Za każdym razem, gdy twarz odwracasz, gdy oczy zamykasz...
Ja zaciskam pięści podświadomości i coś się we mnie wyrywa,
By wyskoczyć, skoczyć i wskoczyć Ci na ramię
I wrzasnąć prosto do ucha - spójrz na mnie!
Za każdym razem, kiedy budowle Twoje samotnie muszę odtwarzać,
Gdy kolory Twych oczu na płótno snów muszę nanosić,
Bo nie ma Cię, nie ma Cię dostatecznie blisko,
Nie mogę siebie znieść za to wszystko...
Żałośnie potrzebuję, jak zeschnięta ziemia, spękana i cicha,
Wody Twej i czasu, byś mnie pielęgnował
I drżę, i trzęsę się, i drzewa wysuszone powalam,
Ale Ty...nic a nic, nie czujesz chyba...
Za każdym razem, gdy wzrok odwracasz, gdy odpływasz...
Kiedy uścisk Twej dłoni słabnie powoli tak, jak gaśnie światło za oknem,
Ja wspiąć się na szczyt myśli Twych pragnę, i do snu się wcisnąć,
Wtulić, wedrzeć, wpoić...byś rankiem jeszcze o mnie pamiętał.
Odcisnąć bym się chciała na Twoim ciele, zostawić choćby zarys,
Kształtu swego, formy, tak, jak Ty na mnie pozostawiasz
Ślady obojętnego niemal dotyku, bezwiednie ułożonych dłoni...
I nie mogę siebie znieść za to wszystko...
Rwąc sobie włosy z głowy, spaceruję tam i z powrotem
Pomiędzy jednym a drugim Twoim słowem.
Wsłuchuję się, wpatruję, w milczeniu się zaczytuję
W prozie każdego Twego gestu, spojrzenia...
I po co, dlaczego to robię? Dlaczego ciągle...dlaczego nie dam sobie spokoju?
Przecież za każdym razem, gdy odchodzisz, gdy zostawiasz mnie zupełnie samą
W moim małym wielkim świecie, wracasz zawsze, nieważne kiedy...
Wracasz prędzej czy później, choćby tylko po to, by nie dać mi zapomnieć
A ja...pozwalam Ci kochać mnie w ten wyjątkowy sposób,
Który polega na trzymaniu mnie poza zasięgiem Twego wzroku
I oddaję się w Twoje ramiona, zanosząc się od płaczu...
I nienawidzę, nie mogę znieść siebie za to.
Vuohi
Ja zaciskam pięści podświadomości i coś się we mnie wyrywa,
By wyskoczyć, skoczyć i wskoczyć Ci na ramię
I wrzasnąć prosto do ucha - spójrz na mnie!
Za każdym razem, kiedy budowle Twoje samotnie muszę odtwarzać,
Gdy kolory Twych oczu na płótno snów muszę nanosić,
Bo nie ma Cię, nie ma Cię dostatecznie blisko,
Nie mogę siebie znieść za to wszystko...
Żałośnie potrzebuję, jak zeschnięta ziemia, spękana i cicha,
Wody Twej i czasu, byś mnie pielęgnował
I drżę, i trzęsę się, i drzewa wysuszone powalam,
Ale Ty...nic a nic, nie czujesz chyba...
Za każdym razem, gdy wzrok odwracasz, gdy odpływasz...
Kiedy uścisk Twej dłoni słabnie powoli tak, jak gaśnie światło za oknem,
Ja wspiąć się na szczyt myśli Twych pragnę, i do snu się wcisnąć,
Wtulić, wedrzeć, wpoić...byś rankiem jeszcze o mnie pamiętał.
Odcisnąć bym się chciała na Twoim ciele, zostawić choćby zarys,
Kształtu swego, formy, tak, jak Ty na mnie pozostawiasz
Ślady obojętnego niemal dotyku, bezwiednie ułożonych dłoni...
I nie mogę siebie znieść za to wszystko...
Rwąc sobie włosy z głowy, spaceruję tam i z powrotem
Pomiędzy jednym a drugim Twoim słowem.
Wsłuchuję się, wpatruję, w milczeniu się zaczytuję
W prozie każdego Twego gestu, spojrzenia...
I po co, dlaczego to robię? Dlaczego ciągle...dlaczego nie dam sobie spokoju?
Przecież za każdym razem, gdy odchodzisz, gdy zostawiasz mnie zupełnie samą
W moim małym wielkim świecie, wracasz zawsze, nieważne kiedy...
Wracasz prędzej czy później, choćby tylko po to, by nie dać mi zapomnieć
A ja...pozwalam Ci kochać mnie w ten wyjątkowy sposób,
Który polega na trzymaniu mnie poza zasięgiem Twego wzroku
I oddaję się w Twoje ramiona, zanosząc się od płaczu...
I nienawidzę, nie mogę znieść siebie za to.
Vuohi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz