piątek, 2 października 2015

Myśli, które gasną...

1.    Niepogoda

Od kiedy to wszystko…
Za czasów przyjaźni nie było nigdy czasu...ale ku dobrym stronom obecnych wad - nie wypaliło, nie strapiło, nie zmęczyło się zbyt szybko. Kształtowanie terenu pomiędzy latami trwało, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny. Krajobraz Dystansu odbiegał od rozciągniętego nad głowami straceńców nieba, poplamionego zakurzonymi obłokami. Słońce od zawsze było zbyt zmęczone, by dawać z siebie wszystko...
Poprzez te trudne...
Dobiegały głosy pojedyncze i przemyślenia…rzadko, ale zawsze. Gdzieś na boku, z tyłu głowy, na dnie serca, parki zieleniły się z radością. Było tak za każdym razem; ściśnięte pękały, wrzeszczące cichły prędko. Ilekroć daleko - upadek, rozpad, rozłam; byleby wgnieść wszytko do środka, wbijać sobie do głowy i wmawiać, że czarne jest białe.
Mijało zielenią, niebieskością, jakby skropione czerwienią. Oceany trwoniły miejsca w swej pamięci na przechowywanie ładunków ze statków rozbitych wspomnień. Gorzkie, gorzkie wieki, i słodyczy przebłyski, ach, to te lęki stojące na straży u wrót nieokiełznanego piękna...
Oślepienie padło na wierzch, uchylając spód dopiero niedawno, lecz wystarczająco wcześnie, by odetchnąć nim, zachłysnąć się namiastką ideału. 
'Chciałbym być sobą wreszcie', jak cichutkie pochlipywanie, a zarazem krzyk, wydarty wprost z głębi ogromnej, beznadziejnej, bezmiernej krzywdy...
Broń się, broń i uciekaj. Śmiej się i odpychaj wszystko, traćmy się, gdy wokół rosną dęby, i pachną latem przepięknie, roniąc łzy jesiennie...od razu trzynaście, od razu pięć i sześć, i dwa. Od razu osiem i dziewięć, natychmiast!
Ale bez znaczenia, bez odzewu ze strony okrętu, niesionego falami odrazy. Cały w obaw kotwicach, obtoczony żelazem postanowień. Ziemia z Tobą staje się miększa, lżejsza, przepiękne drzewa o szorstkiej korze, przyjemnie drapiącej palców opuszki…I kark; na karku motyl przycupnął i rozwiał wątpliwości, co do snu ukrytego wewnątrz, w głębi, na szczycie wieży, w ciemności lasu, w centrum zimna lodowej skały.
Boże, Boże, dokąd się wybierasz? Małe punkciki na dole zlewają się w całość, w całość ogromną na tle koloru ostrego...co chcesz przez to powiedzieć, och, Boże? Światełko to urocze, pomięta ulotka i drobny deszczyk, dreszczyk, deszczyk...
Śmiesznie Ci w tych wyśnieniach, lśnieniach niepojętych, a mi - głupio wręcz - w kaplicy tak stać samotnie, ze świadomością nagości własnych słów i tego wszystkiego, bo zbyt się niebo odsłoniło, za jasne słońce paliło dziś nasze głowy. Może więc to TO właśnie stoi za skupieniem się nocy w jednej czarnej kropce postawionej na końcu, kiedyś, kiedy wreszcie...? 
Obojętne, obojętne, czy naprawdę obojętne? Niechciane, truskawkowo-zielony utwór w radiu, niechciane, na podłodze ciągle, niechciane i rozsypane, poślinione koperty papieru złożonego z czegoś więcej niż strzępków niechcianych, a jednak tak samo - niechciane!
Ani chwili, ani krzty, ani odrobiny. Czas oto rozkłada skrzydła swoje na kawałek dnia, na cząstkę życia, łaskawy...Nie docenisz? 
Czy dalej kształtowanie terenu pomiędzy latami trwać będzie, pęczniejąc od smutku i śmiechu, na przemian pagórki i szerokie doliny...?
A w domu mym się szerzą szczeliny. Okrwawione nieznanym może do końca uczuciem, swobodnie kiełkują w ciszy, nieświadomości...i obojętności. Obojętne, obojętne...niechciane! Zaniechane!
Rozpadało się, rozpadło się niebo deszczem, ale tkwi wewnątrz lato jeszcze, choć płaczą trawy rankami odwiecznie, choć kwiaty zabiły swe tęcze...
Zabrania mi, nie pozwala...Kątem oka, widzę, że się oddala, ale ścisk, taki ścisk nie pozwala się wyrwać i pędem rzucić do przodu, za piękną tą Niepogodą...




2.    Cyrk

Ilekroć…odwagą napełni się serce…och, głupota!
Błahe i byle jakie są te bałagany, krzywe i poorane pustymi wyobrażeniami szklanych wystawek uczuć, widzianych szklanymi oczami…Dzikość. To ona tak pociąga, pcha, porywa w te strony niebezpieczne, i nieważne kiedy, i nieważne w kim…ona JEST.
Bledną okiennice na widok toczącej się szarości ulicy, nadchodzącej coraz to większymi krokami; masywna, wybrukowana apokalipsa wyciąga stopy przed siebie i przechodzi nad naszymi głowami – zamyka nas, nie niszczy, choć zgniata na odległość…
Chcesz zabić, zabić?
Więc zamilcz, zabij, nie słyszę bo nie chcę, to Twoje idee, to Twoja karuzela, Twoje wesołe miasteczko, Twój cyrk z wypchanymi słoniami o guzikach wetkniętych po obu stronach trąb, pełen klaunów na jednokołowcach z plasteliny, rozlatującej się i topiącej od słońca…na co, na co to wszystko? Zabij więc.
Zamieszanie podskakujące i krzyczące wokół daje pewnego pokroju poczucie bezpieczeństwa, nieprawdaż? Oddechy wplatają się bezwiednie, monotonnie, w co popadnie, gdzie popadnie, czy to włosy czy myśli, nieważne, nieważne! Istotne jest tylko to, co nosimy wspólnie między palcami, na czym i pod czym leżymy jednocześnie, i na czyje oko chuchamy, chcąc osadzić choćby cząstkę jednego na drugim.
Kopyta się przetarły, koła się załamały, a droga nie kończy się wcale na szczycie pierwszej lepszej góry, na którym można się obejrzeć za siebie i dostrzec miasto swoje, a w nim mrówki małe biegające w tę i we w tę, sprawami swoimi tak bardzo przejęte, zdruzgotane, że nie dostrzegające nawet ogromu roztaczającego się nad ich głowami, wodospadu nie do ogarnięcia, którego namiastkę da się ujrzeć właśnie tu, zatrzymując się na chwilę, by odsapnąć…
 A gdyby oczy w przeciwną zwrócić stronę – ciemność i spadek, długość każda się wydłuża, senność każda do snu kołysze, ledwie się dzień zacznie, ledwie świt słońce wywoła, by wzeszło wyżej, niż dotychczas, bo może to dziś, właśnie dziś jest ten jeden, lepszy od pozostałych, dzień poznania najszczerszej prawdy…? Niewiadoma.
Kwieciste intensywnie się żarzą powłoki bezkresów nad łukiem brwiowym, nad czoła horyzontem. Za stawem leży moja chatka, porzucona, wykrzywiona i obdarta, zapleśniała i taka nijaka, zupełnie jak ja, gdy tylko na mnie patrzysz…
Potwornie niedoskonała się czuję, ale to chyba lepiej, niż gdybym idealna…bo wtedy to starać się…po co? Stąd zadowolenie ogólne wynika z dwóch nieszczęść nie mogących się porozumieć, a dopóki się stara choć jedna strona tej karty, dopóty lśnić będzie coś na osi życia całej układanki.
Smaki, ach, chciałabym poczuć bezwstydnie, bez pamięci, ale…to nie dla mnie, mówisz?
A cóż z tego, co masz, własnymi łzami i potem stworzyłeś, co krwią swoją ochrzciłeś, by zwać swoim, co Twoje, co w objęciu masz spojrzenia?
Nie dotykaj, jeśli nie potrafisz tego pokochać, nie dotykaj, jeśli nie jesteś gotów, by to do siebie na zawsze przywiązać, bo lgnie do Ciebie, potrzeba jakaś wewnętrzna, nieposkromiona i uzależniająca z każdej strony, od spodu i z góry…zewsząd!
Drwiny tylko Ci w smak, a mi w smak Twój smak, o ile przyzwolenie otrzyma, nieważne, jak potem mi żal i jaki wstyd, i wstręt, och, paskudztwo to moje zabrudziło ideał Twój przecież, i w pamięci mojej już zapaprany jesteś jakimś…jakimś…
Moje.
Zapach rozwinęłabym do granic możliwości, gdyby się dało stąpać po linie jedną nogą tkwiąc we śnie, a drugą zaś na jawie kręcić i mieszać wodę w studzience, a może w oczku wodnym…gdyby się dało! Ja nie wątpię, ale chcę zbyt mocno po prostu.
Ucisz trajkotanie, ucisz to moje gadanie, może gdyby zachód nie wisiał w tej chwili nad miastem, nie pchałabym myśli swych w usta Twoje chcąc je usłyszeć nie z siebie, lecz z Ciebie, ale czerwień, tak się składa, zatoczyła już krąg wokół, i nie ma, nie ma odwrotu!
Utopiłam się, słyszysz? Słyszysz jak szumi pisane zdanie…?
Wyrwę się kiedyś, przysięgam, w Twą stronę, jeśli pozwolisz mi raz jeszcze się odwrócić, tak jak dziś…utonę!
Leżę w strumieniu szerokiej Twej obojętności lodowatej, obojętności czy samozaparcia, nieważne, żelazne postanowienia zaciśnięte wokół kostek, nieważne, nieważne dopóki nie chcesz tego zmienić. Wypadłam z wagonu pociągu Twojego rozrywek pełnego i tłukącego się niemiłosiernie na moście, och, ucisz, ucisz to moje gadanie…!
Cyrk, wesołe miasteczko otwierasz swoje, może po to właśnie, by mnie zagłuszyć…




