Ciepło skóry przynosi ukojenie za każdym razem;
znikają porozcinane krwawym światłem obłoki
Twój oddech ucisza wzburzone, spienione lęki
i chłonąc obraz ust w ciemności, zapominam...
Choć nadal tłoczą się we mnie stada kruków
szkiełka i stalowe konstrukcje, zadające ból
palcami Twymi upycham je po kątach uparcie:
goryczą piętrzą się w gardle, nie chcąc odejść...
Pokochaj mnie więc od nowa, patrząc inaczej
spomiędzy łysych gałązek czarnych drzew
na wypalone polany niespełnionych marzeń
i nie poddawaj się, nie oddawaj im mnie
Pokochaj mnie patrząc z góry, i z bliska
jakbyś patrzył na porzucone ptasie gniazdo
na suchym konarze wrośniętym w skałę
gdzie tkwią niewyklute nigdy nadzieje
Boję się, że nie przestanę kochać chorób
wydzierganych przez urojenia na sercu;
są jak blizny niezmywalne, nie do zdarcia
a nienawiść do nich męczy, nie mam sił...
Chciałabym ucałować każdą Twoją wadę
by nauczyć Cię miłości, jakiej potrzebuję
zawalczyć o wolność dla każdego słowa
jakie chowasz pod językiem, wyrwać je
I chciałabym, czując Cię w każdej kończynie,
nie musieć się obawiać, że opuścisz me serce
opuszczając ciało, i chciałabym nie bać się
do utraty zmysłów, utraty Twego uczucia...
Czasami dręczą mnie wspomnienia oczu
przekłuwające mój spokój na wylot
zarys niegdyś ukochanych dłoni, twarzy...
które tak naprawdę, nie były nigdy dla mnie
Dlatego pokochaj mnie patrząc przez szczeliny
ziejące strachem, i widząc moje ułomności,
zbieraj rosę z mych rzęs do butelek na listy
i wysyłaj sam do siebie - czytaj mnie, jak czytam Ciebie...
Vuohi, 18.05.16
znikają porozcinane krwawym światłem obłoki
Twój oddech ucisza wzburzone, spienione lęki
i chłonąc obraz ust w ciemności, zapominam...
Choć nadal tłoczą się we mnie stada kruków
szkiełka i stalowe konstrukcje, zadające ból
palcami Twymi upycham je po kątach uparcie:
goryczą piętrzą się w gardle, nie chcąc odejść...
Pokochaj mnie więc od nowa, patrząc inaczej
spomiędzy łysych gałązek czarnych drzew
na wypalone polany niespełnionych marzeń
i nie poddawaj się, nie oddawaj im mnie
Pokochaj mnie patrząc z góry, i z bliska
jakbyś patrzył na porzucone ptasie gniazdo
na suchym konarze wrośniętym w skałę
gdzie tkwią niewyklute nigdy nadzieje
Boję się, że nie przestanę kochać chorób
wydzierganych przez urojenia na sercu;
są jak blizny niezmywalne, nie do zdarcia
a nienawiść do nich męczy, nie mam sił...
Chciałabym ucałować każdą Twoją wadę
by nauczyć Cię miłości, jakiej potrzebuję
zawalczyć o wolność dla każdego słowa
jakie chowasz pod językiem, wyrwać je
I chciałabym, czując Cię w każdej kończynie,
nie musieć się obawiać, że opuścisz me serce
opuszczając ciało, i chciałabym nie bać się
do utraty zmysłów, utraty Twego uczucia...
Czasami dręczą mnie wspomnienia oczu
przekłuwające mój spokój na wylot
zarys niegdyś ukochanych dłoni, twarzy...
które tak naprawdę, nie były nigdy dla mnie
Dlatego pokochaj mnie patrząc przez szczeliny
ziejące strachem, i widząc moje ułomności,
zbieraj rosę z mych rzęs do butelek na listy
i wysyłaj sam do siebie - czytaj mnie, jak czytam Ciebie...
Vuohi, 18.05.16
![]() |
| Drzewo we mgle, 2015 |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz