wiatr targa i popycha raz w tę, raz w tamtą stronę, i koniec końców...tonę, we własnym szaleństwie i niezdecydowaniu - tonę.
Na życzenie swoje niemal, pogrzeb sobie szykuję, sama marzeniami dół ciągle wykopuję i nie chcę, o, nie chcę słyszeć ani słowa, że przecież mam szczęście, mam oczy i usta piękne na wyciągnięcie ręki, mam ramiona silne i skrzydła przypięte do pleców - jeśli zechcę tylko, to wzlecę...ale nie chcę, nie chcę i nie zechcę!
Burzy się jakaś budowla we mnie, a może i ja tą budowlą jestem...Jak wrony co resztki wydziobują, i jak sępy, co padlinę skubią...paskudna jest ta uczta, a Samotność...towarzyszy mi na moje życzenie przecież!
Gryzę paznokcie, szczypię do krwi, kopię, uderzam, uderzam i kopię, tracę obraz przed oczami i rozmywa się wszystko, jednak szczęśliwa na moment jestem w tym całym swoim szaleństwie. Smutek i ból, i hałas, i cisza...wszystko jedno, nieważne; melancholia gra najpiękniej, więc upajam się jej dźwiękiem i czuję, czuję nareszcie wszystko najmocniej, jak potrafię...bo czuję to swym żalem.
Dopóki cierpieniem nie odczuwam, to nijak odczuwam. Nie potrafię...
Dlatego obce mi, obce uniesienia proste, na chwilę tylko, a potem...rany znów zadaję, ramy ustawiam, a obrazki porzucam, odchodzę zawsze w inną, niż powinnam, stronę...a potem zdziwienie wielkie nastaje, że jak to, dlaczego i czemu właśnie ja...?
Ach - westchniesz, Boże - chciałaś odczuwać najmocniej...
Najdotkliwszy, największy, najsroższy ból - oto jest miłość prawdziwie szczęśliwa. Taką się czuje od stóp do głów, taka duszy nie opuszcza...
I opuszką możesz dotknąć jej początku, ale pięścią końca nie sięgniesz. I wzrokiem możesz objąć jej straty, ale zysków nie dostrzeżesz.
I tak się dzieje, że nagle bledniesz powoli, nie śpisz i nie jesz, jak kiedyś. Wszystkiego wciąż za mało i za dużo naraz, wszystko cieszy i drażni za mocno. Miłość taka, co świata kontury wyostrza po prostu.
Nie wiadomo wówczas, czy chce się żyć bardziej, by nie tracić tego odczucia, czy umrzeć wreszcie i ból ukrócić. Bo nic się nie chce, nic się nie chce...
I taką Ją znam najlepiej. A bajki, co się mienią realnymi, co się o świadomość raz na jakiś czas ocierają...odrzucam, odpycham!
Zasłużyłam więc i zasługuję.
Modliłam się o wielką, wielką czerwień nieskończoną, co zrodzi się w sercu i wybuchnie, rozbije mnie na kawałki, rozniesie podmuchem po świecie...i wszędzie, wszędzie będę mogła jej dotknąć, ale nigdy zasmakować.
Być może...prawdziwa Miłość jest tylko nieszczęśliwa.
Ta odwzajemniona...niebezpiecznie prędko przeradza się w namiętność, której płomień gaśnie przedwcześnie...nim się ktokolwiek zorientuje, że to nie z nim, nie z nią, nie dla niego i nie dla niej...i że NIC.
Jak chmura, co pęka od wody nadmiaru, rozpruwam się co dnia i katuję, ale to przecież takie piękne, takie dobre i...ja na to zasługuję.
Latami uparcie wierciłam dziurę między żebrami, oczyszczałam skórę słonymi łzami, wmawiając wciąż, wmawiając sobie...że to kochania najbardziej potrzebuje człowiek. Nie, kochania, a bliskości, bo bliskość sama nie przyniesie przykrości.
A kochania nikt nie pragnie, naprawdę.
Kochanie niszczy, kochaniem niszczą, kochaniem niszczę;
Pod skórę wchodzi choroba śmiertelna, nieuleczalna i niezwykle piękna...
I nagle jedno, cholerne spojrzenie Cię uzależnia. Nie możesz oddychać bez jednego zapachu w powietrzu, nie możesz spać bez ciepła przy boku, nie możesz śmiać się, bez echa radości...nie możesz żyć bez obecności...urojonego ideału wprost wyssanego z palca, zrodzonego ze snu obłąkańca!
A jednak...
Jednak mylę się ciągle.
I chcę, i nie chcę.
I każdy trochę chce i trochę nie chce.
Psuje się, psuje się wszystko po kolei, gryzą się myśli, jak zwierzęta, rzucają się sobie do gardeł, a uczucia zalewają każdą ulicę, każdy dom, każdy pokój. Siedzą te zmory w każdym z czterech kątów, wyłaniają się zza rogu budynku, skaczą po niebie i suną po chodnikach, drzemią w głębinach niezmierzonych...
Myślę sobie...że wystarczy mi szaleństw, dosyć gonitw, bitew i boleści...ale czymże innym zasłużę na swoje kochanie? Wystarczy mi tęsknot, żali i niespełnionych pragnień...ale czymże bez tego jest miłowanie?
Myślę sobie...ale czy to ważne, że cokolwiek myślę sobie...?
Nie zdziwiłabym się, bo zasłużyłam, na to by się nie liczyło żadne słowo moje i zdanie.
Tyle już obiecałam, nieświadoma własnej niemocy, wobec dotrzymywania obietnic. I mi także obiecywano, a więc wszystko wraca, biel i czerń krążą nieustannie po świecie i raz ciemno jest, raz jasno...
Żal mi, za to, że nie potrafiłam i nie potrafię...nacieszyć się prostym, i po prostu dać się nacieszyć...ale wszystko to zdaje się puste, potwornie puste...
Tak jakby...