3.     Niedoskonałości dosyć

Mam serdecznie dosyć i jestem zmęczona, wyczerpana, wykończona, ciągłym rozdrapywaniem słów i słówek, wyskrobywaniem z dna kubka resztek Twojego oddechu, wyciskaniem sensu z pomiętych, zgniecionych i spłaszczonych myśli, które porzuciłeś odwiedzając mnie i kładąc nas na poduszce, które wetknąłeś w sam środek łóżka tak, że przeniknęły do wnętrza, wielkiego wnętrza Wszystkiego…
Dość skakania wokół Ciebie, za cieniem Twoim, jako cień Twój niezdarny, odbicie niedoskonałe, drepczące niezdarnie i następujące Ci na pięty, dość wierzenia w Twe zwierzenia, obmyte bajkami szepczącymi, które…
Ach, które…!
Nie dość mam, wcale nie dość, ani trochę, nie wystarczająco mam Ciebie!
Jeszcze tak mi boleśnie mało odcisków i sińców, wojen i starań o pokój, wyrywania skrzydeł i dziergania nowych pajęczyn na mostach naszych wiszących, jeszcze mi mało tego Pomiędzy!
Dosyć mam tylko znużenia swego, bierności tej i strachu, co zgniata, co latarnie gasi, co oblepia mchem cegiełki śliskie na ścianach studni, z której to wyczołgać się nie potrafię, o, ja nieudolna, niezdarna, niedoskonała…niedoskonała jestem tak bardzo przy Tobie, że zwala mnie z nóg choćby uśmiech prosty, byle jaki, w pośpiechu posłany, załamanie to ukochane na twarzy Twej ukochanej, a blizny pod Twymi palcami…tak paskudnie niedoskonałe!
Próg przekroczyłeś niby za wcześnie, niby niepotrzebnie, a jednak tak słusznie, w odpowiedniej chwili, wymierzone Twoje kroki, drżenie beztroski w kieszeniach, niespokojne i czułe, niespokojne i miłe, gładkie i ciepłe…nietrwałe!
Przemijające na zewnątrz tak szybko, chmury rozsuwają się prędko, uciekają, gonią nieustannie, pędzone wiatrem, a wobec tego człowiek, nieudolny, z tchnienia i westchnienia naraz zrodzony, nie jest w stanie…nie jest w stanie ogarnąć, zatrzymać, pochwycić…
Ale ja odtwarzam, tam i z powrotem przesuwając wskazówki, w górę i w dół pchając ręce ospałe i ciężkie, tu i tam wciskam pięty, łydki przestawiam to w przód, to w tył.
Gryzę i ślinię niknące linie, a śnieg mój się topi, skały się kruszą z tęsknoty tej niezmierzonej, urojonej, wybujałej, przekwitłej…Płatku lodowatej lilii na mym policzku, kiedy wykruszysz się zupełnie, do końca, tak bym Cię mogła strzepnąć, porzucić, nie musieć się o Ciebie troszczyć, poić Cię swymi łzami i karmić spojrzeniami…? Kiedy wreszcie zmarniejesz cichutko, jak ja, leżąc i szarzejąc od kurzu, co nas przykrywa coraz bardziej dzień po dniu?
Pstryknij palcami, uszczypnij mnie.
Jeśli nie docenisz…jeśli nie chcesz…spluń swym odrzuceniem w moje usta, szarpnij dumą za włosy, niechęcią mi wymierz policzek…i przysięgnij, że nie wrócisz nigdy więcej…
Nawet gdy błagać będę, a będę…
…I złam wtedy swą przysięgę.
Dosyć, dosyć mam siebie, niedoskonałość mi ciąży na szyi, niedoskonałość – kamień ten solidny, połyskujący, jaki to on nie jest wyjątkowy, wyszukany, tylko mój własny, na zawsze, najbliższy…ach, jaki okropny w dotyku, szorstki!
Zachowania moje mogłyby tłumaczyć…a może nie, i nie powinny. Agrafki chcę wpinać w obręcze snów swoich, przymocować je do ścian umysłu na stałe, tak jak Ty mnie przybiłeś do drzewa swojego, pośród sosen strzelistych, do jedynego tak starego i próchniejącego…
Wybór należy do Ciebie, jak zawsze, byle nie do mnie, och, nie do mnie, bo niedoskonałość ta…majaki chorego, błędy, wykrzykniki i trzykropki bezpodstawne, bezcelowe, mącące ogół tylko…
I nie dość mam, nie mam dosyć uwagi Twojej i choćby tylko poprzez wykorzystanie, choćby światło tylko po Twojej stronie padać by miało, nieważne, póki obok, póki blisko, póki ciepło…Odwiń i zawiń mnie, połóż czy postaw, cokolwiek, ale nie patrz, proszę, zbyt długo i poważnie, odważnie, bo niedoskonała jestem niezwykle, i zgniata, i miażdży mnie oko szczere, choć drwiące w sposób jakiś nieopisany, śmiejące się czy kochające, nie wiem, ach, nie wiem…!
Usiądźmy na brzegu fontanny, przeliczmy wszystko, sprawdźmy zyski i straty, doszukajmy się dziury, pęknięcia, szczeliny w kamiennym murze, na którym leżymy przez życie całe, powróćmy na chwilkę, na chwileczkę, och, proszę, zabierz mnie tam raz jeszcze, i zagraj dla mnie, zanuć mi piosenkę, na plecach wypisz głupie wyrazy, choćby przekleństwa, cokolwiek od Ciebie pochodzi inne jest przecież niż…moje, to Moje, które zbrzydło mi tak bardzo...
Nie masz czasu!
Nie masz czasu!
I Ty właśnie nie masz czasu!
Boże Drogi, gdybym na czas patrzyła, gdybym to tylko czas musiała, chciała poświęcić…wykręcaj mnie na wszystkie strony, obracaj, przerzucaj, pouczaj, co zechcesz, ale nie mów mi tylko…nie mów mi tylko że nie masz czasu!
Jutro zniknie to w Tobie, czy może pojutrze? Kiedy mam się spodziewać upadku marzenia, które skoczyło już z dachu najwyższego jakiś czas temu, pchnięte beznadzieją tej chorej sytuacji, nieuleczalnej, wymiętej…
Przejętą mnie czynisz aż nadto, zmartwioną i zatroskaną o Ciebie, a czasu nie masz nawet dość, by przejąć się równie i zmartwić, by potrzymać…potrzymać za rękę i zachwycić się po raz pierwszy lub może kolejny, bo nie wiem, czy widziałeś już to, co ja, czy jeszcze nie…Rzeko, czy chcesz mi jeszcze potowarzyszyć?
Pozostanę Brzegiem Twoim, jeśli tylko się zgodzisz.
A zgódź się, proszę, mimo niedoskonałości i suszy mojej nieustającej, nawodnij mnie, zechciej chociaż, zechciej tak mocno, jak rwać się chcesz do przodu, jak pędzić potrzebujesz nieustannie…

Chciałbyś
Się jeszcze
Powłóczyć
Ze mną?

Na rogu ulicy ostatniej stoję, jak kamienica, co wrosła w krajobraz tej beznadziejnej szarości. Wpisałam Ciebie w siebie, niedoskonała i nierozważna, mam za swoje i swoje targam, psuję i niszczę, ale czekam wciąż…czekam.
I milczę.

Nie dość mam jeszcze oddechu Twego, mgieł na ustach wciąż za mało…
Rzęsy mi kruszy Twoja pewność siebie.
Ale milczę.

Milczę.




Vuohi

2 komentarze:

  1. Saint John Perse dostał Nobla za takie pisanie. Choć jestem przekonany że Ty, młódka nie masz o tym pojęcia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na Twoim miejscu nie byłbym Twego przekonania tak pewnym, gdyż ta "młódka" jest zdolna do wszystkiego.😉😆

      Usuń