Serce mi do dna zmartwiało, od nadmiaru kochania nieszczęśliwego.

I tak, jakbym...

Serca do dna mrozić musiała, od niedostatku kochania odpowiednio...prostego.

O, rany...
Muszę...muszę zebrać myśli...

Kocham!
Kocham okropnie, okropnie kocham się w Tobie, kocham się w Tobie zakochiwać, choćby tysiące razy to samo cierpienie znosić, ja nie oddam żadnego z tych swoich zakochań, bo kocham, kocham i uparcie chcę kochać! Nieważne, że psuję się od środka, że zamykam drzwi na poprawne i piękne, nieważne, bo ja nie chcę ślicznie, ani ładnie, ani uroczo i dziecinnie kochać, bo nie potrafię, ja rozumiem, pojmuję już chyba...że zasłużyłam, że odrzucaniem i odpychaniem...zasługuję na to, by stale się rzucać raz w ogień, raz na głęboką wodę, byś mnie nie mógł zrozumieć i abym ja mogła rozumieć Cię do samych kości, rozpaczliwie, o czym nigdy byś się nie mógł dowiedzieć. Widzę, że czekać muszę, by zapłacić za swoje, by wytrwałością odbudować kamienice zniszczone i kościoły spalone, na marne, na marne pozwalałam rozrastać się ogrodom wokół, kiedy to krzew ciernisty miałam u boku...Najpiękniejszy, najtrudniejszy...Ja, jak wodospad, jak wulkan, skaczę z impetem i pędzę, rwę się do Ciebie w wariactwie tym całym, i ranię, po drodze ranię...ale i przestać nie potrafię, zatrzymać się nie mogę, nie umiem...rozbijam coś, strącam, tratuję, lecz gnam wciąż, bo kocham, czuję, że kocham szalenie, nie widzę nikogo, niczego, ja kocham się, kocham się zakochiwać i choćby na chwilę porwać coś, porwać się dać, wygrywać i przegrywać, nienawidzić się z sił wszystkich za miłość tę nieokiełznaną, w nieodpowiednią rzuconą stronę, w niewłaściwym wzniesioną czasie, niedoskonałą, w całości poobdzieraną...
Tak podle i źle się czuję, ale i przestać, przestać nie umiem!

Chora, chora, nieuleczalnie...!
Nikt nie chce kochać, chcąc kochać najbardziej...!

.

I może czasami mam ochotę umrzeć, gdy widzę, jak bardzo jestem Ci obojętna.
Ale to nic takiego - ja...

Zasłużyłam.




Vuohi

1 komentarz:

  1. Jestem żarówką tej chwili
    Małą łysą śpiewaczką
    Śpiewać chcę o obłędzie
    Najtrudniej będzie zasnąć ...

    [SDM]

    OdpowiedzUsuń